Mój własny raj

Kiedy obudziłam się w swoim łóżku, zatrucie alkoholowe już dawno rozlało się po moim ciele. Czułam tępy ból w skroniach, a żołądek miałam nieprzyjemnie pusty. Jakaś trudna do uchwycenia siła odbierała mi chęci do życia.

Mój własny raj
Mój własny raj

     Usłyszałam, jak ktoś wchodzi do mieszkania. Trudno było mi zrozumieć szepty Laury i moich rodziców. Dlaczego odwiedziła nas tak wcześnie rano? Z odpowiedzią przyszedł mi świetlny zegar, na którym widniała czternasta dziesięć. Chciałam podnieść się z łóżka, ale szybko okazało się, że moje chęci nie były duże. Na krótką chwilę uniosłam się jednak dostatecznie wysoko, by dostrzec stojącą przy łóżku miskę, w której pływały pozostałości wczorajszej uczty.

     O mój Boże. Ogarnęła mnie panika, bo nie mogłam sobie niczego przypomnieć.

     Puk, puk.

     Laura weszła do pokoju, nie czekając na zaproszenie. Spojrzała na miskę i zmarszczyła nos, a ja poczułam się taka upokorzona! Nie wiedziałam, że najgorsze miało dopiero nadejść.

     Opowiedziała mi wszystko. Od podstępu Filipa, przez bohaterskie czyny Marcina, aż po to, jak go wykorzystałam… o, Boże! Mówiła o tym rzeczowo, bez ubarwień, dzięki czemu stopniowo wracała mi pamięć. Rzeczywiście zaprowadziłam go do kantorka. Ostatni obraz, jaki potrafiłam odtworzyć to jego niepewny grymas.

     Z trudem panowałam nad sobą. Leżałam w kałuży potu i słuchałam historii swojego upadku. Po tym, co zrobiłam, koleżanki pewnikiem się ode mnie odwrócą. Nikt mnie takiej nie pokocha. W jeden wieczór straciłam dziewictwo, godność, szacunek do samej siebie i reputację, a co za tym idzie — całą przyszłość. W przebłysku nadziei pomyślałam na głos, że może uratuję chociaż reputację. Musiałam tylko poprosić Marcina, by nikomu nie mówił o tym, co zaszło.

     — Obawiam się, że byłaś dosyć wokalna — Laura odarła mnie ze złudzeń.

     Wokalna. Właśnie tak powiedziała, a ja od razu wyczułam, że to słowo do mojej kuzynki zupełnie nie pasowało. Zrozumiałam, że przygotowała się na tę rozmowę, że wygładza prawdę tak, bym czuła się lepiej.

     Do oczu napłynęły mi łzy.

     — Słuchaj, wszystko będzie w porządku — próbowała mnie pocieszyć.

     — Nic nie będzie w porządku — odburknęłam i odwróciłam się do niej plecami.

     Schowałam twarz w wilgotnej poduszce. Nie miałam po co żyć. Zaczęłam ryczeć jak bóbr.

     Dwa dni później był siódmy lipca, a każdego siódmego dnia miesiąca idę do spowiedzi świętej.

     W drodze do kościoła pracowałam nad swoim wyznaniem grzechów, ważąc każde słowo, lecz kiedy klęcząc przy konfesjonale poczułam boską obecność, zupełnie straciłam grunt pod nogami. Drżącym głosem opowiadałam bez ładu i składu, w głębi serca marząc tylko o tym, by to się jak najszybciej skończyło.

     Ksiądz Arek, którego dobrze znałam z wieczornych czuwań na plebanii, wręczył mi chusteczkę i zaproponował, byśmy zrobili przerwę. Jejku, jak on mnie dobrze rozumiał! Wstyd palił mi policzki, bo ksiądz marnował swój cenny czas z powodu mojej słabości, ale zapewnił mnie, że i tak musiał pójść po komórkę, bo czekał na ważny telefon od biskupa.

     — Przed Panem Bogiem nie musisz się niczego wstydzić — zapewnił, gdy ponownie dobrnęłam do ściany.

     Zebrałam w sobie odwagę, by nie kluczyć dalej wokół mojej tragedii. Po dłuższej pauzie wyznałam wprost, że odbyłam pozamałżeński stosunek analny.

     Pokuta była dotkliwa. Modliłam się ponad godzinę, po czym z trudem podniosłam się z klęczek.

     Opuszczając świątynię na odrętwiałych nogach, raz jeszcze spotkałam księdza.

     — Porozmawiaj z nim — poradził.

     Już sama decyzja o spotkaniu się z Marcinem nie była łatwa. Bałam się jego oceny i odrzucenia. Przez ostatnie trzy dni wyspecjalizowałam się w trudnych rozmowach, ale i tak to przed tą targały mną najsilniejsze emocje.

     Jak tylko usiedliśmy na ławeczce w parku, poprosiłam go o przebaczenie. Wykazał się zrozumieniem, na które nie zasługiwałam, a potem wyznał mi miłość. Byłam w szoku, bo nie sądziłam, że ktoś pokocha mnie taką zhańbioną, a już na pewno nie osoba, którą dopiero co zraniłam. Wtedy opowiedział mi o wielkiej roli, jaką na mojej osiemnastce odegrał wiszący w kantorku krzyżyk. Znalazłam pocieszenie w  objęciach Marcina.

     Spędziliśmy ze sobą kilka godzin, a potem odprowadził mnie do domu. Na pożegnanie dał mi całusa w czoło.

     Pierwszy raz w życiu miałam chłopaka.

     Mój pusty do tej pory żołądek wypełnił tuzin rozhulanych motylków.

     Kładąc się do łóżka, przyrzekłam sobie, że już nigdy nie zwątpię w boski plan.

     — Julka, porozmawiajmy jak kobieta z kobietą. Bardzo miał dużego? — zapytała w szatni Renata.

     Poczerwieniałam ze wstydu. Natychmiast otoczyło mnie ciekawskie towarzystwo, a ja próbowałam udawać, że nie było w tej chwili nic ważniejszego od precyzyjnego zasznurowania trampków przed lekcją WF-u.

     — Daj spokój, przecież takie odgłosy nie biorą się znikąd — wtórowała jej inna.

     Plotki szybko się roznoszą. Z tego powodu bałam się powrotu do szkoły. Całe szczęście, Marcin zachował dla siebie tajemnicę tamtejszej nocy, a dziewczyny nie tylko mną nie wzgardziły, ale wręcz uznały za swoją.

     — Bardzo — przerwałam grobową ciszę. Nie udało mi się powstrzymać uśmieszku.

     — Wiedziałam! — Renata zatriumfowała.

     — Gówno wiedziałaś, Renia. Kto mówił, że mu stoi, gdy miał centymetrowy fałd na dżinsach? — Uwaga Kasi spotkała się z gorącym przyjęciem.

     Nie powinnam była, ale nawet ja się zaśmiałam. W gruncie rzeczy nie znałam jego rozmiaru, ale chociaż tak mogłam odwdzięczyć się Marcinowi za uratowanie mi życia i to wyjątkowe uczucie, którym mnie obdarzył.

     Co, jeśli naprawdę ma… wielkiego?

     Nieśmiało zakryłam usta, by nie wypuścić na zewnątrz grzesznej myśli.

     Renata zaszczepiła we mnie pytanie, o którym musiałam opowiadać każdego siódmego dnia miesiąca.

     Rok w klasie maturalnej stał pod znakiem niekończących się pokus i odmów. Zrezygnowałam z kościelnego chóru, odmówiłam opieki nad dzieckiem sąsiadów. Paradoksalnie zrozumiałam, jak odmawianie może być przyjemne.

     „Zabierz te ręce”; „Marcin, ludzie patrzą”; „Nie dotykaj mnie tu”; „Proszę, przestań”.

     Naprawdę miał bzika na moim punkcie!

     Uwielbiałam mówić „nie”. Oczywiście wcale nie dlatego, że sprawiałam mu zawód. Po prostu cudownie było stanowić centrum czyjegoś świata.

     Marcin pracował nade mną każdego dnia. Pozwalałam na to, bo nie łapał po chamsku za pośladek. Był dżentelmenem. To musnął moją rękę, to odchylił mi włosy, to „przypadkowo” otarł się o udo. Skrupulatnie badał moje ciało, uważnie śledząc każdą reakcję i wyciągając wnioski.

     Zresztą nie tylko on korzystał ze swojej pracy badawczej. W życiu bym nie pomyślała, że mam łaskotki pod prawym kciukiem, a do przerwania pieszczot za uchem potrzeba nadludzkiej siły.

     Paraliżował mnie przyjemnością, by metodycznie przesuwać moje granice. Czy to nie wspaniałe?

     — Czym różni się odruch warunkowy od bezwarunkowego? — zapytałam, gdy któregoś zimowego weekendu leżeliśmy u mnie na łóżku i zakuwaliśmy do sprawdzianu.

     — Odruch bezwarunkowy jest na przykład wtedy, jak dziewczyna odwraca się i chłopak patrzy na jej tyłek. On tego nie kontroluje. Badania mówią nawet, że dupa nie musi być ładna, a i tak każdy na nią spojrzy.

     — Fuj! — obruszyłam się. Nie tylko dlatego, że to obrzydliwe, ale też takie wulgarne.

     Odkąd zostaliśmy parą, regularnie ćwiczyłam na macie (ale tylko wtedy, gdy nikogo nie było w domu), by pozbyć się boczków i popracować nad sylwetką. Wciąż byłam nieco zaokrąglona, ale chłopak często mnie komplementował. Skoro sam zaczął temat, to chyba mogłam podpytać.

     — Też zaczynasz na mnie patrzeć, gdy się odwracam?

     — Nie.

     Ej! Jak to nie?

     — Bo patrzę na ciebie cały czas — dodał.

     Tylko się zarumieniłam.

     Nauka szła opornie, bo on skupiony był na mnie, a mnie z kolei rozpraszały jego ręce.

     — Julko, odłóż to na chwilę…

     Coś dotknęło mnie w niedozwolonym miejscu. Wiem, że powinnam założyć dłuższe spodenki, ale no kurka!

     Zareagowałam gwałtownie, jeszcze zanim dotarło do mnie, że to jakiś robal (zresztą wtedy zachowałabym się podobnie). Szarpnęłam się i wytrąciłam mu z ręki granatowe pudełeczko, które z impetem uderzyło w drzwi i spadło na ziemię.

     — Wszystko w porządku? — zapytał zaniepokojony tata, który oglądał telewizję w pokoju obok.

     Pudełko otworzyło się. Oślepił mnie blask pierścionka zaręczynowego. Zakryłam oburącz usta i powoli przeniosłam wzrok na bladego chłopaka.

     — Tak! — krzyknęłam, o mało nie wybuchając ze szczęścia.

     — To dobrze — odpowiedział tatko.

***

     Nieśpiesznie obkręcam obrączkę na palcu serdecznym, wspominając historię naszego małżeństwa. Jest z żółtego złota, ma grawer i trzy malutkie diamenty, jeden przy drugim. Zawsze myślałam, że to symbol, ale mama przekonała mnie przed ślubem, że obrączka jest deklaracją. Im więcej bowiem pieniędzy jest w stanie wydać mąż na coś „bezużytecznego”, tym pewniejszy jest zawarcia związku.

     Zestaw obrączek, na który naciągnęłam Marcina, kosztował go oszczędności z wakacyjnego zbioru truskawek u Gapińskich i trzy miesiące półetatowej pracy w rodzinnym sklepie. Zdaniem mamy, jeśli wcześniej miał co do mnie jakieś wątpliwości, zostawił je u jubilera razem z gotówką.

     Od tygodnia jestem żoną. Mogłabym godzinami opowiadać o przyjęciu sakramentu małżeństwa i naszym weselu, o najwspanialszym dniu mojego życia, ale Marcin twierdzi, że ludzie mają już tego dosyć. Niech mu będzie.

     Powoli urządzamy się w mieszkaniu, które odziedziczył po swoich dziadkach. Jest w bloku i na nieciekawym osiedlu, ale cieszymy się, że możemy zostać w Grzeszynie. Każdego wieczora padamy na nagi parkiet cali umorusani i kiedy on marzy o prysznicu, ja roztaczam wizję wyremontowanego salonu i wpadam na nowe pomysły.

     Dzisiaj jest niedziela, a przecież wiadomo, w co obraca się niedzielna praca. Wyszykowałam się w białą, zwiewną sukienkę i leciutkie butki. Bijąca ode mnie wanilia dzielnie stawia czoła niezwyciężonemu zapachowi farby. W ręce trzymam jasny, wiklinowy koszyk. Jego zawartość schowana jest pod białą serwetką z ozdobnym wzorkiem. Idealny zestaw na piknik.

     Chętnie odłożyłabym gdzieś koszyk, ale kuchnia, jedyne pomieszczenie zdatne do użytku, jest cała zagracona. Chwilowo mamy w niej nie tylko typowy sprzęt kuchenny, ale też skromny telewizor, a nawet akwarium z rybkami.

     Wyglądam przez okno za mężem, który miał pożyczyć samochód od swojej siostry, Anety. Rodzina Marcina bardzo nam pomaga. Lubię ich. Jego siostra nie jest już dla mnie taka wredna, jak w czasach szkolnych, a teść zawsze powtarza, że jestem ładna.

     O, chyba przyjechał! Jeszcze go nie widzę, ale turkotu w silniku tego auta nie da się pomylić z niczym innym.

     Wychodzę z domu. Zamykam drzwi na klucz i poprawiam obrączkę.

     Jezioro Rajskie stanowi naturalną granicę między Pomyłką Wielką i Pomyłką Średnią. Wysiadamy z auta po „wielkiej” stronie akwenu, a następnie prowadzę nas do Raju — bajecznego miejsca, które odkryłam lata temu.

     Rozkoszuję się spacerem, bo w przeciwieństwie do obładowanego męża, niosę tylko niewielki koszyk. Jest przyjemnie ciepło, a gdy oddalamy się od plaży, cichnące krzyki dokazujących dzieciaków ustępują śpiewowi ukrytych w koronach drzew ćwir-ćwirków.

     Marsz trwa dłużej, niż się spodziewałam, a na domiar złego musimy przedzierać się przez coraz gęstsze chaszcze. Sterczące gałązki co rusz drapią moje odsłonięte ramiona. Choć mąż jest roześmiany i cieszy się chwilą, ja coraz bardziej się stresuję. Wychowałam się w tych stronach i kiedyś znałam tu każdy zakamarek, dlatego obiecałam Marcinowi szybkie dotarcie do celu. Tylko skąd miałam wiedzieć, że tak się tu pozmieniało?

     Przechodzimy przez pomost nad dopływającą rzeczką i zaczynamy iść po drugiej stronie jeziora.

     Cholipka, trzeba było wysiąść w Pomyłce Średniej.

     — Na pewno dobrze idziemy? — pyta Marcin.

     W jego głosie nie słyszę dezaprobaty, ale i tak się denerwuję.

     — Jesteśmy prawie na miejscu — kłamię, a raczej mijam się z prawdą.

     Po kolejnych kilku minutach marszu jestem bliska przyznania się, że zabłądziłam, ale między drzewami dostrzegam polną drogę i wszystko zaczyna mi się przypominać.

     Jesteśmy na kursie do drugiej plaży i już z daleka widzę wcale niemały pagórek, do którego zmierzamy.

     — Marcin, to tam, to tam! — ekscytuję się.

     Nie słyszę jego odpowiedzi, bo już pędzę w wysokie trawy do samotnego, polnego maku, który zdaje się stworzony po to, by ozdobić moją głowę. Kwiat szybko trafia między włosy, a Marcin kręci głową.

     No co?

     Mijamy drugą plażę. Wiem, że mąż chętnie by się tu zatrzymał, ale ja nie po to przyjechałam w te strony, by ludzie oglądali mnie w stroju kąpielowym. Wkraczamy na krętą ścieżkę, która prowadzi lekko do góry. Wspinaczka kończy się, gdy wyrasta przed nami gęsta ściana splątanych krzewów.

     — Co dalej? — pyta.

     — Gdzieś musi być słaby punkt… — tłumaczę i wręcz czuję na sobie powątpiewające spojrzenie.

     Nie przejmuję się tym i zaczynam badać roślinny mur, testując jego wytrzymałość to tu, to tam. Przydałby mi się mąż, ale on testuje tylko to, co mięciutkie. Wreszcie odchylam właściwą gałązkę. Podążam tym tropem i wyginam kolejną. Światełko w tunelu motywuje mnie do dalszego wysiłku.

     — Przytrzymaj to, to i to, a ja spróbuję przejść — instruuję go.

     Mocno zgarbiona przemierzam wąziutki tunel, mąż jest tuż za mną. Przedostajemy się do Raju. Słyszę za sobą jęk zachwytu.

     Ostrożnie podchodzimy do krawędzi pagórka. Marcin zbliża się aż do stromego spadu, a ja zostaję nieco bliżej. Pluskający się ludzie wydają się stąd mniejsi niż z naszego balkonu na drugim piętrze. Widok jeziora zapiera dech.

     Odwracam się i omiatam wzrokiem płaski szczyt. Jest porośnięty niską trawą, z której gdzieniegdzie wystają niewielkie krzaczki. Niedaleko stoi jakieś liche drzewo, którego nie pamiętam.

     — To wszystko jest dzisiaj tylko nasze! — zachwycam się.

     Wracamy do naszego bagażu, oglądając się na lewo i prawo.

     Marcin wyciąga z plecaka koc i starannie rozkłada na trawie. W tym czasie ja przygotowuję posiłek. Tuż obok koca stawiam przyniesiony w koszyku prowiant.

     Mąż zniknął niepostrzeżenie i rozgląda się po okolicy, więc zaczynam sama. Ściągam butki i kładę się brzuchem na koc. Pragnienie gaszę wodą mineralną, co rusz sięgam do plastikowego pojemniczka po borówki.

     Tafla wody jest intensywnie niebieska jak na dziecięcych rysunkach. Przyglądam się leniwie bujającym się koronom drzew po bardziej zalesionej stronie jeziora. Gdzieś w oddali świeci się jakiś krzyżyk, bardziej litera X, ale jest zbyt daleko, bym dostrzegła, co to takiego.

     Jest dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam. Tylko gdzie on się podziewa?

     — Spróbuj. — Podsuwa mi pod nos zdrowiuśkie jabłko.

     Pojawił się równie niepostrzeżenie, co wcześniej zniknął.

     Już mam ugryźć, gdy przypominam sobie, że nie zabrałam jabłek.

     — Skąd je masz?

     — Z tego drzewa.

     Zerwał jabłko w Raju! Minę mam nietęgą, ale mąż szybko poucza mnie, bym nieco wyluzowała. Jak zwykle ma rację.

     Wyluzowuję więc, ale jabłko i tak odkładam do kosza.

     Marcin łapie mnie za rękę. Nie ma nic do powiedzenia, po prostu tak trzyma.

     Przyglądam się mu uważnie. Jesteśmy ze sobą nieco ponad rok. Chłopięca twarz mojego chłopaka, mimo dłuższych obecnie włosów, stała się bardziej męska. Mąż jest znacznie szerszy w barkach i przestał być taki nieśmiały jak kiedyś. Stał się mężczyzną, któremu bez lęku daję się prowadzić przez życie. Dzisiejsza wyprawa udowadnia, że tak będzie lepiej dla nas obojga.

     Przez długi czas rozmawiamy o jakichś głupotach i pałaszujemy resztki jedzenia.

     Pozwalam mu wodzić palcem po mojej porysowanej ręce, bo twierdzi, że w ten sposób pozbędzie się zadrapań. Zawsze znajdzie wymówkę.

     — Nie zniknęły — stwierdzam po czasie.

     — To powód, by spróbować czegoś innego.

     Przysuwa się do mnie bliżej i zwilżonymi ustami dotyka płatka ucha.

     — O nie, tylko nie to! — protestuję, ale się nie odsuwam.

     Przystawia się do mnie jeszcze bardziej i zaczyna robić te swoje dziwne rzeczy. Przechodzi mnie dreszcz. Czuję, że cała sztywnieję.

     — To tylko uszko — uspokaja.

     Pierwszy moment zawsze jest dziwny, trochę jak pierwsze sekundy zimnego prysznica. Warto je przeczekać, bo potem robi się miło. Nie bardzo to rozumiem, ale tak jest.

     Jeszcze tylko chwilę, minutkę.

     Taniec odległych drzew oglądam przez coraz bardziej przymknięte powieki. Przypomina mi się każda pięciominutowa drzemka, która zamieniła się w godzinny sen. Wiem, że muszę zebrać w sobie siły i to przerwać.

     Unoszę się na rękach, ale męska dłoń spoczywa na dolnej części pleców i prosi, bym się nie podnosiła. Skoro tak grzecznie prosi…

     Zastygam w znanej mi z ćwiczeń na macie pozycji kobry.

     — Dobrze już, wystarczy. — Wydostające się z moich ust słowa sprzeciwu nie przekonują nawet mnie samej.

     Pozycja się załamuje, bo czuję na skórze opadające ramiączko mojej sukni. Z powodzeniem obracam się na plecy, ale palce naszych dłoni szybko się splątają i spoczywają nad moją głową. Nie mogę się ruszyć. Nie jestem pewna, czy chcę.

     — Powiedz, że jesteś tylko moja.

     — Jestem twoja i Jego.

     — Tylko moja.

     — Nie wyrzeknę się…

     — Nie musisz. Po prostu to powiedz.

     Nie przekonuje mnie i widzę, że myśli nad kolejnym ruchem. Ogląda mój odsłonięty obojczyk, kawałek miseczki stanika i, niestety, delikatną skórę pod pachami. Patrzy na mnie z dziwnym, szatańskim wręcz uśmieszkiem, a ja głośno przełykam ślinę. Nagle czuję się bardzo przekonana. Próbuję jeszcze uwolnić ręce, ale gdy orientuję się, że nie ma na to żadnych szans, po prostu robię, co każe.

     — Jestem tylko twoja. — Chichram się, jakby spełnił swoją niemą groźbę, bo schlebia mi jego determinacja.

     — Dobrze, teraz możesz mnie już… — Nie dokańczam, bo usta zamyka mi głęboki pocałunek.

     Nie podoba mi się miejsce, w którym przerwał mi zdanie. Niepokoi mnie też wyczuwalny na udzie fałd jego spodni, który znacznie przekracza centymetr. Tyle dobrego, że dopóki leżę na plecach, nie rozepnie mi stanika.

     Ale może go pociągnąć do góry.

     Gdybym tylko mogła, natychmiast bym się zakryła, ale to nie wchodzi w grę. Marcin przekłada moje ręce do jednej dłoni i mocno trzyma mnie za nadgarstki. Wolną ręką delikatnie masuje pierś.

     To dziwne uczucie, takie niepoprawne. Jego ręka nie powinna być w tym miejscu, a nie tylko się tam znajduje, ale jeszcze poczyna sobie coraz odważniej. Kolejne uciski jędrnej skóry i drażnienie nabrzmiałego sutka znajdują ujście w moich pomrukach. Irytuje go to, bo nie oddaję już pocałunków.

     Nasze usta się rozdzielają.

     — Co, jeśli ktoś nas zobaczy? — pytam, łapczywie nabierając powietrza.

     — Nie zobaczy. Mówiłaś, że nikt nie zna tego miejsca.

     Niby mówiłam…

     Unoszę lekko głowę, by spojrzeć na roślinną ścianę oddzielającą nas od świata. Nie mam wątpliwości, że nikt się tu nie dostanie. Marcin puszcza moje ręce, co momentalnie wykorzystuję, by oprzeć się na łokciach. Mąż nie kierował się jednak altruistycznymi pobudkami. Jego dłonie nurkują pod sukienką i powolutku zsuwają mi po nogach majtki. Jest zaskoczony brakiem oporu z mojej strony. Ja też jestem tym zaskoczona.

     Cieniutki materiał zostaje wyrzucony w górę i opada na trawę poza zasięgiem moich ramion. Mąż podwija mi suknię, zajmując przy tym wygodne miejsce. Przed ślubem zgoliłam włosy między nogami, bo Laura w niewybrednych słowach powiedziała mi, że muszę zrobić tam porządek. Wówczas pan młody nie skorzystał, bo był zbyt nafukany po weselu. Teraz za to obawiam się, że krótkie włoski będą go drapać.

     Czuje narastającą niepewność. Znika ona w chwili, w której widzę twarz męża. Zupełnie jakby właśnie objawiał mu się sam… och! Chyba nie powinnam tak mówić.

     — Och! — wydaję z siebie wysoki pisk. Z jakiegoś powodu wstydzę się go bardziej, niż tego, co się dzieje.

     Marcina nie drapię w twarz. Mam wręcz wrażenie, że nic nie mogłoby mu teraz przerwać. Jest taki zachłanny, tak bardzo skupiony na swojej zdobyczy, że nawet nie potrzebuje mnie całkiem nagusieńkiej. Co kilka chwil jego pieszczoty stają się dla mnie tak intensywne, że próbuję się od niego oderwać, ale nie ma na to szans. Przyssał się do mnie niczym glonojad do akwariowej szyby!

     Jedną ręką zakrywam pierś. Sama nie wiem po co, po prostu to robię. Zauważam, że coraz trudniej zrozumieć mi własne czyny. Odrzucam głowę do tyłu, bo do tego zmusza mnie szalejący język męża. Zawieszam wzrok w losowo wybranej chmurce na niebie, a dłoń, która przed chwilą wstydliwie zasłaniała cycek, teraz zaczyna się nim bawić, nieudolnie naśladując ruchy mojego partnera.

     Co ja robię!

     Marcin odrywa głowę od krocza i obraca mnie na bok. Pozbywa się ubrań i powoli przysuwa do mnie od tyłu. Czuję na karku jego ciepły oddech.

     — Nie zawsze w górę — szepcze, cokolwiek to znaczy.

     Przykłada do oznaczonego śliną miejsca coś, co musi być penisem. Przyznaję sama przed sobą, że trochę się boję.

     — Jesteś gotowa? – pyta.

     — Tak.

     Kiedy wchodzi, gwałtownie nabieram powietrza i cichutko syczę. Zamykam oczy i koncentruję się tylko na tym, by godnie przyjmować ból. Nie winię za to Marcina. Porusza się we mnie powoli, co pewnie wymaga sporej cierpliwości.

     Uwiódł mnie, rozebrał i w końcu posiadł, a ja nawet nie wiem, kiedy to się stało. Mimo to ręce na biodrach nie są władcze, a okazują mi troskę. Choć dostanie się do mojego wnętrza wymagało złamania dziewięciocyfrowego szyfru, mój mąż nie zatraca się w swoim triumfie. Wciąż to ja jestem dla niego najważniejsza.

     Wdechy i wydechy pomagają mi uśmierzyć ból. Odnajduję radość w próbach zestrojenia ich z ruchami jego bioder. Pochwa chyba zaczyna przystosowywać się do wielkości przyrodzenia. Sama nie wiem, czy jeszcze boli, czy już jest mi miło.

     Marcin przerywa penetrację. Silne ręce układają moje nogi między jego nogami, a następnie pociągają mnie za barki do tyłu. To jakieś szaleństwo! Przylegam plecami do jego torsu i czuję, jak nabrzmiały penis odbija się od moich ud w poszukiwaniu wiadomo czego.

     Mąż wznawia stosunek, a ja natychmiast podpieram się rękami, by nie stracić równowagi. Pozycja nie jest zbyt wygodna, ale doznania są znacznie silniejsze. Zwłaszcza odkąd silna ręka dociera do mojego łona i zaczyna intensywnie łechtać.

     Nie utrzymam dłużej języka za zębami.

     Pojękuję, krzyczę wręcz, a im jest mi milej, tym zapamiętałe krzyki stają się donioślejsze. Podobno podczas stosunku można wybrać pomysł na obiad albo zaplanować weekend, ale ja nie potrafię nawet trzeźwo myśleć.

     Nie wiem, jak to jest mieć orgazm, ale chyba jest blisko.

     — Aa! — wydaję z siebie zwierzęcy krzyk, którego nie poznaję.

     Nieznacznie się unoszę, tak że wychodzi ze mnie połowa członka. Moje nogi dostają silnych drgawek, a głowa opada nisko na trawę i zapiera się o twarde podłoże. Wszystkie te ruchy dzieją się samoistnie, jakby poza moją kontrolą. Mam dziwną jasność przed oczami. Słońce? Nie jestem pewna. W tej krótkiej chwili całą uwagę absorbują te wspaniałe reakcje mojego organizmu. Uniesienie nie trwa jednak wiecznie. Gdy dobiega końca, opadam na ziemię obok męża i przykładam sobie wierzch dłoni do czoła.

     Nie potrafię powstrzymać szerokiego uśmiechu. Jestem podniecona tym niezwykłym przeżyciem i już mi do niego tęskno.

     Przez kilka minut leżymy w milczeniu.

     Stopniowo uspokaja mi się oddech. Zaczynam odtwarzać w myślach nasz stosunek; w pewnym sensie przeżywam go jeszcze raz. Coś mi nie pasuje. Czegoś brakuje.

     Dyskretnie przesuwam rękę w kierunku łona, a następnie z jeszcze większą dyskrecją spoglądam w bok. Pierwszy raz widzę jego członek. Jest teraz taki malutki, że aż dziw bierze, że mógł mi zrobić to, co zrobił.

     Cholipka. Dociera do mnie, że tylko ja dotarłam do mety.

     Czuję się winna, a obrączka przyłożona do czoła zaczyna nieprzyjemnie drapać.

     Jestem żoną. Nie mogę być taka samolubna.

     Wiem, co należy zrobić, ale to nie takie proste. Jestem między młotem grzechu a kowadłem powinności. Walczę ze sobą dłuższą chwilę, aż dociera do mnie, że jeśli nie odważę się teraz, to już chyba nigdy.

     Najwyżej ksiądz Arek znowu wychłosta mnie zdrowaśkami.

     Wgramalam się niezdarnie między nogi męża. Przez chwilę mam wrażenie, że zaraz powie „nie musisz” albo coś takiego, ale jakby się rozmyślił i tylko przygląda mi się w milczeniu.

     Nieśmiało łapię go w dwa palce i odciągam nadmiar skóry, z której wyłania się fioletowy kapelusik. Skłamałabym, mówiąc że jest ładny, ale dla mnie liczy się teraz tylko to, że robi dobre rzeczy.

     Po krótkiej zabawie dwa palce już nie wystarczają, a ja w zdumieniu przyglądam się tej błyskawicznej przemianie. Okazuje się, że wcale nie okłamałam Reni. Ruchy w górę i w dół kontynuuję przy użyciu całej dłoni. Wydaje mi się, że idzie mi całkiem nieźle, ale Marcin po kilku westchnięciach mówi:

     — Jezu, nie trzymaj tak mocno!

     Jego uwaga mnie peszy. Biorę ją sobie do serca, bo chcę, by było jak najlepiej, ale mam wrażenie, że moje działania nie przynoszą żadnego rezultatu. Boję się dodać trochę siły.

     Najchętniej bym się wycofała, ale na to już za późno. Podejmuję niełatwą decyzję o wzięciu go do ust.

     Odgarniam do tyłu brunatne włosy i pochylam się nad nim.

     Chowam w ustach żołądź i unoszę wzrok w poszukiwaniu pochwały, ale widocznie na to jeszcze za wcześnie. Początkowo jest trochę fuj, ale z biegiem czasu odnajduję satysfakcję z odległości pokonywanej na trzonie penisa. Podoba mi się, że mąż nie potrafi pozostać obojętny na to, co robię. Role się odwróciły.

     Zyskuję pewność siebie i tracę koncentrację. Wycofuję się, by zaczerpnąć tchu i z nieuwagi zahaczam ząbkiem o zgrubienie. Nie musi nic mówić. Wiem, że spaprałam.

     — Au! — syczy.

     — Przepraszam — mówię cichutko ze skruchą. — Nic nie mów.

     Powracam z silnym postanowieniem poprawy. Jestem jeszcze bardziej staranna, a do tego udaje mi się przyspieszyć. Nie mam czasu spojrzeć mu w twarz, bo cały czas pilnuję, by usta sunęły równo wzdłuż członka. Złapałam rytm.

     — Już, już!

     Może nie jestem w tym najlepsza, ale robię to z miłością!

     — Już! — powtarza.

     Pokażę mu, na co mnie stać.

     Ej, już!

     Czym prędzej się wycofuję, ale jest za późno. Pierwszą salwę przyjmuję do ust. Natychmiast wypluwam ją z obrzydzeniem w bok i z powrotem odwracam głowę. Tylko po to, by kolejny bialutki pocisk chlusnął mi w nos.

     No nie!

     Zamykam oczy. Biorę głęboki wdech i powoli wypuszczam powietrze.

     Cała się gotuję, ale śmiech męża jest zaraźliwy.

     — Daj mi coś do wytarcia — proszę.

     Ten dalej się śmieje.

     — No już! — ponaglam rozpaczliwie.

     W końcu się nade mną lituje i wycieram twarz chusteczką higieniczną.

     Pośpiesznie doprowadzam się do porządku, po czym mąż zaprasza mnie ręką na kocyk. Zajmuję swoje miejsce, a on bez przerwy się do mnie szczerzy. Poprawiam ramiączko i obciągam suknię tak, by nie było mi niczego widać. Część mnie chce zapytać, czy było mu dobrze, czy się spisałam, ale druga część pragnie o wszystkim jak najszybciej zapomnieć. Śmiałość już dawno mnie opuściła i odwracam głowę w drugą stronę. Nie rozmawiamy. 

     Od tego wszystkiego bardzo zgłodniałam. Sięgam więc do koszyka. Wodzę na oślep dłonią w poszukiwaniu czegoś dobrego. Zostało tylko jabłko. Waham się, ale ostatecznie wyciągam owoc i zatapiam zęby w słodkim miąższu. Coś gęstego spływa mi po podbródku.

     Nie jest to sok.

Oceń opowiadanie:

4.8 / 5. Ocen: 152

OmeTV.pl - Polski Video Czat Poznaj nowe osoby z całej Polski na www.OMETV.pl