Częstotliwość Theta

13

Teraz.

Stoję na ścieżce i stoję pod prąd. Przede mną potok ludzi mijających mnie obojętnie.
Nie wiem gdzie jestem i co tutaj robię.
Chcę się ruszyć, ale nie potrafię, coś mnie przygważdża każąc mi czekać.
Na co? Nie wiem.
Ludzie mijają mnie, nie spoglądając nawet w moją stronę.

 

Wiem już po co tu jestem, czekam na nią. Idzie pomiędzy innymi.
Przechwytuję jej wzrok, patrzy na mnie i zamiera, stając przede mną. Mijają sekundy, a żadne z nas nie wykonuje nawet ruchu. Widzę jej zdumienie, jakby zobaczyła ducha.
Wyciągam dłoń i dotykam jej twarzy, przymyka oczy i rozchyla usta, jakby sprawiało jej to ogromną przyjemność.
Wplatam palce w jej włosy i pochylając się smakuję jej usta. Są miękkie i ciepłe, nieruchome. Spływa na mnie poczucie ulgi i szczęścia. Nareszcie!
W końcu odpowiada na mój dotyk i oddaje pocałunek. Najpierw delikatnie, jakby ostrożnie, po chwili przysysa się do moich warg, jak spragniony wody wędrowiec. Czuję jej dłonie oplatające mnie w pasie i język w ustach. Słyszę jęk pełen ulgi i rozkoszy.
Jestem podniecony, wreszcie czuję! Podniecenie rozpływa się, budząc moje uśpione od tak dawna ciało. Opuszczam dłonie na jej pośladki i dociskam ją do siebie. Dotyk jej ciała przez ubranie jest tak intensywną pieszczotą, że prawie eksploduję w spodniach.

Odrywa się ode mnie, odpychając mnie dłońmi. Z jej oczu wyczytuję szok tym, co zrobiła. Kiwa przecząco głową i cofa się. Wyciągam ręce, by ją przygarnąć do siebie z powrotem, ale cofa się jeszcze dalej. Odwraca się plecami i torując sobie drogę między ludźmi, oddala się ode mnie.
Chcę za nią biec, ale nie mogę oderwać stóp od ziemi.
Chcę krzyknąć, ale z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.
Czuję narastającą panikę.
Czekałem na nią, a ona odchodzi.
Bez niej mnie nie ma, zlodowacieję od środka ponownie. Wiem to po prostu.
Gardło boli mnie od wysiłku wykrzesania z niego najmniejszego choćby dźwięku.
Na darmo.
Panika ogarnia mnie czernią wokół. Zapadam się w nią. Strach mnie wsysa.

Budzę się zlany potem, ze spodniami mokrymi od wytrysku.
Ten sen wpół erotyczny, a wpół koszmarny nawiedza mnie co noc, od prawie pół roku…

Rok wcześniej.

Jechałem do domu. Właśnie wyszedłem z pracy. Powinienem przeczekać tą ulewę, ale śpieszyłem się na mecz. Nie lubię oglądać powtórek, jeszcze by mnie skusiło, by sprawdzić wynik w necie. Wolę na żywo. Lało jak cholera, po prostu ściana deszczu spadała na szybę, której wycieraczki nie nadążały zbierać. Jechałem wolno z nosem przy kierownicy. Auta z naprzeciwka jawiły się jak świecące i drgające plamy na szybie. Może jednak zjechać na pobocze i przeczekać? Cholera, ale mecz!
Oślepiło mnie światło centralnie na środku szyby, huk i cisza…

Sześć miesięcy i jedenaście dni po.

– Witamy wśród nas – nade mną majaczy rozmyta twarz starszej kobiety uśmiechającej się przyjaźnie.
Co ja tu robię, chcę ją zapytać, ale coś blokuje mi mówienie. Słyszę tylko swój gardłowy gulgot.
– Cichutko – uspokaja mnie kobieta. – Proszę się nie forsować. Wezwę lekarza – i oddala się.
Staram się poczuć swoje ciało, ale nie czuję kończyn, ani twarzy. Nie panuję nad nimi.
Szok i strach.
Co się dzieje?!
Panika i… nicość.
Odpływam.

– Proszę nas tak już nie straszyć – znów ta sama kobieca twarz. – Myśleliśmy, że pan znów się wymknął.
– Dzień dobry – teraz męska głowa pojawia się w kadrze moich wciąż prawie nieruchomych oczu. – Jestem doktor Gajda.
Znów chcę użyć głosu i znów słyszę tylko swój gulgot.
– Spokojnie – lekarz pochyla się bliżej mnie. – Przez jakiś czas będzie pan miał problem z mową. Uległ pan wypadkowi samochodowemu, obrażenia nie były wielkie, ale… – zawiesił głos i wiedziałem, że tego co powie powinienem się bać. – Był pan w śpiączce, ponad pół roku…
Minę miał zatroskaną, czekał najwyraźniej na mój szok, gwałtowną reakcję organizmu wywołaną tą informacją.
Tymczasem ja nie poczułem nic, żadnych emocji, tylko lekki żal, że wróciłem. Nie chciałem tego, nie chciałem wracać. Powinienem był tam zostać. Tam było dobrze.

Teraz.

Jest po drugiej, a ja wiem, że już nie usnę. Leżę w ciszy i w ciemnościach, analizując każde ujęcie ze snu. Sen nie zmienia się nigdy, wciąż taki sam i wciąż urywa się w tym samym momencie, gdy wchłania mnie ciemność.
Znam jej twarz na pamięć pomimo, że nigdy jej nie spotkałem.

Od wypadku moje życie diametralnie się zmieniło.
Kiedyś radosny facet otoczony „przyjaciółmi”, dziś ponury samotnik. „Przyjaźnie” nie przetrwały, nawet mi na tym nie zależało. Rehabilitacja, była żmudna, ale była tylko czynnością, którą trzeba było „zaliczyć”. Na początku ktoś mnie jeszcze odwiedzał, ale widząc mój chłód, rezygnował zazwyczaj z ponownego przyjścia. Jeśli nie za pierwszym razem, to za drugim, bądź trzecim.

Kiedyś świetny pracownik renomowanej firmy architektonicznej, dziś facet na półrocznym wypowiedzeniu, niezdolny do myślenia o liniach i związanej z nimi matematyce i ich logice.
Nic dla mnie nie miało większego znaczenia, ani to co jem, ani co ubieram, czy to, na co patrzę.
Czułem się TU obco, nic mnie TU nie trzymało, nie chciałem być TUTAJ, powinienem był umrzeć i przejść… tylko jej twarz. Taka realna, prawie namacalna.
Gdzie ona jest?!

Podpisywałem właśnie dokumenty sprzedaży mieszkania, zastanawiając się co dalej, co teraz?
Spakowałem minimum potrzebnych rzeczy do plecaka i zawiozłem się taksówką na dworzec.
W który autokar wsiąść? Wzrok mój przykuł jeden, oklejony folią z zachodzącym słońcem i napisem „Sens życia”.
Co za ironia losu, pomyślałem, pojadę sensem życia, szukając go…

Siedząc przy oknie oglądałem widoki, pola, lasy i wioski. Babcie na ławkach przed płotami domów, wyglądające w spokoju, czego? Śmierci? Ich małe oczy uwięzione w twarzach okolonych chustami szukały sensu śmierci? No cóż, uśmiechnąłem się w myślach, to najlepsze co was spotka.
Tym czasem mijał je „Sens życia”, ze mną przy szybie.
Było ciepło i słonecznie, złoto i błękitnie. Kiedyś bym to poczuł, teraz nie.
To coś umarło i zostawiło mnie tutaj samego, bez radości odczuwania.

W końcu zobaczyłem miejsce, w którym chciałem wysiąść. Może dla tego, że był to przystanek przypominający mnie samego w obecnym momencie. Rozwalający się, skorodowany, z zardzewiałą blachą kryjącą daszek i zdezelowanymi deskami służącymi mu za podparcie. Nikt poza mną nie wysiadł, stałem sam z plecakiem na ramieniu, otoczony cykaniem świerszczy i odgłosami ptaków. Pachniało rozgrzaną łąką i asfaltem.
Co ja tu robię? W którą stronę iść i po co?
Poszedłem w prawo.
Szedłem około godziny, nie wiem dokładnie, bo zegarka już nie noszę.
Ściemniało się, więc przyjąłem, że tę noc spędzę na poboczu, z głową na plecaku, gdy w oddali zamajaczyły mi punkciki świateł.
Szedłem więc dalej.

Światła przywitały mnie sporym pensjonatem, otoczonym zielenią i gwarem, oraz śpiewami ludzi zebranych przy ognisku. Zastanawiałem się, czy ta ilość ludzi to nie zbyt wiele dla mnie teraz, ale czułem się wyczerpany, więc wszedłem do budynku.
Może dostanę pokój.
Dostałem.
Gdy do niego wszedłem, poczułem przebłysk w głowie. Takie deja-vu, jakbym sobie coś przypomniał, jakbym był już w tym miejscu, w tym świetle i kolorach.
Rzuciłem plecak na łóżko, rozglądając się po pokoju. W końcu jednak odezwał się głód.
Zszedłem na dół, szukając miejsca, w którym dostanę coś do jedzenia.
W barze zamówiłem pierogi i piwo, które zjadłem rozglądając się po pomieszczeniu i ludziach w nim zebranych. Przepływali falami przez drzwi prowadzące na zewnątrz, wpuszczając do środka dźwięki śpiewu i śmiechu, oraz głośnych, przeplatających się ze sobą rozmów.
Poczułem coś, jakby tęsknotę za taką właśnie normalnością, za stanem duszy, która potrafiła by czerpać radość z bycia z innymi, z picia, jedzenia, śpiewu i bliskiego kontaktu z inną osobą, kobietą?
Odsunąłem od siebie talerz, zostawiłem obok pieniądze i wróciłem do pokoju. Umyłem się i wszedłem pod kołdrę, chłodną i szorstką. Przez uchylone okno, wraz z ciepłym powietrzem, wpadały dźwięki zabawy przy ognisku. Cudza radość, upojenie, okrzyki i muzyka.
Odpływałem w ich otoczeniu w swój drugi świat, w sen z nią. Znów ją zobaczę, przytulę i pocałuję i znów ona mnie odtrąci, a ciemność wypluje tutaj, w łóżku, samego i… samotnego.

Rano zwlokłem się na śniadanie. Nie musiałem pracować. Pieniądze z ubezpieczenia, chorobowego, oszczędności i ze sprzedaży mieszkania i wciąż wpływające z odprawy, gwarantowały mi pewność spokoju o byt, w szczególności taki, jak mój teraz, minimum potrzeb.

Po śniadaniu wyszedłem na zewnątrz przez drzwi, którymi wieczorem wpadały dźwięki zabawy przy ognisku.
Owionął mnie zapach spalonego drewna. Kiedyś go bardzo lubiłem, sprawił by mi przyjemność. Teraz aparat węchu tylko go zarejestrował.

Poszedłem przed siebie, wybrukowaną ścieżką prowadzącą między drzewami nad jezioro, które majaczyło w oddali. Szedłem przed siebie licząc kostki pod nogami i wsłuchując się w dźwięk, który wydawały podeszwy miękko zaliczające je po trzy naraz. Po pewnym czasie przestałem słyszeć ten odgłos, zagłuszył go gwar ludzi zbliżający się z naprzeciwka.
Podniosłem głowę i zamarłem.

Zbliżał się do mnie MÓJ SEN.
Szła grupa ludzi, rozmawiali ze sobą, a ja stałem skamieniały, porównując jego identyczność ze snem, który widziałem ponad sto pięćdziesiąt razy. Byli coraz bliżej, aż w końcu zrównali się ze mną i zaczęli mnie wymijać, nie spoglądając nawet na mnie. Nie widziałem twarzy, widziałem sylwetki ludzi przede mną, a po chwili mijających mnie i wciąż rozmawiających.
Patrzyłem przed siebie w tłum, szukałem JEJ oczami. Tylko obce twarze.
We śnie było inaczej, byłem zagubiony. Teraz wiedziałem na co czekam.

Idzie pomiędzy innymi, widzę jej jasne włosy, a po chwili twarz. Nic nie mówi, jest skupiona na słowach osoby obok, patrzy w dół. W końcu przechwytuję jej wzrok, spogląda na mnie i zamiera, stając przede mną. Mijają sekundy, a żadne z nas nie wykonuje nawet ruchu. Widzę jej zdumienie, jakby zobaczyła ducha. Ja czuję się tak samo.
Jak we śnie wyciągam dłoń i dotykam jej twarzy, przymyka oczy i rozchyla usta.
Wplatam palce w jej włosy i pochylając się, całuję. Jej usta są miękkie i ciepłe, nieruchome. Spływa na mnie poczucie ulgi i szczęścia. Nareszcie! Czuję coś i jest to tak intensywne!
W końcu odpowiada na mój dotyk, oddaje pocałunek. Najpierw delikatnie, jakby ostrożnie, po chwili przysysa się do moich warg, jak spragniony wody wędrowiec. Czuję jej dłonie oplatające mnie w pasie, palce na plecach i język w ustach. Słyszę jęk pełen ulgi i rozkoszy. Smakuję ją, oszołomiony eksplozją doznań.
Jestem podniecony. Podniecenie rozpływa się po mnie strumieniami energii, budząc moje uśpione od tak dawna ciało. Zaczynam twardnieć, spodnie cisną mnie i duszą moją męskość, domagającą się gwałtownie kontaktu z jej ciałem. Opuszczam dłonie obejmując jej pośladki i dociskam ją do siebie. Dotyk jej ciała przez ubranie jest tak intensywną pieszczotą, że prawie eksploduję w spodniach. Nie jest dla mnie ważne miejsce, otoczenie, pragnę jej tak bardzo, pragnę po raz pierwszy od tak dawna, że gotów jestem wziąć ją tu i teraz.

Odrywa się ode mnie, odpychając mnie. Z jej oczu wyczytuję szok tym, co zrobiła. Nie może w to uwierzyć, kiwa przecząco głową i cofa się. Wyciągam ręce, by ją przygarnąć do siebie z powrotem, ale cofa się jeszcze dalej. Nie! To nie może być tak, jak we śnie! Nie mogę jej znów stracić! Odwraca się plecami i torując sobie drogę między ludźmi przepycha się, oddalając ode mnie.
Chcę za nią biec, ale nie mogę oderwać stóp od ziemi.
Chcę krzyknąć, ale z mojego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.
Czuję narastającą panikę. Czekałem na nią, widziałem to tyle razy, a ona odchodzi!
Bez niej mnie nie ma!
Gardło boli mnie od wysiłku wykrzesania z niego najmniejszego choćby dźwięku.
Na darmo.
Panika ogarnia mnie czernią wokół. Zapadam się w nią.

Otworzyłem oczy. Nacierał na mnie widok wielu twarzy zwisających nade mną.
Wyraz troski i zaciekawienia. To ja go wywołałem.
Patrzyłem po twarzach, JEJ nie widziałem. Czy to mi się przyśniło? Nie!
Dłonie uniosły mnie przywracając pion i mówiąc coś, co nie docierało przez burzę moich myśli. Byłem podekscytowany, że aż się trząsłem. Emocje, których tak dawno nie czułem.
– Nic panu nie jest? – słyszę kogoś.
– Wszystko w porządku – cicho odpowiadam.
– Pójdzie pan sam?
– Tak – staram się uśmiechnąć. Twarz zapomniała już, jak to się robi.

Wróciłem do hotelu, do pokoju.
Co teraz?
Muszę ją znaleźć.

Siedziałem do wieczora na ławce opodal pensjonatu, czekając na nią bez skutku.
Denerwowałem się, co zauważyłem ze zdziwieniem.
W końcu wstałem z zamiarem zwiedzenia terenu, może się na nią natknę.

Bryła budynku była tradycyjna i nudna, natomiast zieleń buchała naokoło i zadziwiała różnorodnością i kontrastami form i kolorów, ukształtowana sprytną ręką ogrodnika.
Drzewka i krzewy tworzyły wiele miejsc, w których stały ławy, a przy nich siedzieli ludzie spędzając wesoło czas, jedząc, pijąc i rozmawiając. Gdzieniegdzie dym z grilla, płomienie ogniska. Wszędzie wyglądałem jej twarzy. Znaleźć ją…
Zszedłem bliżej jeziora, przy którym okazało się, stało spore pole namiotowe usiane kolorowymi namiotami, oraz budynek, w którym zapewne były sanitariaty i pomieszczenie kuchenne.
Poszedłem w jego kierunku, znów to uczucie, jakbym już tu był…
Podchodząc do okna zajrzałem do środka.
Była tam.
Stała przy blacie krojąc coś. Jak zahipnotyzowany zbliżyłem twarz do szyby opierając na szkle dłonie. Podniosła głowę i spojrzała wprost w moje oczy. Czas się zatrzymał, jakbym całe życie czekał na TEN moment, jakby wszystkie ścieżki prowadziły mnie do niej, do jej oczu.
Skrzywiła się i opuściła głowę, a ja powiodłem wzrokiem w ty samym kierunku.
Miała rozcięty palec, cebula którą kroiła zabarwiała się na czerwono. Chwyciła jakąś ścierkę i zacisnęła na dłoni.
Odwróciła się i wyszła z budynku.
Poszedłem za nią.

***

Jechałam z tatą z kliniki. Rokowania nie były dobre. Rak, najwyżej kilka miesięcy życia. Miał do wyboru chemię i dłuższy wyrok, albo bez chemii i krótsze życie. Wiedziałam co wybierze.
Lało jak z cebra, jechaliśmy w ciszy, a raczej w szumie tysięcy kropli wody, bębniących o dach auta i szalonego szurania wycieraczek na przedniej szybie.
Nie wiedziałam co mówić, że będzie dobrze?
Nie miało być.
Od śmierci mamy kilka lat temu, tata gasł w oczach. Byli jedną z tych par, która z roku na rok kochała się bardziej. Tęsknił za nią. Nie mówił tego, ale widziałam to w każdym miejscu ich mieszkania. Wszystko na starym miejscu, jej kapcie, szlafrok, kosmetyki…
– Wiesz curuś, nawet się cieszę – tata przerwał milczenie. – Wreszcie do niej pójdę…
– Wiem tato – odparłam smutno, głos mi się łamał.
Czułam, że za chwilę zacznę płakać. Nie mogłam mieć mu za złe, że chce być wreszcie z mamą. Tylko czy na pewno tak to działa?
I jak ja przetrwam kolejną stratę?!
– Kocham cię tato – pierwsza łza uciekła spod powieki, a za nią kolejne pociekły strumyczkami po policzkach. – Bardzo, tak jak mamę.
– Wiem curuś – spojrzał na mnie, a wąsy uniosły mu się w uśmiechu. – Też cię kocham.

I wtedy to się stało.
Auto zmieniło kierunek jazdy. Woda na szybie też zmieniła kierunek, płynęła w bok.
Tata gwałtownie kręcił kierownicą, a ja wbijałam dłonie w boki siedzenia, a stopy w podłogę.
Jeszcze jasne światło przedzierające się przez szybę i rozmazane przez deszcz, ruch wycieraczek, gwałtowny skręt kierownicy i oczy taty, gdy na mnie spojrzał, a w nich miłość…

Cisza i spokój.

Unosiłam się teraz.
Patrzyłam w dół i na boki równocześnie. Obok był tata, spokojny i szczęśliwy, tak jak ja.
Nie słyszałam jego słów, nie widziałam go, wiedziałam, że jest mu dobrze, że cieszy się tym, co ma nastąpić.
Czułam jego obecność coraz słabiej, ale nie martwiło mnie to.

Spokój.

Krople były wokół mnie, nade mną i w dole. Mimo ulewy rejestrowałam wszystko bardzo dokładnie.
Patrzyłam w dół, na wraki samochodów, w końcu na ludzi zbierających się wokoło, z głowami nakrytymi naciągniętymi bluzami czy kurtkami, aż w końcu na karetkę, która przyjechała i wóz strażacki.
Ludzie biegali, inni stali przyglądając się. Strażacy wyciągnęli jakieś przyrządy i rozcinali skorupy sczepionych aut. Później wyciągnęli ciało taty, pustą skorupę bez życia, powłokę nie potrzebną mu już w tym innym świecie, lepszym i spokojniejszym, pełniejszym o jego miłość.
Patrzyłam na to bez emocji, po prostu stało się to, co powinno. Nie teraz, to kiedyś.
Z drugiego auta, kolejne ciało. Mężczyzna. Zniżyłam się i patrzyłam. Piękne ciało, piękna twarz. Nie był martwy, jego dusza naciągnęła się, czułam ją obok. Krążyła i obserwowała, tak jak ja. Gdybym mogła, dotknęła bym tej twarzy. Była kusząca krzywiznami. Nie widziałam oczu, były zamknięte.
W końcu wydłubano z wraku moje ciało, zakrwawione i wiotkie. Patrzyłam na siebie z bliska.
Taka obca ta powłoka. Nie chciałam jej z powrotem!
Sanitariusze położyli ją na noszach i zanieśli do karetki.
Słyszałam obce mi słowa: intubacja, defibrylacja, migotanie…
A później strzał i BÓL.
Ból, jakiego nie znałam. Już nie widziałam z góry, widziałam oczami, nawet one mnie bolały.
Nie róbcie mi tego! Nie chcę TU być! Pozwólcie mi odejść!
Chciałam to powiedzieć, ale charczałam tylko obolałym gardłem.
– Miała dużo szczęścia – zarejestrowałam głos – Wygląda na to, że kierowca celowo wbił się w auto z naprzeciwka lewym bokiem, dla ratowania tej małej.
– Co z nim? – to był drugi głos.
– Nie żyje…
Ukłucie w ramię i odpłynęłam w nicość.

Godziny, dni, tygodnie.
Białe ściany, biała pościel, pikanie aparatury, rura w gardle, później odblokowany przełyk i cisza szpitala, przerywana jedynie rutyną.
Odwiedziny i szczebiotanie koleżanek, chłopaka.
Wszystko takie bezcelowe.
Leżałam bez ruchu godzinami, myśląc o tym co przeżyłam, w nocy śniłam. Widziałam TĄ twarz, znałam ją na pamięć. Nie znałam tylko oczu…
Spałam i śniłam, bądź odtwarzałam na jawie sekundy poza ciałem po wypadku.
Z jednej strony tęskniłam za tatą, z drugiej wiedziałam, że jest mu lepiej.
Nie wierzyłam, wiedziałam!

W końcu nadszedł dzień wyjścia ze szpitala.
W ramach rekonwalescencji, mój narzeczony postanowił zabrać mnie na wakacje.
Nie widziałam większego sensu w wyprawie gdzieś.
Dla mnie postrzeganie rzeczywistości zmieniło się całkowicie.
Już nie bycie w dobrach, nie konsumowanie było celem.
Czułam ciągły brak czegoś, czego nie doświadczyłam dotąd.
Nie potrafiłam określić, czego mi brakowało, coś jakby wewnętrzne ssanie. Patrząc z dawnej perspektywy, nie brakowało mi niczego. Świetny byt, praca, narzeczony, stabilne życie… Ale pustka gdzieś z boku jawiła się jak czarna dziura, która zasysa coraz więcej emocji, które dotąd wywoływały zwykłe przyjemności.
Praca była, nie cieszyła. Podobnie było z Adrianem, moim narzeczonym, był…
Koleżanki gadały, śmiały się i… tyle. Patrzyłam na nie, nie uczestnicząc w tym, nie umiałam, nie dotyczyło mnie to już.

W końcu nadszedł dzień wyjazdu.
Spakowani w auto, pojechaliśmy gdzieś.
Było ciepło, zielono i pachnąco latem i ogniskiem. Przyjemnie.
Wciąż jednak czarna dziura powiększała się, odbierając kolejne uczucia, martwiałam od środka i przerażało mnie to!
Czy ja umieram?

Byliśmy w pensjonacie, w pokoju, w łóżku.
Adrian spocony poruszał się we mnie w ekstazie, jak niegdyś, tarł moje wnętrze.
Wnętrze, które umarło i wróciło, reagowało wilgocią i niczym poza tym.
Nie czułam nic.
Rejestrowałam węchem jego zapach, czułam ruchy jego penisa w sobie i oddech omiatający moją twarz… i nic poza tym.
Gwałtowny ruch, jęk i cisza…
Cisza jest dobra…

Zsunął się ze mnie i położył obok.
– Ewa… – wyszeptał.
– Wszystko ok – obróciłam do niego twarz. – Przepraszam. To trauma…
Milczał, przyjąwszy to wyjaśnienie.
I dobrze.
Odpłynęłam w sen, a w nim znów ta twarz.

W tym śnie leżałam w łóżku, w pokoju z kremowymi ścianami. Szorstka pościel drażniła moje ramiona. Do łóżka podszedł ON. Stał i patrzył zielonymi oczami. Oglądał każdy centymetr mojego ciała, zatrzymując wzrok na bliźnie. Bliźnie po wypadku.
– Tak długo na ciebie czekałem – wyszeptał. – Myślałem, że jesteś tylko snem.
Uklęknął na łóżku i wsparty na ramionach, zawisł nade mną patrząc mi w oczy. Kształt jego ust i wreszcie kolor oczu, rzęsy wokół nich, były tak piękne, takie znajome, a zarazem obce… Byłam podniecona. Skóra żarzyła się pragnieniem jego dotyku, krzyczała o kontakt.
– Tak cię pragnę – mruknął. – Tak bardzo pragnąłem tego pragnienia – poczułam czubek jego penisa drażniący wejście do cipki i gwałtowne pchnięcie.
Zamarłam z rozchylonymi ustami i uczuciem jego, wdzierającego się we mnie. Twardego i gorącego, tak wyczekiwanego. Nos odbierał zapachy, jego oddech przy moich ustach, pot naszych ciał i gorąca skórę trąca o skórę.

Obudziłam się podniecona i drżąca.
Pod powiekami zawisł mi na siatkówkach wyraz jego twarzy i zielone oczy.

– Widzę, że wyjazd ci służy – Adrian uśmiechał się radośnie. – Spałaś jak zabita, no prawie, jęczałaś przez sen.
– To trauma – wyjaśniłam, powtarzając się.
– Jedziemy dziś na wycieczkę po grotach – cieszył się Adrian. – Ponoć to cuda natury!
– Świetnie – próbowałam się cieszyć wraz z nim. Wychodziło mi to marnie.

Wycieczka, ględzenie przewodnika o skałach, czystości wody, rybach itd.
Późnym popołudniem wróciliśmy do ośrodka. Wysiadłam z promu i ruszyłam w kierunku naszego namiotu. Adrian zagadał się z kapitanem, nie miałam ochoty tego słuchać.
W drodze przyczepiła się jakaś babka rozprawiająca na temat obejrzanych cudów natury.
Jakby mnie to obchodziło…
Udawałam, że jej słucham wbijając wzrok w ścieżkę.
W pewnym momencie poczułam przymus spojrzenia przed siebie, na wprost.
Podniosłam głowę i skamieniałam. Dosłownie wbiło mnie w ziemię.
Przede mną stał mężczyzna z mojego snu. Mężczyzna z wypadku!
Wcześniej zastanawiałam się czy są to urojenia, a tymczasem miałam go przed sobą, na wyciągnięcie ręki.
Ale to on wyciągnął rękę i pogłaskał mnie po twarzy.
Żadna myśl nie pojawiła się w mojej głowie, ciało zareagowało za mnie mięknąc i przyjmując ulegle jego usta i dłonie. Objęłam go, pragnąc być jak najbliżej. Z pasją oddawałam pocałunki, czując swoje i jego rosnące podniecenie, dłonie pieszczące moje pośladki. Zaczęłam się zatracać w intensywności odczuć.
Z tej spirali, wciągającej mnie coraz głębiej, wyrwał mnie własny jęk, jęk rozkoszy, po którym mogłam zrobić tylko dwie rzeczy, kochać się z nim lub oderwać się od niego i uciec.
Uciekłam, zszokowana swoim zachowaniem, uczuciami i odczuciami.
Jakież one były gwałtowne i intensywne!
Nie podejrzewałam nawet, że mogę coś takiego poczuć!
Pobiegłam do namiotu, nie oglądając się za siebie w obawie, że nie powstrzymam się przed rzuceniem się na niego. Schowałam się w „bezpiecznej” przestrzeni materiału za suwakiem, siadając na śpiworze z kolanami pod brodą.
Czułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce i wątrobę, wyciągając przy okazji powoli jelita.
Ból prawie fizyczny i zaciskający mi płuca, odbierający oddech.
Kiwałam się, szlochając i w tej pozycji zastał mnie Adrian.
– Ewa – uklęknął przede mną, patrząc na mnie bezradnie. – Co ci jest?
Boże, myślałam patrząc w jego maślane oczy, cóż za idiotyczne pytanie.
– Zostaw mnie teraz – wyszeptałam, choć miałam ochotę krzyknąć, żeby poszedł w diabły, jak najdalej stąd. Przecież właśnie spotkałam swój sen, marzenie, przeznaczenie…
Wyszedł z namiotu, zamykając za sobą suwak. Zostałam w swojej zamkniętej przestrzeni.
Co teraz? Co mam zrobić? Wrócić i odszukać go? Którego „go”? I co wtedy?
Położyłam się, owinęłam śpiworem i w końcu usnęłam.

Wieczorem obudził mnie głód. Adriana nie było w namiocie, pewnie leczył zranioną dumę, albo stwierdził po prostu, że samotność mi pomoże, wyleczy.
Dobre sobie…

Poszłam do wspólnej kuchnio-jadalni i wyciągnęłam jakieś produkty z „naszej” półki w lodówce. Dłonie same wykonywały czynności, machinalne ruchy, umysł w tym nie uczestniczył. Analizowałam i szatkowałam.
Kroiłam właśnie cebulę, gdy znów coś zmusiło mnie do spojrzenia przed siebie.
Przede mną była szyba, a za nią ON, oparty dłońmi o szkło. Patrzył tak intensywnie, z taką nadzieją… Uwięził mnie w tym spojrzeniu, zawisłam.
Nagle poczułam ból. Cebula, którą kroiłam nasiąkała krwią z rozciętego palca. Chwyciłam ściereczkę i zacisnęłam ją na palcu.
Wyjść stąd! Duszę się tutaj! Za ciasno, za dużo ludzi, za mało powietrza!
Wyszłam z budynku, idąc przed siebie, byle dalej od ludzi. Wiedziałam, że idzie za mną, czułam go.
Doszłam do rzeczki, nie było tutaj nikogo. Kucnęłam nad wodą i zanurzyłam w niej rozcięty palec. Woda zabarwiła się na różowo, odpływając i zabierając ze sobą krew.
– I znowu krew i ty – szepnęłam, gdy kucnął obok mnie.
– Co mówisz? – spytał zdziwiony.
– Krew i ty – odparłam, podnosząc głowę.
Był tak blisko, jego oczy, usta i zapach.
– Kim jesteś – pytanie w jego oczach i radość?
– Nie pamiętasz? – zdziwiło mnie to. – Nie wiesz skąd się znamy, a znasz mnie?
– Tak – odpowiedział zwięźle.
– Ale nie wiesz skąd? – musiałam zapytać.
– Ze snów… – zakłopotał się.
– Tak, ze snów też – nie wiedziałam jak to powiedzieć. – I zza śmierci.
Widziałam, że nie rozumie mnie.
– Wypadek, deszcz, umarliśmy i… wróciliśmy – czekałam na jakąś jego reakcję. – Spotkaliśmy się po drugiej stronie…
Sekundy mijały, a on trwał tak w niezmienionej pozycji, wpatrując się we mnie.
Prawie słyszałam myśli kłębiące się w tej chwili w jego głowie.
– Wypadek… – wyszeptał.

***

– Wypadek… – to jedyne, co potrafiłem w tej chwili powiedzieć.
W mojej czaszce szalał huragan, wszystko zaczęło się łączyć i dopasowywać do siebie.
– Umarłem i ty też, spotkaliśmy się tam i odnaleźliśmy się teraz. To o to chodziło?!
Nic nie mówiła, tylko patrzyła na mnie.
– Gdybym cię nie znalazł, przestał bym czuć cokolwiek – musiałem na głos wypowiedzieć myśli. – Ta część mnie umarła by na zawsze.
– Też tak czułam – wyszeptała.
Pochyliłem się, by znów poczuć jej usta, uderzenie zapachów jej skóry, włosów.
Jęknęła i przysunęła się bliżej, napierając na mnie i zmuszając bym usiadł, a w końcu położył się. Ona tymczasem przesuwała się nade mną i po mnie, ani na chwilę nie tracąc kontaktu z moim ciałem.
– Pragnę cię – mruknęła mi wprost w usta.
Poczułem jak mocuje się z zapięciem moich spodni, odpina je i uwalnia mnie z nich.
Znów przesuwa dłoń, tym razem między swoje nogi i czuję, że zagłębiam się w jej wilgotnym wnętrzu.
Nie wiem czy to ona, czy ja jęczę.
Jej dwa ruchy, zaciskam powieki i eksploduję.

Leżymy na kamykach oszołomieni, ona nadal na mnie.
– Piękny początek – mruczy mi do ucha.
– Chcesz ciągu dalszego? – pytam z nadzieją.
– A ty? – słyszę w jej głosie uśmiech.
– Chcę ciebie całej i od teraz na wyłączność – nie będę udawał, owijał w słowa. Przecież tego właśnie chcę.
– Dobrze – unosi się na ramionach. – Muszę tylko coś zakończyć.
– Pokój 69, będę czekał…

***

Poszłam do namiotu przebrać się. Czułam spływającą mi po udzie spermę i szew spodenek boleśnie wżynający się w opuchniętą cipkę.
W namiocie założyłam bieliznę i spodnie. Byłam niezaspokojona i nagrzana jak kocica. Obawiałam się rozmowy z Adrianem. Co mu powiedzieć? Przecież nie prawdę.
Chodziłam po polu namiotowym i budynkach sanitarnych szukając Adriana. Na próżno.
Poszłam więc w kierunku placu biwakowego.

Było już prawie ciemno.
Zastałam Adriana w knajpce, lekko podchmielonego, rozmawiającego z facetem siedzącym naprzeciw niego i z blond wytapicerowaną dziunią, uwieszoną na jego ramieniu.
Gdy mnie zauważył, wyprostował się, strząsając z siebie blondynę.
– Ewa… – nie wiedział najwyraźniej jak się zachować. – Jak się czujesz?
– Dobrze – odparłam. – Czy możemy porozmawiać?
– Pewnie – zerwał się prawie z ławy, lekko się zataczając.
Odeszliśmy w cień drzew, ledwo widziałam twarz Adriana.
– Słuchaj – próbowałam zacząć. – Od mojego wypadku wiele się zmieniło. Jestem inna, nie pasuję do ciebie – starałam się być delikatna. – Ty potrzebujesz radosnej, żywiołowej dziewczyny, a nie takiego wraka jak ja teraz.
– Wszystko się ułoży Ewa – przerwał mi. – Potrzeba ci czasu…
– A jeśli nie? – zasiałam w nim wątpliwość, która zmieniła jego twarz. – Jeśli teraz zawsze będę żółwiem schowanym w skorupie?!
Patrzył na mnie bezradnie, nie wiedząc co odpowiedzieć.
– Musimy sobie zrobić przerwę – widziałam, że go ranię, ale równocześnie moje słowa przyniosły mu ulgę, której nie umiał zamaskować.
– Adrianie – ujęłam jego dłonie. – Zróbmy sobie przerwę, odpocznijmy od siebie. Poszukaj kobiety, którą byłam przed wypadkiem. Może nic się nie zmieni, a może… – Więcej nie potrafiłam powiedzieć z zaciskającym się pod wpływem napływających obrazów, gardłem. Pięć lat bycia razem, w miodowym ciepełku codziennych spotkań i nieważnej paplaniny.
Codzienność pozbawiona namiętnego żaru, którego smak dane mi było niedawno posmakować.
– Ale Ewa… – patrzył na mnie jak zbity psiak. – Ja cię kocham!
– To kochaj – szepnęłam. – Czas pokaże co będzie… Pa, Adrianie.
Odwróciłam się i odeszłam nie chcąc przedłużać tej ckliwej sceny i spiesząc się do NIEGO…

Wróciłam do namiotu po walizkę w durne kropki na kretyńskich kółkach. Pociągnęłam ją za sobą, zasuwając wszystkie dawne wspomnienia w namiocie.

Przed JEGO drzwiami zawisłam z ręką w powietrzu. Zapukać?
Nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi.
Siedział na łóżku na wprost drzwi, z ręcznikiem owiniętym wokół bioder.
Z włosów kapała mu woda.
Siedział i czekał… na mnie.
Wstał z łóżka i podszedł.
– Przyszłaś – objął mnie i przytulił mocno. – Bałem się, że sobie ciebie wymyśliłem.
Wciągnął mnie przez próg i zaczął rozbierać. Bez zbędnych słów, trochę jak dziecko, które jest zbyt zmęczone by rozebrać się samo. Nie pomagałam mu, ani nie przeszkadzałam. Uniosłam ręce, a on zdjął mi koszulkę. Rozpiął moje spodnie i ściągnął je ze mnie wraz z majtkami. W końcu rozpiął stanik i zsunął go z moich ramion. Byłam naga.
Zaprowadził mnie do łóżka i pchnął na nie delikatnie. Położyłam się na plecach.
Szorstka pościel drażniła moje ramiona. Stał i patrzył zielonymi oczami. Oglądał każdy centymetr mojego ciała, zatrzymując wzrok na bliźnie, bliźnie po wypadku.
– Tak długo na ciebie czekałem – wyszeptał. – Myślałem, że jesteś tylko snem.
Kształt jego ust i kolor oczu, rzęsy wokół nich, były tak piękne, takie znajome, a zarazem obce… Byłam podniecona, skóra żarzyła się pragnieniem jego dotyku, krzyczała o kontakt.
– Tak cię pragnę – mruknął. – Tak bardzo pragnąłem tego pragnienia.
Przyglądałam się zachłannie wybrzuszonemu ręcznikowi na jego biodrach. Zauważył to i z uśmiechem oswobodził się z niego. Oblizałam się, czując ochotę posmakowania go. Znów się uśmiechnął i powoli położył na mnie. Nic więcej nie powiedział, tylko pchnął.
Zamarłam z rozchylonymi ustami i uczuciem jego, wdzierającego się we mnie. Twardego i gorącego, tak wyczekiwanego.
Nos odbierał zapachy, jego oddech przy moich ustach, pot naszych ciał i gorąca skóra trąca o skórę.
Eksplozja i krzyk.
Krzyk jest dobry.

Obudziłam się w nocy.
Leżał w ciemności obok i patrzył na mnie.
– I co teraz? – zapytałam.
– A co chcesz? – odpowiedział pytaniem.
– W sumie to nie wiem – przyznałam szczerze. – Spokoju i… ciebie.
– To tak jak ja – odparł.

Trzy lata później.

Leżę w łóżku masując coraz bardziej zaokrąglony brzuch.
Wojtek jeszcze nie wrócił, dopracowuje jakiś projekt domu czyichś marzeń. Nic konwencjonalnego, jak mówi. Totalna moderna w większości przeszklona, bez architektonicznych ustępstw, tak jak najbardziej lubi.

Mieszkamy za miastem, właściwie to wieś. Ja nie pracuję i odpowiada mi ten stan rzeczy.
Synek śpi właśnie południową drzemką, ciasto na chleb rośnie na blacie kuchennym, ryby od sąsiada nasiąkają czosnkiem czekając na wieczorny piekarnik, a białe wino chłodzi się w lodówce. Ulubione smaki Wojtka.

Chcieliśmy spokoju, mamy go.
Chcieliśmy siebie, mamy siebie i dwóch synów, jeden w drodze.
Damy mu na imię Jurek, po moim tacie.

Ja się grzeję pod kołdrą, patrząc na spokojną buźkę synka i czując mrowienie w dole brzucha.
Nie wiem czy kolację dam zjeść Wojtkowi pierwszą…

DLA JURKA – najlepszego Taty na świecie… Kiedyś się spotkamy :-)

Oceń opowiadanie:

3 / 5. Ocen: 4

OmeTV.pl - Polski Video Czat Poznaj nowe osoby z całej Polski na www.OMETV.pl

Dodaj komentarz