Moja Matylda

Mamie powiedziałem, że będę nocować u kolegi. Co lepsze, uwierzyła w to. Tak jak wierzy w to, że nadal biorę tabletki spłukiwane w toalecie, bo źle się po nich czuje i nie przynoszą efektów. Pani Wanda powiedziała jednak, że jeśli ona się zgodzi, to mogę zostać dzisiaj na noc. Pierwszy raz w życiu mam spać poza domem. Ale nie to jest ekscytujące.

Moja Matylda

Dreszcz podniecenia wywołuje wiklinowy koszyk stojący na szafce do butów, do którego przypięto karteczkę „Czekam w ogrodzie, kochana. Pamiętaj o puzderku”.Ledwo dotykam go by podnieść, widzę Beatę. Z tego co wiem, jest prawie dziesięć lat starsza niż ja, ale niezamężna i bezdzietna, więc powinienem w jej mniemaniu ją szanować.

Zatrudniona tutaj jako gospodyni, to lepsze słowo niż „służąca”. Nie wiem, czy bardziej jej zazdroszczę wyraźnie kobiecych kształtów i długich włosów, czy nie lubię jej surowego, wrednego spojrzenia, nawet gdy się uśmiecha. Przynajmniej już nie wymyśla kolejnych obelg. Widać, znudziło się jej. Fartuch ma zawieszony na sukienkę.- Jak dziwadło zamierza się kąpać, to niech idzie do góry. – mówi wreszcie, podkreślając to określenie, jakby zadowolona, że je wymyśliła

– Dopiero skończyłam myć dolną łazienkę dla gości. Jak tam nabrudzisz, to umyje ją zawartością tego twojego koszyczka.Kiwam jej głową, pochylając głowę by nie patrzeć w tę twarz. Pośpiesznie idę po schodkach, wciąż czując na sobie jej wzrok. Dziwadło. No dobrze, to najmniej uwłaszczające ze wszystkich określeń, które już wypowiadała. Zamykam się w łazience. Wanna na lwich nóżkach napełniała się parującą wodą, gdy zdejmuje przyduże ubrania skierowane do chłopaków w moim wieku. To wymóg matki, mam wyglądać jak inni nastolatkowie.

Nie czuje się z tym dobrze, ale co? Bluza z kapturem, koszulka z wzorem-graffiti, spodnie na najkrótszym skórzanym pasku z dorobionymi trzema dziurkami, skarpetki.W lustrze moje ciałko jest blade i kościste, pozbawione włosów. Endokrynolog nazywa to „zaburzeniami hormonalnymi, chłopcze”. Ja zaś „bezpłciowa powłoka”, „niedojrzewaniem” i „przypominam dziecko”. Koledzy się golą czy też zapuszczają brody, ja nawet nie mam włoska nad łukiem amora. O i śmieją się, że chyba depiluje nogi, ha ha. Marzy mi się, by mieć dłuższe włosy, ale znów matka uważa, że nie.

„Wtedy już naprawdę ludzie będą myśleli, że jesteś dziewczynką”.

Jasne, teraz patrzą i szukają właściwej formy, zwłaszcza gdy im odpowiadam tym durnym, wysokim głosem. Ostatecznie decydują się kierować ubiorem i zapachem, wybierając męską. Przelewam z dużej butelki płyn do kąpieli, by łazienkę zalał zapach drzewka sandałowca.Nabieram mocno powietrza i unoszę wzrok w górę.

Nie chce na niego patrzeć. Dopiero teraz spuszczam bokserki i kieruje się do wanny, by w całości zniknąć w obfitych ilościach piany. Jest jak skaza na ciele. Łysy, brzydki i mały robal do sikania. Niewiele większy od palca. Obrzydliwość. Wypuszczam powietrze, wciąż trzymając oczy zamknięte.Za dwa lata wyprowadzę się od matki, pożyczę od pani Wandy pieniądze i zrobię sobie konkretną terapię hormonalną, zamiast tej niedoróbki mającej ze mnie zrobić chłopca. Wreszcie zyskam płeć. I wtedy też, nareszcie się go pozbęde. Oglądałem na internecie trochę zdjęć jak wyglądają genitalia osób po zmianach płci. Nie jest źle, czasem nawet wygląda ładniej.

Można ciągnąć jeszcze się z implantami piersi, ale wystarczy pozbycie się jego i może nieco tłuszczyku na klatce by mieć drobny biust. Powtarzam sztuczkę z wstrzymywaniem powietrza i znikam pod wodą. To próba chwilowego odcięcia się od świata i usunięcia przykrego zapachu perfum ojczyma, którymi mama pryska mnie za każdym razem jak tylko widzi, że gdzieś idę.Zawsze marzę, że to pani Wanda jest moją mamą. Zawsze mówi, że „ludzie widzą, co chcą zobaczyć.” Zawsze zwraca się do mnie Matylda i tak trochę, z braku ładniejszego słowa, sponsoruje mnie.

Zawsze sobie obiecuje, że oddam wszystkie pieniądze jakie mi daje, Nawet jeśli Beata mnie nie lubi, ona nigdy nie spojrzy krzywo. Chyba, że ją sprowokuje. Wtedy potrafi krzyknąć, fuknąć. „Jak Ci się nie podoba, to nie musisz do mnie przychodzić”. Chce, przy niej jest lepiej niż w rzeczywistości. Uczy mnie jak to być sobą. Nie jest może to matka dla przybranej córki, ale bardziej poczciwa mentorka. Wynurzam się kaszląc, gdy woda cieknie mi po twarzy. Uspokajam oddech, zanim zaczynam się szorować. To ciało nie jest prawdziwe.Suchy i otulony ręcznikiem na dwa razy pod ramionami otwieram koszyk.

Na górze leży bielizna. Białe, dziewczęce majtki z różyczkami, bawełniany podkoszulek w zastępstwie stanika i złożone rajstopy. Te pierwsze ciasno przylegają do ciała, tak, że szwy drażnią robaka. Założone, pozostawiają brzydkie wybrzuszenie z przodu. Dwa lata i będę miał tam co innego. Góra, to już łatwiej. Rajstopy, czarne, lśniące, śliskie. Kupiłem podobne, ale zamykam je w szafce na kluczyk, tylko by na podstawie filmików nauczyć się je ubierać.Spódniczka, prosta, jednolicie czarna z guzikiem by nie spadała. Do chudych, krzywych kolan. Jest cudownie lekka, przyjemna. Chciałbym ją nosić codziennie. Sweterek, biały z kołnierzykiem i wstawkami na rękawach w kolorze toffi, miękki i ciepły.

Aż muszę na chwile usiąść, by to jeszcze chwile poczuć. Chwycić się za ramiona, by przekonać, że naprawdę są na mnie.Tym, co zakładam najostrożniej i z największym namaszczeniem jest peruka. Długie, czekoladowe włosy skręcające się na końcówkach w loki. Z grzywką na czoło. Poprawiam ją cztery razy, zanim stanę przed lustrem. Opaska z gwiazdkami dociska ją skutecznie do głowy by się nie przesuwała ani spadła. Kiedyś będę miał takie naprawdę. Zapuszczę włosy i będę eksperymentował z najróżniejszymi fryzurami i kolorami. I nauczę się wreszcie sam malować.Staje przed dużym lustrem, ścierając parę. Dziewczyna z lekko kwadratowym podbródkiem uśmiecha się do mnie z błyszczącymi, piwnymi oczami.

Ma ładne, delikatną buzię, okrągły sterczący nosek i wąskie wargi z równymi ząbkami jak u dziecka. Cześć Matylda, czekałem na Ciebie cały tydzień. Patrzę i nie wierzę, że to wciąż ja. Nie jestem dziwadłem, jestem śliczna.Pospiesznie wciągam balerinki na rajstopy i wrzucam swoje dawne ubrania do koszyka, który chowam na półce. Biorę drugie puzderko, to z kosmetykami, kolorowe i obklejone muszelkami.

Niczym na skrzydełkach gnam do ogrodu, starając się przestrzegać chodu jak uczono w tym programie dla dziewcząt, oglądanym po kryjomu na telefonie w domu.Pani Wanda wyraźnie korzysta z resztek słońca i ładnej jesiennej pogody. Jak zawsze przykryta kocem siedzi przy dużym drewnianym stole, na którym obok kieliszka z resztką czerwonego porto stoi otwarta bombonierka. Cichutko podchodzę do niej od pleców, patrząc na welon kasztanowych włosów. – Skradają się dzieci, które kradną, Matyldo. – mówi, nie odwracając głowy – Nie spieszyło Ci się zbytnio.- Poprawiałam sprawdzian, mama chciała, żebym zrobiła zakupy i autobus stał w korku. – obchodzę ją – A poza tym chciałam wyglądać tak ładnie jak pani. – szczerze się w uśmiechu – Dostałam pozwolenie, by móc zostać na noc…- A czy zjadłaś obiad? – przerywa mi, nadal unosząc twarz do góry – Jeśli myślisz, że głodzenie się czyni Cię ładniejszą, to odpowiedź brzmi nie. To, że zmienisz się w szkielet, nie sprawi, że będziesz Barbie. – Kupiłam sobie hamburgera po szkole. – kłamstwo, na śniadanie zjadłam jedynie jogurt z płatkami – Zresztą ostatnio przytyłam już dwa kilogramy… – Beata ma Cię zważyć? – pochyla głowę i otwiera oczy, patrząc prosto na mnie – Jak będzie tam mniej niż pięćdziesiąt kilogramów…. – czterdzieści cztery, cholera, wiem ile tam jest, więc kręcę głową – Poczęstuj się chociaż czekoladką. – zakłada okulary, które nosi na łańcuszku, a jej zielone oczy powiększają się jak u sowy

– Nie kręć tą żabią buzią, jakbyś szukała ratunku.Drżącymi palcami sięgam do pudełka, szukając najmniejszej jak się da. Wszystkie są równe, okrągłe lub podłużne. Dobra, niech będzie chociaż jakaś prosta. Okrągła, płaska na wierzchu, bez polewy. Patrzy na mnie, cały czas. Nie ma więc szans, by ją wyrzucić. Wkładam do ust połowę i rozgryzam. Smak czekolady od razu uderza, potem zmienia się w truskawki. Spoglądam do środka między palcami. Różowa pianka. Obrzydliwie dobre. Wsuwam drugie pół, zaciskając oczy i połykając od razu resztę.- Grzeczna dziewczynka. – otwiera puzderko i miesza w nim dłonią, by wyjąć eyeliner – Podkreślimy tylko te oczka i wargi, bo są śliczne. Ładne dziewczęta nie potrzebują dużo, więc nie musisz z siebie robić klauna z szminką i masą pudru. – nie to, że chciałbym, widziałem jak ładnie wygląda zestawienie czarnej szminki i czerwonych cieni do oczu, posłusznie jednak przysuwam krzesło i siadam dość blisko, by sięgnęła dłonią do mojej buzi –

– Mam nadzieje, że na przyjęciu nie zrobisz nic głupiego. – słyszę jej głos przez zamknięte oczy – Nie zabronię Ci się bawić, możesz nawet wziąć lampkę szampana, ale tylko jedną. Rozmawiaj, ale się nie narzucaj, zachowuj się porządnie. Jeśli jednak kombinujesz, by stać całe przyjęcie obok mnie, od razu zamknij się w sypialni i poczytaj. – czuje jej dłoń na policzku i łaskotanie na powiece, gdy robi kreski makijażu – To tylko znaczy, że wciąż jesteś przerażonym, nieopierzonym pisklaczkiem. Chociaż ilość twoich kłamstw tylko to podkreśla.Otwieram oczy i widzę, jak wyjmuje różową pomadkę, którą kreśli po moich wargach, druga dłonią trzymając mnie za podbródek. – Przepraszam – mówię cicho – Ja po prostu…- Boisz się. – puszcza moją buzię i wyjmuje lakier do paznokci, a ja wysuwam dłonie – Dlatego obgryzasz paznokcie, chociaż mówiłam, byś tego nie robiła. – przekręca buteleczką – Mój brat też podbierał mi sukienki i się malował. Rodzice dowiedzieli się i posłali go do szkoły z internatem. Nigdy więcej się nie zobaczyliśmy. – mocniej ściska mi palce – Ale ty nie jesteś tu na siłę, czy za karę, kochanie. To ty masz być szczęśliwa.

A kłamstwa tego nie budują.Niechętnie sięgam jeszcze raz do pudełka i wyciągam drugą czekoladkę. Od razu wkładam ją w całości do ust. Nugat. Niemal podchodzi mi do gardła poprzednia i jogurt, ale zmuszam się by to połknąć. Uśmiecha się jednak, jakby była zadowolona.Dmucham po paznokciach by szybciej wyschły, uśmiechając się do niej. Efekty jej sprawnej ręki oglądam w niewielkim lusterku, marząc, że sama umiem już to robić. Ale przyłapana z chociaż tuszem na powiekach, skończyłabym na poważnej rozmowie z mamą. Tutaj jednak, mogę wszystko.- Zawołaj proszę Beatę, by zabrała mnie do domu. – mówi, opróżniając resztkę z kieliszka – Też chce się wyszykować nieco na przyjęcie. – układa dłoń na podparciu wózka – Mój przyjaciel Wilhelm, weźmie ze sobą pewnego chłopca. Jest niedużo starszy od Ciebie, ale chyba się dobrze zrozumiecie. A więc przyjęcie. Kilku znajomych okazało się ponad dwunastką ludzi, albo nawet więcej. Mężczyźni pod krawatami, kobiety w sukniach prosto z modnych katalogów, muzyka z płyt starszych niż ja. Lampka szampana w dłoni buja się, gdy drżą mi dłonie. Niektóre pary tańczą, inne rozmawiają ze sobą, śmiejąc się. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie wiem czy to dobrze. Nie, żebym jej celowo szukała, chcąc krzyczeć “mam pod spódniczką ptaszka, chcecie zobaczyć?”.

To samobójstwo w oczach pani Wandy.- Pierwszy raz na przyjęciu pani Wandy? – pyta lekko ochrypły głos – Wszyscy rozmawiają o teatrze, obrazach i innych tego typu sprawach.Kiedy odwracam głowę, widzę tylko czarny sweter opinający dziwnie szeroką klatkę piersiową z wystającym białym kołnierzykiem koszuli. Powyżej, piękna twarz pełna równych linii z szerokim, płaskim noskiem i wąskimi wargami przyozdobionym kolczykiem na dole. Jasne blond włosy są przycięte po bokach i zaczesane do tyłu zgodnie z panującą modą. Słodkie, jasne oczy patrzą prosto na mnie. – Jeśli lubisz książki, porozmawiaj z Bruno. To ten w okularach, który właśnie macha łapami. – wskazuje palcem na grupkę dwóch kobiet i wąsacza – Ma doktorat z literatury. Potrafi godzinami zanudzać o amerykańskiej literaturze. – uśmiecha się do mnie z troską – Uniwersalna metoda, podejść do kogokolwiek i kiwać głową, że rozumiesz, o czym mówi. – pije odrobinę szampana – Jeśli zaś szukasz rozmówcy na poziomie pani Wandy, wybierz Willa. – wskazuje mężczyznę z czarnym wąsem – Z czystym sercem uprzedzam, że czasem potrafi zaskoczyć jeśli chodzi o tematy, zwłaszcza jeżeli chodzi o nauki ścisłe. Niemniej, to świetny gawędziarz.Znów odwracam do niego głowę. Nie, nie jest przystojny, ale właśnie ładny.

Wie to i to wykorzystuje. Też trzyma lampkę szampana, z której pije odrobinę. Boże, boję się nagle odezwać. To nie jest moja nauczycielka, ani Beata, którą ona może poskromić. To obcy mężczyzna, który widzi we mnie dziewczynkę. Zagubioną wśród ludzi. Ściskam nogi pod spódniczką, czując ciepło na buzi. Teraz naprawdę się boje. Jakby brakło mi oddechu.- Hej, nie martw się. – kładzie mi dłoń na ramieniu, która wydaje się lekka i smukła – Też byłem tu kiedyś pierwszy raz i wszyscy mnie przerażali. Zdradzę Ci sekret. – pochyla się, pachnąc ładnym aromatem, kojarzącym się z wodą po goleniu – Wypiłem więcej na odwagę i poprosiłem do tańca najładniejszą kobietę. – prostuje się – Dzisiaj chciałbym spróbować walca na trzeźwo, a ona się chyba mnie wstydzi. Głupio mi teraz tak odejść. Co powinienem zrobić?Opuszczam wzrok na baleriny. Opróżniam męczony kieliszek na raz. Wciąż tam jest. Z tym ładnym uśmiechem i uroczym spojrzeniem. Wyciąga dłoń, płasko, jak zwykle na filmach mężczyźni proszą kobiety do tańca. Przecież ja nigdy nie tańczyłam. Połykam ślinę. Muszę odmówić.- Ja… – świetnie, brzmie jeszcze gorzej, niż zawsze

– Ja nie umiem tańczyć. – pewnie wywracam oczami jak żaba, jak to mówi pani Wanda – Przepraszam, pana…- Cóż, zwykle damy tak mówią. – zdejmuje mi dłoń z ramienia – Dlatego zwykle to mężczyzna prowadzi w tańcu. – nie odsuwa jednak tej zapraszającej – Będę jednak zaszczycony, mogąc spróbować. Jeśli będzie aż tak źle, osobiście zaprowadzę na jakieś krzesełko i przyniosę drugą lampkę szampana na pocieszenie, a potem ulotnie się jeżeli sobie tego zażyczyszUkładam dłoń w dłoń, która wydaje się delikatna, o smukłych palcach. Pisklak uczy się latać. Wyciąga mi z drugiej kieliszek. Prowadzi na parkiet.

Nie, nie interesują mnie chłopcy. Nigdy w życiu nie zdarzało mi się obejrzeć za innym mężczyzną czy chłopakiem.. Z każdym obrotem w jego ramionach, gdy mnie prowadzi, z taką delikatnością, taką gracją. Jakbyśmy unosili się w powietrzu, do rytmu walczyka z winyla. Mam zamknięte oczy, czując tylko jego dotyk, mieszaninę zapachu jego i własnego. Ten taniec, wolny i prosty. Nie przytula, nie targa jak szmatą. Prowadzi z elegancją par na filmach. Czuje, jak spódniczka kołysze się, gdy po raz kolejny zakręcamy kółko, a muzyka cichnie. Otwieram oczy. Wciąż mnie trzyma przy sobie.- Było mi bardzo miło, dziękuje. – co w nim jest takiego, dziwnego, magicznego i mistycznego – Ale jak znam tą bajkę, Kopciuszek teraz ucieknie? – wypuszcza moje palce ze swoich – Cóż, będę szukał szklanej balerinki na schodach. – chichocząc, odchodzi, znikając wśród pleców innych ludzi.Z zawrotami głowy idę w stronę pani Wandy, którą najłatwiej znaleźć. Chcę jej to opowiedzieć, pochwalić się.

Ewentualnie przeprosić i czmychnąć, ze wstydem, gdy serce bije w środku ciała. Gdy staje przed jej wózkiem, jest ubrana w czarną długą suknie, a wąsacz właśnie kończy opowiadać, coś co doprowadza ją do łez.- I ten głupek ciągle podrywa kobiety, taki czuje się pewny. – sam się śmieje, po czym odwraca na mnie wzrok – Dobry wieczór, panienko. – Matylda, poznaj pana Wilhelma. – mówi pani Wanda ocierając łzę śmiechu, chyba pierwszy raz jak ją znam taką ją widzę – Will, to właśnie moja mała Matylda. – mężczyzna wstaje i całuje mi dłoń, jak prawdziwy dżentelmen – Pan Willhelm właśnie opowiadał o Marcelu. Kręcił się tutaj gdzieś jeszcze przed momentem…- A ja się dziwię, że mnie uszy pieką. – znów ten sam ochrypły głos, za plecami, a chłopak z kolczykiem pojawia się obok – Przyniosłem panu gin i porto dla pani Wandy. – przechodzi obok mnie i podaje drinki starszym, a ja patrzę dalej oczarowana nim, on szczerzy się w uśmiechu – Więc jednak fizyka? Spodziewałem się raczej czegoś związanego z naukami humanistycznymi.- Marcelu, to jest Matylda. – przedstawia mnie nauczycielka, gdy brakuje mi słów – Moja, można tak powiedzieć, uczennica. – przygryzam wargę – Mam z nią tą samą relację co ty z Wilhelmem.Dopiero, gdy siada obok przyglądam mu się. “Ta sama relacja co ty z Wilhelmem”. Uczę się od niej czego? Jak powinnam poprawnie być dziewczynką. Więc…Znów się uśmiecha, jakby chciał potwierdzić moje myśli. Ma za delikatne rysy twarzy, za miękkie dłonie i za duże piersi na mężczyznę. I te oczy z równymi brwiami.

– Jesteś taki jak ja. – mówię cicho jakby nie chcąc, by usłyszeli, patrząc na niego – Tylko na odwrót.- Tak, na odwrót. Ty jesteś dziewczynka, a ja chłopcem. – odpowiada, jakby jednak usłyszał – Jakby mogło być inaczej, Matyldo?Wycofuje się krok po kroku, patrząc wciąż na niego i czując bicie serca. Wilgoć zalewa moje plecy, gdy wpadam na przeszkodę.- Zobacz, co zrobiłaś, głupia! – rozlega się krzyk Beaty i brzdęk szkła – Prawie stłukłam kryształ! – Marcel podrywa się i znika za mną – Niech pan zostawi, to wina tej głupiej…- Beata! – syczy pani Wanda przez zęby – Matylda z pewnością nie chciała. – Zamiast ją obrażać, zabierz ją do góry i poszukaj coś suchego na przebranie i zamocz od razu, bo plama nigdy nie zejdzie. – uderza dłonią o wózek – Natychmiast! Czuje, jak ktoś łapie moje ramię i ciągnie. Patrzę jeszcze raz na nią, nie, na niego. Jest taki naturalny w tym, jak wygląda, jak się zachowuje. Chciałabym czuć się chociaż tak w połowie.Szarpnięcie przywołuje mnie z powrotem. Beata, w sukni bez fartucha ciągnie mnie do schodków, potem po nich, korytarzem i do pokoju. Marcel. Piękny Marcel o blond włosach. Poprosił mnie do tańca, nieświadomy czym jestem. – Zdejmij sweter. – trzaska drzwiami zapalając światło, wyciągam ręce z rękawów, ściągając go przez głowę – Głupie dziwadlo! znów przez Ciebie to ja obrywam! – słyszę jak szurają szuflady

– Ale mam dla Ciebie dobrą nowinę. To był ostatni raz. – nie rozumiem, więc układam sweter z plamą na łóżku, tak by nie pobrudzić pościeli – Bo dzisiaj to ja nauczę Cię czegoś wyjątkowego.Odwracam się wolno i widzę, że trzyma długi nóż. Pewnie sobie żartuje. Zaraz da mi coś z “moich” ubrań i wrócimy na przyjęcie. Tak, wszystko będzie dobrze. Przesuwa płaską stroną po moim policzku, ostrze jest przeraźliwie zimne. – Przychodzisz tutaj jak do siebie i wykorzystujesz tą biedną kobietę na wózku do spełniania swoich chorych zachcianek. Dlaczego? – przenosi go na drugi policzek, znów sunie nim płasko, tak, że gdy zatrzymuje dłoń, czubek wbija mi się w dolną szczękę – Nie, ty nie masz na to odpowiedzi, prawda? Łakniesz uwagi, bo jesteś chorym dziwactwem. Myślisz, że gdy nosisz ten makijaż i ubrania, wszyscy Cię kochają. – silnym ruchem dłoni rozrywa zapięcie spódniczki, która opada na ziemię – Chcesz czuć się jak kobieta? Ja Ci pokażę. Zapamiętasz tą lekcję do końca swojego dziwacznego życia. Kto wie, jak długiego? – patrzę jak prowadzi nóż po podkoszulku, niżej, aż zatrzymuje go na wysokości podbrzusza i znów dźga czubkiem w rzecz, której nie powinno być – Specjalnie dla Ciebie.

– Proszę… – udaje mi się powiedzieć wreszcie, połykając łzy – Cokolwiek chcesz, tylko proszę, nie rób mi krzywdy… Nic nie powiem pani Wandzie, obiecuje. Zostanę tutaj przez resztę wieczoru i…- Cicho, piszcząca świnio. – znów kuje nożem w niego – Jesteś jak te gumowe zabawki dla psów. Tylko potrafisz piszczeć, gdy się Ciebie ściska. – wyciąga drugą dłoń, na której wiszą kajdanki, takie prosto z filmów – Nawet nie wiesz, jak długo zastanawiałam się, co najbardziej Cię upokorzy. – powala mnie z łatwością na łóżko przy użyciu kolana, którym uderza w moje chude udo – Pan Walery zadbał o to, by każdy pokój był idealnie wyciszony, więc nie łudź się, że przybiegnie Ci ktoś na pomoc. – przysuwa się, wciąż trzymając nóż – Jesteśmy tutaj sami. A teraz bądź grzeczny i odwróć się na brzuch i wyciągnij ręce do góry.- Błagam, Beata! – twardy kamień rozpaczy zaklinował mi się w gardle – Nie rób mi… – dźgnięcie, tym razem nie ostrzegawcze jak paznokciem, ale wyraźnie bolesne i mające podkreślić jej dominację – Jeszcze słowo, a potnę tę twoją śliczną buźkę, którą tak sobie cenisz! – Jak brzmi to twoje durne imię? Pierdoła? Dziwadło? Nie… – uśmiecha się – Sratylda. Wiesz, ile razy słyszałam, że mam przygotować jeszcze jedno nakrycie, bo jej kochana Sratyldka przyjdzie to pewnie będzie chciała zjeść, a potem wylewałam do śmieci, bo wybrzydzałeś? Ile razy wycierałam łazienkę, bo musiałeś się wykąpać i zachlapałeś wszystko? – wykrzywia się

– Pracować i prać twoje ubrania? Opowiadała o tobie, jakbyś był jej córką. Sratylda to, Sratylda tam to. Zabierz mnie na zakupy, poszukamy jej nowej sukienki, bo niedługo ma urodziny. – zamachuje się i uderza z całej siły kajdankami w brzuch, niczym korbaczem, kule się po tym ciosie mocniej – Ja w urodziny musiałam prać twoje gacie, bo “Sratylda musi mieć zawsze czystą bieliznę!” Nawet mi nie złożyła życzeń! – połykam kolejną porcję łez, czując ból- Przepraszam, ale proszę… To nie… – tym razem dźga nożem w udo, robiąc w rajstopach dziurę – Powiedziałam, że masz siedzieć cicho! – chwyta mnie za gardło i przykłada nóż prosto do policzka, dociskając, wystarczy jedno szarpnięcie – A może jednak mam zacząć Cię upiększać po swojemu? Tego chcesz?Wciąż płacząc, przewracam się na brzuch zgodnie z pierwszym poleceniem. Miejsce, gdzie uderzyła boli, gdy sprężyny go dotykają. Siłą zmusza mnie do wyprostowania ramion spod siebie.

Ma w tym wprawę, musi przecież przenosić panią Wandę do wanny i łóżka. Łańcuch grzechocze o metalową ramę łóżka, gdy skuwa mi dłonie w górze, wbijając kolano w plecy. Ból wrzeszczy w każdym zakamarku ciała, jako przypomnienie, że “to dzieje się naprawdę”.Wychylając głowę nad ramieniem widzę, jak podwija suknie i zdejmuje ją przez głowę. Prosta, niepasująca do siebie bielizna osłania jej intymność. Tłuszcz rozłożony po kobiecemu, w biodrach, piersiach i udach. Znów przesuwa nożem, czuje jego czubek na pośladku, jak wędruje po udzie, niczym żelazny pająk.- Wiesz, jakie jest najgorsze doznanie dla kobiety? – pada retorycznie – Nie, oczywiście że nie. Dla Ciebie to tylko ładne ubranka i słodki makijaż. Pewnie nawet pierdzisz tymi perfumami, które Ci kupiła. Ale teraz będziesz miał odpowiedź.To, co wyciąga z szuflady pierwszy raz widzę na żywo. Jasne, ciekawość i internet wyjaśniły mi czym jest ten przedmiot i jak go używają kobiety. Strap-on. Skąd jednak go ma?

Po co jej? Czy…- Podoba Ci się? – przesuwa go pod moją twarz, blisko, tak, że widze niemal jego błyszczącą gładkość jego czerwonej powierzchni, naturalne kształty wyrzeźbione w plastiku lub żywicy i przerażający rozmiar około dwudziestu kilku centymetrów – Specjalnie zamówiłam większy, byś nie czuł się pokrzywdzony. Będziesz mógł sobie doskonale wyobrażać, jak przeżywasz cudowną przygodę z hojnie obdarzonym partnerem.- Nie chce… – wyszeptuje jeszcze w materac, czując jak kamień rośnie, jak jego ostre krawędzie rozrywają mi gardło – Proszę… – Mówiłam. – naciska moją głowę dłonią, tak, że twarz niknie w ciemności materaca – Że – mocniej – Masz być – jeszcze mocniej – cicho, piszczące gówno. – puszcza wreszcie – Chcesz. Bardzo chcesz. Chcesz być kobietą, ja Ci to dam. – znika z pola widzenia – Jest tylko jedna, lepsza rzecz, jaką mógłbyś zrobić jako ona, wiesz? Ssać takiego wielkiego kutasa tak długo, aż na twoim plugawym jęzorze znalazłoby się dość spermy, którą potem byś grzecznie połknął. Niestety, nie będzie aż tak zabawnie.Znów czuje ciężar na nogach, gdy je rozkłada na boki. Jak obciąża pod kolanami, zmuszając mnie do zostania w rozkroku. Jak wbija jedną rękę w okolicach nerek. – Ponieważ chciałam się dobrze przygotować, poczytałam trochę. – słyszę jej zadowolony głos i dźwięk rozrywanych rajstop

– I mam dla Ciebie dobrą nowinę. Jest szansa, że Ci się spodoba, a nawet dojdziesz w czasie naszych igraszek. Wiesz, jak jeden z takich jak ty. To wtedy będzie zabawne. – naciąga bieliznę z całej siły, szwy wbijają się w pachwiny i jądra, ale ona nie przerywa szarpania – Oh, chyba musimy je rozciąć, jaka szkoda… – trzask materiału informuje o tym, że to zrobiła – Boże, jaki malutki. Jak u dziecka. Nic dziwnego, że tak lubisz damskie ubrania, skoro masz tak malutkiego. – ściska go z całej siły, a biały ból wychodzi z miednicy w górę ciała – Leczysz tak swoje kompleksy, co? – zaciskam dłonie w pięści, wgryzam się w kołdrę, wciskając twarz w ciemność materaca, nie chcąc jej słuchać, ale ból raz po raz przypomina, że tu jestem – Powinniśmy użyć żelu albo oliwki. Ale ma być prawdziwie, nie miło, prawda? – wbija palce w pośladki – Bo chcesz być prawdziwą kobietą, jak Pinokio chłopcem. A ja będę twoją Błękitną Wróżką z magiczną różdżką…Biała fala bólu eksploduje przed oczami, a pośrodku niej znajduje się supernowa. Wydaje z siebie ryk, który słyszą tylko sprężyny i pościel pode mną. Jakby prosto przed twarzą eksplodowała mi petarda, gdy gigantyczny ból wędruje wzdłuż ciała.- Ojej. Masz tak ciasną dupkę, że ledwo udało mi się włożyć czubek. No, no. Przecież nie o to chodzi, prawda? Jak będziesz się tak zaciskał, to będzie trudniej. – plama rozrasta się niczym kręgi na wodzie – Ale nie martw się, gdy już zrobi się odpowiednio duża, będzie wchodziło gładko. A teraz… – kolejna eksplozja bieli wydaje się nie mieć końca, czuje jakby to nie plastik, a rozżarzony do białości pręt wędrował w moje trzewia – O widzisz, wszedł calusieńki. Jestem z Ciebie dumna. – sunie z powrotem, wychodząc – Ale twój łysy kanarek nadal taki smutny. Wolisz by było szybko i brutalnie czy wolno i mocno? Ale nie daje mi czasu na odpowiedź. Wchodzi i wychodzi w moje wnętrze, rozpychając co raz bardziej w falach bólu. A boli wszystko. Ramiona, na których się opiera, kolana, które przytrzymuje ciałem, ale najbardziej tam. Nawet, gdy nie chce o tym myśleć, to przypomina mi o tym każdym ruchem, gdy błagam w głębi ciała by ten był już ostatni i znów powtarza. Raz po raz, wsuwa się głęboko i ostro, a potem wolno ciągnie w tył. W nieskończonej pętli białej plamy przed zamkniętymi oczami. – Ah, starczy… – schodzi wreszcie z moich nóg – Podobało się? – nie mam siły podnieść głowy – Oczywiście, że tak, wszystkim kobietom to musi się podobać. Dałabym Ci nawet papierosa w nagrodę, ale musiałabym potem wietrzyć pokój. – chichota z własnego dowcipu

– O, zobacz. To krew! Straciłaś dziewictwo, Sratyldo! – jeszcze bardziej wybucha śmiechem – Tylko się nie zesraj jeszcze z radości. – skrzypienie sprężyn, chyba wstaje – Zostaniesz teraz tutaj sobie. Rano, nim wstanie Wanda, przyjdę Cię wypuścić. Może zrobimy sobie jeszcze jedną rundkę, skoro już wiesz jakie to cudowne? – głaszcze mnie po plecach, jakbym naprawdę miała być szczęśliwa – Ale jak stąd wyjdziesz, znikniesz z jej życia na zawsze. – ściska boleśnie jądra – Takie małe, zabawne. Pewnie nawet by nie zaspokoiło kobiety, nic dziwnego, że się tak przebierasz. – coś upada na ziemię – Nie martw się, powiem, jak to ujmujesz, że źle się poczułaś. Będziesz miał tak dużo czasu na przemyślenie jak głupi i słaby jesteś, oraz jak dużo radości miałeś z tej nauki, by rano błagać o kolejną. – unosi jeszcze raz moją twarz – Aha, nie myśl, by iść do niej na skargę lub coś kombinować. Jak myślisz, uwierzy w to, , skoro kłamiesz jej o wszystkim? Komu uwierzy? Kobiecie, która się nią opiekuje czy zasmarkanemu dziwolągowi, który rzyga tym co zje. – puszcza i wychodzi jakby nicCo gorsza, ma rację.

W jednej chwili straciłem wszystko, co kochałem. Moja Matylda, została mi odebrana i roztrzaskana.

Oceń opowiadanie:

/ 5. Ocen:

Dodaj komentarz