Kroniki Wampirów (I). Wieczna Wojna

32

Leniwie usiadłam na skraju łóżka. Neonowy zegarek na szafce wskazywał 20:32. Z parteru do moich uszu dochodziły dźwięki rozmów mojego rodzeństwa. Pewnie mają mały spór o to, co będą oglądać w telewizji.
– Oddaj! Byłem pierwszy. – usłyszałam. Przeciągnęłam się. Ubrałam się w moje ulubione przecierane dżinsy i pomarańczową koszulkę. W samych skarpetkach wyszłam na korytarz. Nieco zbyt gwałtownie otworzyłam drzwi i mój starszy brat- Markus – dostał nimi prosto w nos. Złapał się za niego i zaklną niecenzuralnie pod nosem.

– Minimum uwagi. – syknął patrząc na mnie spod zmierzwionej grzywki. Markus był jednym z bliźniaków. Co ciekawe, on i Alex byli całkiem inni. Długie blond włosy Markusa w niczym nie przypominały kruczoczarnych, ściętych na krótko włosów Alexa. Jedyne co mieli identyczne to oczy o pięknej barwie szmaragdów. Teraz jego oczy emanowały wściekłością. – Połamałaś mi nos! Mój piękny, zgrabny nos!
No tak! Zapomniałam dodać, że jest równie skromny co jego brat bliźniak.
– Oj no przepraszam! Przecież to niechcący było! – zaczęłam się bronić.
– Powiem mamie! – zbiegł schodami na parter.

Mieliśmy duży i wszechstronny dom. Był w naszej rodzinie od pokoleń. Tak właściwie to nie wiele pokoleń w tym domu mieszkało, ale jest w rodzinie od jakiegoś tysiąca lat. Ciekawa jestem jak wyglądał za dawnych czasów. W każdym razie teraz niczym nie przypomina tysiącletniego domu. Mama bardzo go unowocześniła. Niemal w każdym pokoju mamy telewizor plazmowy. Co zabawne, spór jest zawsze o ten jeden, w salonie. We wszystkich łazienkach (każdy z nasz ma osobną łazienkę, jest jeszcze jedna na korytarzu, na drugim piętrze) mamy wanny z… eee… czymś tam. Sama nie wiem z czym, bo osobiście wolę stary, dobry prysznic. Nasze pokoje wyposażone są w cuda techniki. Obowiązkowo WiFi w całym domu.
Zawsze odstawałam od reszty rodzeństwa. Moi bracia – zawsze elegancko ubrani – nie byli podobni do mnie. Moja garderoba liczyła dwie sukienki. Nie ważne, że nigdy ich nie ubrałam, ważne, że są. Całą resztę szafy zajmują różnorakie bluzki z krótkimi rękawami i moje ulubione biodrówki. Mam jedną parę różowych rurek, które ubieram jak mama ma zły humor. Jakoś dziwnym trafem zawsze poprawiam jej samopoczucie ubierając je na moje krzywe nogi.

– Mamo! Diana złamała mi nos! – podbiegł do niej i pokazał swoją pokiereszowaną twarz. Stanęłam oparta o framugę drzwi prowadzących do kuchni. Mama złapała go mocno za nos i przekręciła go. Markus pisnął z bólu. Na palce mamy spłynęła krew. – Okrzycz ją!
– Za co? – głos mamy był opanowany i spokojny. Odkręciła kurek i obmyła splamione palce. Wytarła je dokładnie w ręcznik kuchenny. – Nie zrobiła tego specjalnie. Nawet wydawało mi się, że cię przeprosiła.
Mama odrzuciła lok niesfornie opadający jej na twarz. W moich oczach była najpiękniejszą kobietą tego świata i nie tyko. Miała długie do pasa włosy. Były tak czarne, że wyglądały na sztuczne. Zazwyczaj upinała je w wysoki kucyk lub splatała je w pojedynczy warkocz. Rzadko kiedy mogły tworzyć luźną aureolę wokół jej głowy. Miała piękne fiołkowe oczy.
– Powinnaś być ostrożniejsza Diano. – powiedziała do minie uśmiechając się słodko.
– I to tyle? – Markus uniósł brwi. – Żadnego „Źle zrobiłaś. Należy ci się kara. Nici z najbliższego kieszonkowego”. – w komiczny sposób starał się naśladować głos mamy.
– Nie tym razem synku. – uniosła jego grzywkę i pocałowała go w odsłonięte czoło. Markus szybko poprawił swoją fryzurę, mierzwiąc ją jeszcze bardziej. Jego proste włosy zawsze wyglądały świetnie. Uśmiechnął się i poszedł do pokoju.

– Jestem głodna mamuś! – powiedziałam słodziutkim głosikiem. Usiadłam przy stole.
Mama uśmiechnęła się słodko i wyjęła zapiekankę z lodówki. Pewnie zrobiła ją mamy przyjaciółka Jasmin.
– Smacznego. – Lambert wkroczył do kuchni. Był jednym z moich najstarszych braci. Z tego co tata mówił, mama była tak zafascynowana twórczością Sapkowskiego, że dwóch z jej synów dostało imię po wiedźminach mieszkających w KaerMorhem. Według mnie bardzo trafnie je wybrała. Na twarzy Lamaberta zawsze gościł kpiarski uśmieszek. Uwielbiał wrzeszczeć i sprzeczać się. Wypisz, wymaluj wiedźmin Lambert. Coen był młodszy od Lamberta. Znacznie bardziej go lubiłam. Był zawsze uśmiechnięty. Opiekował się mną i resztą młodszej części rodziny.
– Dzięki. – powiedziałam wkładając widelec do ust.
– Nie idziesz do braci? – zapytał mnie. Jego błękitne oczy wpatrywał się we mnie.
– Dopiero co wstałam. – odparłam talerz na bok. – Byłam tak zmęczona, że musiałam się położyć.
– Masz szczęście, że na razie nie przeszkadza ci słońce.

Według dziwnych legend wampiry spalają się w słońcu. Nie prawda! Możemy normalnie funkcjonować w dzień. No powiedzmy. Jedyny problem jest taki, że nasz wyczulony wzrok źle reaguje na długotrwałe przebywanie na słońcu. Oczy zaczynają nam łzawic, poczynają piec. Tak jakby siedziało się cały tydzień przed komputerem. Z wiekiem uodparniamy się na to. Najstarsi z rodziny Andrews funkcjonują jak normalni ludzie. No… prawie. Nadal muszą pić krew.
– No, ale jeszcze będziesz miała ten problem. – poklepał mnie po ramieniu. Usiadł koło mnie i zaczął głośno rzuć gumę.
– Co ty robisz? – zapytałam.
– Żuję gumę. – przybliżył swoją twarz do mojej i nadmuchał balonik. Ten pękł tuż przy moim nosie. Debil wiedział, że nienawidzę zapachu mięty. To, że nie jestem wampirem nie oznacza, że mam węch jak zwykły człowiek! Odsunęłam się prędko. Lambert uśmiechnął się upiornie. Jego ulubione zajęcie to kokietowanie młodych cycastych panienek i denerwowanie mnie.
– Jesteś okropny! – syknęłam przez zaciśnięte zęby.
– Nie komplementuj mnie tak, bo się zawstydzę. – zbliżył swoją twarz do mojej i pocałował mnie w policzek. Ostry zapach mięty przyprawił mnie o mdłości.
– Blee! – skrzywiłam się. Kopnęłam go w kostkę. Lambert zaśmiał się głośno i poszedł dołączyć do reszty rodzeństwa.

– Jesteście okropni. – westchnęła mama.
– Ale to on zaczął! – powiedziałam i wstałam od stołu. Mama uśmiechnęła się tylko.

Weszłam do obszernego salonu. Na sofie siedzieli Albin, Denis i Alex. Albin i Denis byli bliźniakami jednojajowymi. Byli podobni jak dwie krople wody. Mieli identyczne oczy w kolorze wzburzonego morza. Ich kości policzkowe były nieco bardziej uwydatnione niż u reszty. Denis miał na głowie czarną czapkę w zielone wzory, Albin miał podobną tyle, że jego czapka miała kolor zielony a fikuśne wzory były czarne. Klony zawsze przyciągały masę dziewczyn. Nie tylko wampirów. Jak by popatrzeć na klony i na Alexa to ciężko by było zauważyć, że są rodzeństwem.
Na fotelu tuż obok siedział Tolliver. Był o rok młodszy od Coena. Tolliver jest bardzo podobny do Alexa. Ma równie czarne włosy. Za to oczy ma takie jak ja! Mają dziwną barwę miodu. Mama mówi, że ja i Tolliver mamy oczy z bursztynu. Mój braciszek miał bardzo długie rzęsy. Zawsze śmiałam się z niego, że maluje je jakimś bardzo dobrym tuszem.
Ostatni z foteli zajmował najstarszy z moich braci – Andy. Blond włosy ścinał na krótko. Oczy miał fioletowe. Zawsze mu ich zazdrościłam. Zazdrościłam mu też inteligencji. Skończył studia i pracuje w laboratorium jako chemik. Jest świetny w swoim zawodzie.
Markus siedział na podłodze oparty o mały regał z książkami.

Lambert położył się na puszystym dywanie. Głowę położył na Mirmurze – naszym wielkim psiaku. Weszłam cicho do pokoju.

– Cześć siostra! – powiedział Albin nie odrywając wzroku od telewizora.
– Jak się spało? – Andy trzymał w dłoni piwo. Rzadko kiedy wampiry po przemianie mogą spożywać zwykłe jedzenie czy pice. Andy pijał tylko piwo. Nic innego nie tknie. Swoimi fiołkowymi oczami spojrzał na mnie.
– Nie najgorzej. – stanęłam nad Lambertem i spytałam: – Wyplułeś gumę?
– Tak. Zrobiła się już niesmaczna – uśmiechnął się.

Położyłam się obok niego. Głowę ułożyłam na miękkiej sierści Mirmury. Lambert przytulił mnie mocno, dociskając moją głowę do swojej piersi. Już nie śmierdział miętom. Teraz czułam delikatny zapach wanilii połączonej z męskimi perfumami. Kiedy chciał potrafił być „prawdziwym starszym bratem”. Czasem lubiłam usiąść i przytulić się do któregoś z moich braci. Czułam się wtedy tak bezpiecznie.

– Musimy oglądać tych durnych „Piratów z Karaibów”? – Alex skrzywił się. – Już mi się znudzili.
– A masz inny pomysł? – zapytał sarkastycznie Albin.
Alex zamilkł i wpatrzył się w ekran.
– Ja mam. – głuchą ciszę przerwał Tolliver. – Chodźmy do „Burego Kota”.
– Mama wam nie pozwoli. – powiedziałam odrywając się od mojego brata.
– Pozwoli jeśli pójdziesz z nami. – wyszczerzył się Lambert, ukazując długie, perłowe kły.
– Ooo nie! – zaprzeczyłam. Zawsze mama wysyłała mnie z nimi jako ich sumienie. No, ale na litość boską, oni są prawie dorośli! Andy, Lambert i Tolliver są już po dwudziestce i ja nie jestem im potrzebna. Po za tym nie jestem wampirem, JESZCZE!
– Nie daj się prosić! – Denis spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Zrobił słodkie szczenięce oczka. No i bądź, człowieku stanowczy!
– No dobra! – krzyknęłam. W mgnieniu oka pokój opustoszał, wszyscy poszli się przebrać. Ja też poczłapałam powoli na górę.

Przebrałam spodnie na różowe rurki. Włożyłam koszulkę, którą dostałam od klonów na piętnaste urodziny. Nadawała się tylko na dyskoteki. Ta bluzka więcej odkrywała, niż zasłaniała. Była krwisto czerwona. Odcinała się tuż pod biustem. Można powiedzieć, że był to bardziej top niż bluzka. Do niego przyszyte były podłużne strzępki materiału. Rozpuściłam włosy i zrobiłam delikatny makijaż. Nie chciała wyglądać przy moich braciach jak ochlaptus. Ubrałam moje nowe adidasy i zbiegłam na parter.

Na dole Lambert i Andy starali się przekonać mamę by pozwoliła na wyjście. Gdy weszłam do kuchni zobaczyłam, że nie tylko ja się odstawiłam. Lambert miał na sobie jasne dżinsy, białą koszulkę i skórzaną kurtkę. Wyglądał jak milion dolców. Andy ubrał czarne spodnie z szelkami, które luźno spuścił wzdłuż nóg. Miał bluzę z grubego polaru i czapkę skate. W takim wydaniu widziałam go pierwszy raz. Gdy mama mnie zobaczyła uśmiechnęła się.
– Ubrałaś te ładne spodnie. O i zrobiłaś makijaż! – Ha! Moja sztuczka zadziała. Zresztą, zawsze działa.
– Tak. Możemy iść? – zapytałam trzepocząc rzęsami.
– No dobrze. Ale jeśli coś się stanie to was poćwiartuje. – Wskazała palcem na moich braci. Lambert głośno przełknął ślinę. –Idźcie i bawcie się dobrze.

Andy i Lambert wyszli z kuchni rozmawiając o czymś. Mama pokręciła głową. Zapewne usłyszała na jaki temat rozmawiają jej synowie. Uśmiechnęłam się szeroko.
– Uważaj na siebie i na swoich braci. Nie pozwól wpakować im się w jakieś bagno. Wiesz jacy są. – mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
– Tak, wiem.

Wyszłam z domu. Lambert i Andy czekali na ganku. Światło księżyca przebijało się przez czerwcowe chmury. Uśmiechnęli się do mnie.
– Jedziemy samochodem, czy motorami? – zapytał Lambert Andy’ego. Wiedziałam, że zrobią mi na złość i…
– Ba, że motorami! – krzyknął Andy. WIEDZIAŁAM! Nienawidzę z nimi jeździć. Westchnęłam głośno.

Lambert wsiadł na motor i ubrał czarny kask. Drugi podał mi. Mój był czerwony w żółte wzory. Andy jeździł bez kasku. Jemu nie robiło to różnicy.
Usiadłam za Lambertem łapiąc go mocno w pasie.
– Trzymaj się mocno. – powiedział włączając silnik.
– A reszta? – zapytałam.
– Przyjdą później. – ruszył z piskiem opon. Andy ruszył zaraz po nas. Chwilę jechaliśmy przez las okalający naszą posiadłość.

Gdy wyjechaliśmy na główną ulice zaczęłam liczyć. Motor zawsze mnie przerażał. Moi bracia uwielbiali ostrą jazdę. Ja jej nienawidziłam. Starałam się zignorować powiewy wiatru, które przyprawiały mnie o zimne ciarki.
1, 2, 3, 4, 5…
Ooo, Boże!
24, 25, 26, 27…
Zrobiło mi się niedobrze. Zapiekanka zaraz ujrzy światło nocne!
59, 60, 61, 62…
„Już nie mogę!” – Jęknęłam w myślach.
75, 76, 77, 78…
„Mógłby przynajmniej zwolnić” – pomyślałam. Lambert zamiast zwolnić przyśpieszył. Wyprostowałam się i spojrzałam mu przez ramię. Na liczniku prawie 140 km/h. On chce nas zabić!
86, 87, 88, 89…
Serce wali jak oszalałe. „Rozbijemy się, ja to wiem!”
120, 121, 122, 123…
Jeszcze tylko trochę. „Już nigdy więcej z nimi nie jadę!”
156, 157, 158, 159…
Wdech, wydech. Uspokoić puls. Nie dać się lękowi.
189, 190, 191, 192…
„Ile jeszcze?!”
235, 236, 237, 238…
Nareszcie zwalnia. Silnik ciszej huczy. Serce przestaje łomotać.
– Jak się jechało? – zapytał Andy stając koło zielonego ścigacza Lamberta. W dalszym ciągu nie mogła odlepić się od pleców mojego brata. – Chyba nie było aż tak źle?
– Było. – burknęłam cicho schodząc z motocykla. Nogi trzęsły się jak nieudana galareta mojej mamy. Przełknęłam ślinę głośno starając się nie zwrócić tego co zjadłam. Czułam jak krew pulsuje szybciej w moich żyłach. Wyczuły to również wampiry stojące nieopodal. Wciągnęły głośno powietrze i wydały z siebie pomruk zadowolenia. Lambert spojrzał na nich gniewnie obnażając białe kły.
Cofnęli się o krok.

– Chodź! – Lambert z gracją zszedł z motocykla. Zdjął kask i położył go na siedzeniu. Wziął mnie pod ramię. Przeczesałam dłonią włosy i przyklepałam grzywkę, mając nadzieję, że nie wyglądam jakbym przed chwilą wyszła z ringu.

Stary budynek był wykonany na wzór greckich posiadłości. Wysoka kamienica z mnóstwem okien. Weszliśmy przez wąskie drzwi do środka. W korytarzu panował mrok. Na jego końcu były schody. Zeszliśmy nimi do piwnicy. Mrok rozjaśniły różnokolorowe światła. Sala wypełniona była dźwiękami muzyki klubowej. Lambert szedł blisko mnie. W każdej chwili mógł stanąć w mojej obronie.

Męska część wampirzego towarzystwa rzucała mi kokieterie uśmieszki. Płeć piękna (sądząc po minach) miałam ochotę mnie rozszarpać.

Usiedliśmy przy małym stoliku w kącie sali. Wampiry posyłały mi ciekawe spojrzenia. Wiedziałam, że pachnę przepysznie. Każda wampirzyca przed przemianą pachnie cudnie. Nie mogłam się doczekać moich siedemnastych urodzin. W końcu mogła bym być pełnoprawnym wampirem. Wraz z siedemnastymi urodzinami dziewczęta, których co najmniej jedno z rodziców jest wampirem przechodzą przemianę genetyczną.

Niestety to co dzieje się przed nią jest straszne. Każdy wampir stara się mnie uwieść i zaciągnąć do łóżka. Za to wampirzyce dla odmiany mają chętkę na to by mnie zabić. Przeżyta normalka! Zawsze ktoś chce mnie zabić!

Lambert wodził wzrokiem za śliczną, rudowłosą dziewczyną. Miała duże zielone oczy i mocno uszminkowane na czerwono usta. Przy każdym kroku kręciła zawodowo pupą. Mogła mieć najwyżej tyle lat co ja. No, ale Lambertowi to nie przeszkadzało. Uśmiechał się tylko.
– Patrz, idzie reszta wiary. – Andy szturchnął Lamberta, który z niechęcią oderwał wzrok od cycastej dziewczyny.

Do sali wszedł Markus. Miał na sobie przecierane dżinsy. Obcisły, jaskrawo zielony podkoszulek podkreślał jego mięśnie. Z niechęcią przyznaje, że ma się czym chwalić. Za nim szedł Alex. Ubrany był podobnie, ale jego koszulka była luźna. Za nimi wszedł Toliver. Na jego widok zaparło mi dech w piersiach. Miał na sobie białą koszulę z kołnierzem. Spodnie były z błyszczącego materiału. Wyglądał trochę jak pirat. Włosy lśniły mu w nikłym świetle.

Markusa i Alexa od razu porwały dwie brunetki. Uśmiechały się do nich słodko. Ja wiedziałam jak skończy się dla nich ten wieczór. Toliver wolnym krokiem ruszył w naszą stronę. Dziewczyny posyłały mu pożądliwe spojrzenia. Nie zwracał na nie uwagi.
– Nie ruszasz siostra na parkiet? – zapytał z uśmiechem.
Prychnęłam w odpowiedzi.
– Idę sobie kupić coś do picia. – powiedziałam wstając.

Szłam powoli uważając by nie podejść zbyt blisko jakiegoś wampira. To mogło by okazać się śmiertelne.

Podeszłam do baru i poprosiłam o sok malinowy. Barman zlustrował mnie spojrzeniem i uśmiechnął się lubieżnie. Gdy już miałam mu powiedzieć, żeby przestał się tak uśmiechać, poczułam zimną, zapewne wampirze dłoń na prawym pośladku. Odwróciłam się pośpiesznie i stanęłam twarzą w twarz z najgorszym wampirem tego świata. Przede mną stał Quin Simphson we własnej osobie. Mój nemezis!!! Położył lodowate dłonie na moich biodrach i przygniótł mnie do baru. Oblizał pełne wargi gdy usłyszał mój przyśpieszony puls.
– Sama w takim miejscu? – zapytał zbliżając swoją twarz do mojej. Poczułam mocny zapach kadzidła i róż.
– Nie! Jestem z BRAĆMI! – starałam się wyślizgnąć z jego silnego uścisku, ale nie wiele to dawało.
– Zabawił bym się z tobą, ale ktoś na mnie czeka. – ruchem głowy wskazał wysoką blondynkę z dużym biustem. – Może innym razem jak nie będzie z tobą twoich braci.

Na pożegnanie klepnął mnie mocno w pośladek. Musiałam się powstrzymać, żeby nie krzyknąć.

QUIN

No trzeba przyznać, że Andrewsówna jest naprawdę ładna. Długie blond włosy, jasno brązowe oczy. Do tego jeszcze zgrabne nogi, szerokie biodra i spore piersi. Zajebista dziewczyna. Szkoda tylko, że na nazwisko ma Andrews.

Gdyby nie to zapewne od dawna był by moja. Nienawiść między rodzinami: Andrews i Simphson trwa od paruset lat. Walka o tron wampirów na wieki poróżniła nasze rodziny. Sytuacje pogorszyło również zabójstwo prastryja Diany, Konstantyna. Zabił go mój prapradziadek. AA wszystko wina tego nieszczęsnego tronu. Gdyby nie to, to nasze rodziny żyłyby w zgodzie.

Podszedłem do Bianki, która cierpliwie na mnie czekała. Chyba jeszcze nie wiedziała co ją czeka tej nocy. Uśmiechała się słodko odsłaniając białe zęby. Odwzajemniłem ten zalotny uśmiech.
– Idziemy? – zapytałem pokazując jej klucz od jednego z pokoi na piętrze.
– Z tobą zawsze. – wstała poprawiając króciutką bluzeczkę.

Weszliśmy schodami na górę. Szła przede mną seksownie kołysząc biodrami. Jej pośladki podskakiwały w rytm jej kroków. Otworzyliśmy drzwi do pokoju 113. Gdy tylko się zamknęły złapałem Biankę za gardło i przycisnąłem ją do ściany. Starała się złapać oddech. Na jej nieszczęście byłem od niej o wiele silniejszy. Szarpała się próbując oderwać moją silną dłoń od jej delikatnego gardła.
– Słuchaj! Będziesz robić to co zechcę. Nie próbuj wrzeszczeć, bo cię zabiję. – warknąłem groźnie. – Uwierz, że jestem do tego zdolny.
Rzuciłem ją na łóżko jak szmacianą lalkę. Nie miałem zamiaru być delikatny. Tu chodziło o to, by zaspokoić moją żądze, a nie jej potrzeby. W ułamku sekundy znalazłem się przy niej. Uniosła głowę ukazując zapłakaną twarz.
– Możesz ryczeć, mnie to nie przeszkadza. – burknąłem.

Złapałem ją za włosy i uniosłem ją z łóżka. Ważyła dla mnie tyle, ziarnko dmuchawca. Drugą ręką zdarłem z niej opiętą koszulkę. Uwielbiam dźwięk rozdzieranego materiału. Pisnęła gdy dotknąłem jej pełnej piersi. Popchnąłem ją z powrotem na łóżko. Podparł się na łokciach nieświadomie odsłaniając przede mną swoje wdzięki. Usiadłem jej na brzuchu, przygniatając ją do miękkiego posłania. Położyłem dłonie na jej piersiach i zacząłem je ugniatać. Zawyła z bólu gdy złapałem sutek między palec wskazujący a kciuk i ścisnąłem mocno. Wiła się pode mną starając się mnie zrzucić.
– Błagam, puść! – wybełkotała szlochając. Ja nadal tarmosiłem jej piersi zostawiając czerwone ślady.
– Zamknij się suko! – zapłakała głośniej. Wiedziałem, że żałuje teraz tego, że mnie kiedykolwiek poznała. Szczerze mówiąc wolał bym gdyby na miejscu Bianki leżała Diana. Chciałbym, żeby to ona błagała mnie o litość. Wiem, że kiedyś ją do tego zmuszę. Stanąłem koło łóżka i spojrzałem na przerażoną dziewczynę.
– Rozbieraj się! – rzuciłem. Ona spojrzała na mnie przekrwionymi oczyma. – Głucha jesteś?! – krzyknąłem.
Zaczęła zdejmować dżinsowe biodrówki. Ja w tym czasie pozbyłem się spodni i bokserek. Odwróciła się do mnie plecami zdejmując koronkowe majteczki w kolorze błękitu. Uśmiechnąłem się do siebie myślą o tym co zaraz się stanie.
Dziewczyna załkała gdy kazałem położyć się jej na wznak. Mój penis stał gotowy do akcji. Bianka nie spiesznie ułożyła się na plecach rozchylając opalone uda. Była całkiem wygolona, co mi bardzo odpowiadało. Wstawiłem się między jej udami. Nakierowałem swoją męskość na jej szparkę i mocno pchnąłem. Bianka krzyknęła z bólu. Nie miałem ochoty się nad nią litować, niech cierpi.

Poruszałem biodrami w przód i w tył, nie zbaczając na błagania obolałej dziewczyny. Delektowałem się ciasnością jej szparki. Z jej kobiecości wypływały kobiece soki pomieszane z krwią. Bianka wyła dając mi do zrozumienia, jak bardo cierpi. Przyśpieszyłem czując nadchodzący finisz. Po chwili wystrzeliłem sporym ładunkiem spermy wprost do jej wnętrza. Zamarłem w bezruchu delektując się chwilą. Mięśnie mi drżały. Byłem wykończony.

Trochę mi zajęło dojście do siebie. Gdy świadomość powróciła wstałem, ubrałem się i wyszedłem nie mówiąc nic.

Zszedłem na dół. Wyszedłem za zewnątrz wdychając powietrze, pachnące świerkami. Niebo usiane było złocistymi gwiazdami. Z budynku dochodziło dudnienie muzyki. Na ławce siedziała Diana. Bawiła się telefonem, grając w jakąś bezsensowną grę. Uśmiechnąłem się do siebie. Ona nawet się nie domyślała, że ją obserwuje. Nie miała na tyle wyczulonych zmysłów. Wyszczerzyłem się jeszcze bardziej. Nie byłbym Simphsonem gdybym nie wykorzystał takiej sytuacji.

Cicho podszedłem do niej od tyłu. Złapałem ją za włosy i odchyliłem jej głowę do tyłu.
– Ałaa. – pisnęła łapiąc minie obiema rękami na dłoń. – Puszczaj idioto!
– Gdzie są twoi bracia? – zakpiłem. Spojrzała mi głęboko w oczy. Była wściekła. Czułem jej mocny zapach. Każda młoda wampirzyca pachnie tak ponętnie, a jednak jej zapach był wyjątkowy. Pachniała jak owocowa guma do żucia.
– Puszczaj bydlaku. – szarpała się bardziej niż Bianka. Wiedziałem, że jeśli teraz ją puszczę połamie mi ręce.

Jej matka jest zapewne najgroźniejszą kobietą jaką znam. Mojemu bratu o mało nie rozgniotła głowy, gdy wdał się w bójkę z Toliverem. Ja miałem mały zatarg z Markusem. To było chyba w czwartej klasie podstawówki. Popodbijaliśmy sobie wtedy oczy. Musiałem zmienić szkołę.

– Jakoś nikt nie występuje w twojej obronie. – wysunąłem kły i uśmiechnąłem się upiornie. Szarpnęła się mocno. W moją stronę poleciało jeszcze parę epitetów, których powtarzać nie wypadać. Jej bursztynowe oczy był pełne złości.
– Puść ją! – z mroku wyszedł Markus. Miał wysunięte kły. Jego przewaga polegała na tym, że ja miałem jedną parę ostrych i długich kłów, a on miał dwie tyle, że krótsze. Szarpnąłem Dianę mocno za włosy, aż pisnęła. – Jesteś głuchy? Mam ci z dupy nogi powyrywać?
– Nie trzeba. – uśmiechnąłem się do niego. Oboje mieliśmy po osiemnaście lat, ale zawsze wydawało mi się, że jestem o lata świetlne mądrzejsze.
– Puszczaj ją?! – warknął.
– Co jeśli odmówię?! – miałem ochotę się z kimś pobić. Markus był idealnym kandydatem. W odpowiedzi na moje pytanie prychnął jak rozwścieczony kotek. – W takim razie podejdź i zmuś mnie do tego bym ją puścił.
Szarpnąłem Dianę jeszcze raz. Krzyknęła cicho. Widziałem jak łza spływa jej po policzku. Nic dziwnego. Chyba każda laska ryczała by, gdyby ktoś z taką siłą szarpał ją za kudły.

Zawsze byłem brutalny. W szkole nikt nie śmiał do mnie podskakiwać. Nie wliczając Alexa, Markusa i tych krwiożerczych Klonów.
– Dość! – z mroku wyszedł Toliver. – Puść ją Quin. Chyba, że chcesz stracić wszystkie palce.
Kurwa! Szkoda, że przylazł. Z nim wolałem nie zadzierać.
– Wieczna wojna trwa. – zza drzewa wyszedł Nicolas. Mój starszy brat był o rok starszy od Tolivera. Stanął koło mnie i posłał Andrewsą wściekłe spojrzenie. – Wszystkie chwyty dozwolone. Czy to nie twoje słowa?
– Nie obracaj kota ogonem! – syknął.
– Ha ha. Oj Toliver. Jesteście tak opiekuńczy dla swojej siostry. Co byście zrobili gdyby musiała zostać jedną z Simphsonów? – Nicky spojrzał na nich swoimi czerwonymi oczami. Uśmiechnąłem się na myśl, że tak ślicznotka mogła by być moja, ale mógł mieć na myśli siebie.

Toliver napiął wszystkie mięśnie.
– Puśćcie Dianę! – warknął.
– Dobra. – Nicolas spojrzał na mnie. – Puść ją. Kiedy indziej ją dorwiesz.
Markus ostatkiem sił powstrzymywał się przed tym by się na mnie nie rzucić. Pochyliłem się nad rozzłoszczoną Dianą i pocałowałem ją w usta, wciskając język głęboko do jej gardła. Pocałunek był długi i o dziwo przyjemny, pomimo nietypowej pozycji. Diana ostatkiem sił starała się odsunąć ode mnie, choć wiedziała, że to nie ma sensu. Przygryzłem delikatnie jej górną wargę.
– Do zobaczenia skarbie. – zakpiłem z niej i puściłem jej włosy.
– Ty pojebańcu. – Toliver trzymał Markusa. Ten za wszelka ceną chciał mnie zabić. – Dorwę cię.
– Nie zaprzeczam. – uśmiechnąłem się. Spojrzałem na Dianę która masowała się po głowie. Zrobiłem krok w tył.

W ułamku sekundy wraz z Nicolasem zniknąłem w czeluściach lasu, biegnąc w stronę naszej willi.

Oceń opowiadanie:

/ 5. Ocen:

Dodaj komentarz