Została do niedzieli

Matka złamała rękę, potrzebowała kogoś na dwa dni. Zostawiła mi listę: podlej kwiaty, wynieś śmieci, nie zapomnij o śniadaniu w niedzielę, jak wrócę. Pocałowała mnie w policzek przy drzwiach i pojechała. Dom zrobił się nagle za duży.

Została do niedzieli
Została do niedzieli

Siedziałem w kuchni z piwem i kanapką, kiedy zadzwonił telefon.

— Słucham.

— Cześć. Z tej strony Karolina. Z działu Marty. Myśmy się widzieli na wigilii firmowej. I na tym wyjeździe do Zakopanego.

Głos znałem. Niski, trochę ochrypły. Na wigilii siedziała naprzeciwko, w czarnej sukience, i przez cały wieczór czułem na sobie jej wzrok, chociaż rozmawiała z moją żoną.

— Tak, pamiętam. W czym rzecz?

— Marta mówiła, że jak będę w okolicy, to mogę wpaść oddać jej teskt recenzji i te próbki z targów. Jestem dwa osiedla dalej. Pada. I mój samochód zdecydował, że dziś nie odpali. Mogę wpaść na piechotę? Zajmie chwilę.

Powiedziała to tak, jakby naprawdę chodziło o teskt i próbki.

— Jasne. Przyjeżdżaj. To znaczy — przychodź.

Połączenie się urwało.

Minęło dwadzieścia minut. Deszcz bębnił o szybę. Gdy otworzyłem drzwi, Karolina stała pod daszkiem, przemoczona do nitki. Czarne włosy oblepiały jej twarz i szyję. Kurtka była zbyt cienka na taką pogodę. Pod spodem miała jasną bluzkę, która przywarła do ciała. Widać było stanik. I to, że sutki stwardniały od zimna.

Trzymała teczkę pod pachą.

— Kurwa, nie sądziłam, że aż tak zleje — powiedziała zamiast dzień dobry. Uśmiechnęła się krzywo. — Wpuścisz, zanim umrę?

Wpuściłem. Zamknąłem drzwi. W przedpokoju zostawiła kałużę.

— Łazienka jest na górze. Ręczniki w szafce. Rzuć te mokre rzeczy do kosza, dam ci coś suchego.

Patrzyła na mnie chwilę za długo.

— Dzięki.

Poszła na górę. Słyszałem, jak zamyka drzwi łazienki, jak odkręca wodę. Stałem w kuchni i otwierałem wino, którego Marta trzymała „na jakąś okazję”. Okazja akurat się znalazła.

Zeszła po kwadransie w mojej starej koszulce. Sięgała jej do połowy uda. Nic pod spodem, przynajmniej nic, co było widać. Włosy rozczesane palcami, jeszcze wilgotne. Bez makijażu wyglądała ostro, jakoś inaczej niż na firmowych imprezach.

Położyła teczkę na stole.

— Teskt jest w środku. Próbki też. Marta ma to wrzucić do systemu w poniedziałek.

Usiadła przy stole jak u siebie. Nalałem jej wina. Wypiłła połowę kieliszka od razu.

— Marta mówiła, że zostajesz sam na weekend.

— Mówiła.

— I że jesteś grzeczny.

Spojrzała mi prosto w oczy.

— Szkoda.

Zrobiło się cicho. Deszcz nie ustawał. W salonie tykał zegar, którego normally nie słyszałem.

— Głodna jesteś? — zapytałem, żeby coś powiedzieć.

— Nie. Chyba że masz coś mocniejszego niż to wino.

Nalałem whisky. Przeszliśmy do salonu. Usiadła na kanapie, podwinęła nogi pod siebie. Koszulka podjechała. Widać było, że naprawdę nic pod nią nie ma.

Rozmawialiśmy o pracy, o Zakopanem, o tym, jak Marta zawsze wszystko organizuje. Karolina śmiała się nisko, odchylała głowę, odsłaniała szyję. Co jakiś czas poprawiała koszulkę, ale robiła to tak, żeby nic nie poprawić.

W pewnym momencie odstawiła kieliszek.

— Mogę być szczera?

— Możesz.

— Na tej wigilii przez pół wieczoru wyobrażałam sobie, jak wyglądasz bez koszuli. A potem bez reszty. I jak byś mnie przypiął do tej ściany w szatni, zamiast stać grzecznie przy żonie.

Powiedziała to spokojnym głosem, jakby recytowała listę zakupów.

Poczułem, jak krew uderza mi w skroń.

— Jesteś pijana.

— Jestem rozgrzana. To coś innego.

Wstała. Przeszła te trzy kroki, które dzieliły kanapę od fotela, w którym siedziałem. Stanęła przede mną. Koszulka była tak cienka, że widać było ciemne otoczki sutków.

— Marta wraca w niedzielę wieczorem — powiedziała. — Dziś jest piątek.

Położyła mi dłoń na karku. Palce wsunęły się we włosy. Pochyliła się. Pocałunek nie był delikatny. Od razu otworzyła usta, wsunęła język, ugryzła mnie w dolną wargę. Smakowała winem i whisky.

Wstałem. Przyciągnąłem ją. Pod koszulką była gorąca, gładka. Chwyciłem ją za pośladki, uniosłem. Owinęła mi nogi wokół bioder. Poniosłem ją na kanapę.

Zerwałem z niej koszulkę. Piersi miała średnie, jędrne, z ciemnymi, twardymi sutkami. Wziąłem jeden do ust, ssałem, gryzłem. Karolina sapnęła i wcisnęła mi głowę mocniej.

Sięgnąłem niżej. Była ogolona. Mokra, zanim jeszcze ją dotknąłem. Wsunąłem dwa palce. Zacisnęła się na nich od razu.

— Kurwa — syknęła mi do ucha. — Nie baw się. Wyjmij to i wejdź.

Rozpiąłem spodnie. Karolina sama ściągnęła mi je w dół razem z bielizną. Chwyciła mnie ręką, przetarła czubkiem wzdłuż siebie i nasadziła się jednym ruchem.

Weszła na mnie do samego końca. Jęknęła cicho, jakby dopiero teraz złapała oddech. Przez chwilę nie ruszała się. Tylko zaciskała się pulsująco.

Potem zaczęła jeździć.

Powoli na początku, biodrami, okrężnie. Potem szybciej. Trzymałem ją za tyłek, pomagałem, wbijałem się od dołu. Kanapa skrzypiała. Karolina miała oczy przymknięte, usta otwarte. Z jej piersi spływała kropla potu.

— Patrz na mnie — rozkazała.

Otworzyła oczy. Były ciemne, rozmyte.

Przyspieszyłem. Przypiąłem ją, odwróciłem na plecy, uniosłem jej nogi na ramiona. Wchodziłem głęboko, mocno, aż uderzałem o nią. Karolina drapała tapicerkę. Jęczała już niecicho.

— Mocniej. Nie udawaj, że się martwisz.

Nie udawałem.

Skończyła pierwsza. Zacisnęła się tak, że prawie nie mogłem się ruszyć, wygięła się, zagryzła wargę, a potem puściła głos. Nie czekałem. Jeszcze kilka pchnięć i wyjąłem się, chwyciłem członka i wytrysnąłem jej na brzuch, na piersi, na szyję.

Karolina leżała z rozrzuconymi rękami, oddychając ciężko. Palcem zebrała kroplę z sutka i włożyła do ust, patrząc mi w oczy.

Deszcz nadal lał.

Spojrzała na zegarek na moim nadgarstku.

— Dopiero dziewiąta — powiedziała. — A ja nie mam jak wrócić. Samochód padł. Deszcz nie ustaje. I nie mam suchych ciuchów.

Uśmiechnęła się powoli.

— Chyba zostanę do rana.

Wstała naga, wzięła moją koszulkę z podłogi, ale nie założyła jej. Rzuciła na fotel.

— Masz jeszcze to wino?

Kiwnąłem głową.

— To nalej. I chodź na górę. Chcę zobaczyć, jak wygląda wasze łóżko, jak Marty w nim nie ma.

Poszła pierwsza, po schodach, naga, z kieliszkiem w ręku. Pośladki kołysały się przy każdym stopniu.

Zostałem na dole jeszcze kilka sekund.

Potem zgasiłem światło w salonie i poszedłem za nią.

Jej krem na toaletce, jej szlafrok na haczyku, jej książka na szafce nocnej z zakładką w połowie. Karolina stanęła na środku dywanu naga, z kieliszkiem, i powoli rozejrzała się po pokoju, jakby oceniała nie mieszkanie, tylko terytorium.

— Łóżko duże — stwierdziła. — Na pewno wygodne.

Odstawiła kieliszek na toaletkę Marty. Sięgnęła po jej szlafrok, powąchała kołnierz i rzuciła go na fotel.

— Nie założę. Nie dziś.

Usiadła na skraju łóżka. Rozchyliła uda. W świetle lampki nocnej było widać wszystko: wilgoć na wewnętrznej stronie ud, resztki mojego nasienia, które spłynęło jej z brzucha niżej, zaróżowioną, wciąż otwartą szparkę.

— Chodź tu.

Podszedłem. Karolina złapała mnie za biodra, przyciągnęła. Wzięła mnie do ust od razu, głęboko, bez rozgrzewki. Jeszcze nie byłem w pełni twardy po tym, co stało się na dole, ale jej język i gardło załatwiły to w kilkanaście sekund. Ssała wolno, głośno, mokro. Ślina spływała jej po brodzie na piersi. Patrzyła w górę, nie odrywając wzroku.

Puściła mnie z cichym dźwiękiem.

— Połóż się. Na wznak. Na jej stronie.

Położyłem się tam, gdzie zwykle spała Marta. Poduszka pachniała jej szamponem. Karolina wspięła się na mnie tyłem, odwrócona twarzą do drzwi, i opuściła się na mnie. Weszła inną dziurką.

Była ciasna, rozgrzana, śliska od tego, co już między nami było. Sapnęła krótko, kiedy usiadła do końca. Przez chwilę nie ruszała się, tylko oddychała i zaciskała się.

— Kurwa, jakiś ty gruby tutaj.

Zaczęła się kołysać. Powoli, głęboko, tak że widać było, jak wchodzę i wychodzę. Trzymałem ją za biodra. Z jej cipki spływało na moje jądra. Karolina sięgnęła do przodu, oparła się jedną ręką o materac, drugą zaczęła się pocierać.

Sypialnia wypełniła się dźwiękiem skóry, jej cichym jękiem i skrzypieniem stelaża, którego nigdy nie słyszałem przy Marcie.

— Szybciej — syknęła.

Przyspieszyłem od dołu. Karolina odgięła głowę, włosy spadły jej na plecy. Skończyła na mnie, drżąc, z palcami wciąż między nogami. Nie zsiadła. Została nabita, pulsując.

Minęła minuta. Potem druga.

Odwróciła się na mnie twarzą, nie zdejmując się. Pochyliła się, pocałowała mnie brudno, z językiem, z resztką śliny.

— Chcę, żebyś mnie wziął przy jej szafie.

Wstała. Podeszła do dużej szafy z lustrzanymi drzwiami. Stanęła twarzą do szyby, rozstawiła nogi, pochyliła się, oparła dłonie o ramę.

— Patrz, jak wchodzisz.

Podszedłem. W lustrze było nas dwóch. Ja za nią, ona wypięta, twarz skupiona, usta otwarte. Wsunąłem się w cipkę jednym pchnięciem. Karolina jęknęła i uderzyła czołem w szybę.

Rżnąłem ją stojąc. Trzymałem jedną ręką za kark, drugą za cycek. W lustrze było widać, jak jej piersi się trzęsą, jak spływa jej po udach, jak zaciska powieki za każdym mocniejszym pchnięciem.

— Mów — rozkazała. — Mów, co robisz.

— Jebię cię w sypialni mojej żony. Przy jej szafie. W jej łóżku przed chwilą miałem cię w dupie.

— Jeszcze.

— Jutro Marta położy się na tej pościeli i nie będzie wiedziała, że jej koleżanka z pracy obciągała mi na jej poduszce.

Karolina sapnęła i doszła znowu, ciszej, z drżeniem w nogach. Ledwo stała. Wyjąłem się, odwróciłem ją, wepchnąłem jej do ust. Wzięła głęboko, aż do gardła, i trzymała, dopóki nie puściłem jej głowy.

Nie skończyłem. Jeszcze nie.

Położyłem ją w poprzek łóżka, głową do szafki Marty. Uniosłem jej nogi, złożyłem prawie na pół i wszedłem znowu. Tym razem wolniej, głęboko, aż do oporu. Karolina miała oczy w suficie, usta półotwarte. Co jakiś czas coś z niej wychodziło, nie słowa, tylko dźwięk.

Skończyłem w niej.

W cipce, do końca, aż przestało pulsować. Zostałem w środku. Karolina oplotła mnie nogami i nie puściła.

Leżeliśmy tak, aż oddech wrócił do normy.

Potem powiedziała cicho, w sufit:

— To nie był jednorazowy kaprys. Żebyś wiedział.

Nie odpowiedziałem.

Karolina wysunęła się spod mnie, wstała, podeszła do toaletki. Wytarła się wacikami Marty. Otworzyła szufladę, znalazła krem, którego żona używała na noc, i wtarła odrobinę w szyję, jakby to było najzwyklejsze coś na świecie.

Wrósła z powrotem do łóżka. Po mojej stronie. Na moją poduszkę.

— Rano zrobisz śniadanie — powiedziała, gasząc lampkę. — A potem zobaczymy, czy starczy nam sił do południa. Deszcz ma padać do wieczora. Samochód i tak nie odpali.

W ciemności słyszałem jej oddech. I tykanie zegara z salonu, które niosło się schodami.

Położyłem rękę na jej brzuchu. Karolina złapała moje nadgarstek i przesunęła dłoń niżej, między nogi, gdzie było mokro, gorąco i pełno mnie.

— Śpij — szepnęła. — Albo nie śpij. Jak wolisz.

Nie spałem długo.

Gdzieś koło drugiej obudziłem się, bo Karolina już siedziała na mnie, cicho, powoli, w ciemności, jakby nie chciała mnie budzić, a jednocześnie chciała. Była śliska od środka i od zewnątrz. Jeździła tak długo, aż znowu skończyła, zagryzając mi ramię, żeby nie krzyknąć.

Potem położyła się obok, tyłem, i dopasowała pośladki do moich bioder.

— Jeszcze zdążymy — mruknęła przez sen, albo prawie sen. — Jest dopiero sobota.

Za oknem deszcz nie ustawał.

A w szafce nocnej Marty leżała jej książka z zakładką, dokładnie tam, gdzie ją zostawiła.

Proponowany tytuł: Karolina zostaje do niedzieli

Inne, które też pasują do tego stylu: Gdy Marty nie było, Próbki z targów, Deszczowy weekend.


Część trzecia.


Obudziłem się od zapachu kawy.

Karolina stała w kuchni naga, tylko w mojej koszulce rozpiętej na jedną guzik. Włosy miała związane byle jak. Na blacie leżały jajka, chleb, resztka wędliny. Za oknem nadal siąpiło, ale już nie lało.

— Myślałam, że będziesz spał dłużej — powiedziała, nie odwracając się. — Po tej nocy.

Usiadłem przy stole. Między nogami miałem tę tępość po kilku rundach i jednocześnie to napięcie, które nie chciało zejść. Karolina postawiła przede mną kubek, a potem usiadła naprzeciwko, jedna noga na krześle, koszulka nic nie zasłaniała.

Jedliśmy w milczeniu. Co jakiś czas ocierała stopą o moje łydkę pod stołem.

— Marta dzwoniła? — zapytała nagle.

Spojrzałem na telefon. Dwa nieodebrane, jedna wiadomość: Mama lepiej. Wracam niedziela koło dziewiętnastej. Całuję.

Pokazałem ekran. Karolina przeczytała, kiwnęła głową.

— To mamy cały dzień i jeszcze niedzielny poranek.

Wstała, obeszła stół, usiadła mi na kolanach twarzą do mnie. Koszulka wjechała do pach. Wzięła moją dłoń i położyła sobie między nogi. Była już mokra.

— Najpierw prysznic — powiedziała. — Razem. Chcę, żebyś mnie umył tam, gdzie wczoraj kończyłeś.

Łazienka na górze była ciasna. Woda była gorąca. Karolina stanęła pod strumieniem, odchyliła głowę, a ja mydłem przeszedłem jej po piersiach, brzuchu, między pośladkami. Wsunąłem namydlone palce w tyłek, potem w cipkę. Karolina oparła się rękami o kafelki i rozstawiła nogi.

Wziąłem ją pod prysznicem od tyłu, stojąc. Mokre ciała kleiły się, woda spływała nam po plecach, po miejscu, w którym się łączyliśmy. Karolina dobiegała szybko, zaciskając się, z czołem na ścianie. Ja wytrzymałem. Wyjąłem się, odwróciłem ją i skończyłem jej na języku, trzymając za mokre włosy.

Wyszliśmy, nie wycierając się do końca. Krople spadały na schody.

Reszta soboty rozciągnęła się jak coś, co nie miało mieć końca.

Kanapa w salonie. Karolina na czworakach, twarzą w poduszkę Marty z zimowego koca. Ja za nią, wolno, potem mocno, z kciukiem w drugim otworze. Telewizor w tle, jakiś weekendowy program, którego nikt nie oglądał.

Potem podłoga kuchni, bo poszła nalać wody i nie zdążyła wrócić. Uniosłem ją na blat, rozchyliłem uda, zjadłem ją stojąc, aż zaczęła kopać mnie piętą w plecy i doszła, trzymając się krawędzi szafki.

Po południu usnęła na chwilę w fotelu, naga, z ręką między nogami. Obudziłem ją językiem. Nie zdążyła nawet dobrze otworzyć oczu, a już miała mnie w ustach i ssała senna, mokra, głośna.

Wieczorem otworzyłem drugą butelkę. Karolina piła, siedząc na mnie w fotelu, nie zdejmując się, tylko kołysząc się leniwie, jakby to było siedzenie, nie jebanie. Rozmawiała przy tym. O pracy. O tym, że na wigilii naprawdę przez cały wieczór myślała o tym, jak bym jej roz humpł sukienkę w toalecie. O tym, że mąż wyjechał na dwa tygodnie i że to nie przypadek, że samochód „nie odpalił”.

— Nie zepsuł się — powiedziała cicho, jeżdżąc na mnie. — Zostawiłam go dwa osiedla dalej. I przyszłam w deszczu.

Nie odpowiedziałem. Przytrzymałem ją za biodra i dobiłem do końca w środku.

Noc z soboty na niedzielę była wolniejsza. W łóżku Marty leżeliśmy bokiem, ja w niej od tyłu, prawie nie ruszając się, tylko głęboko, długo. Karolina trzymała mnie za rękę na swoim brzuchu. Skończyła cicho, z dreszczem. Ja chwilę później, nie wyjmując się.

Rano, w niedzielę, słońce wreszcie wyjrzało.

Karolina wstała pierwsza. Wzięła prysznic sama. Zeszła ubrana w swoje rzeczy, które przez dwa dni suszyły się na kaloryferze. Bluzka, jeansy, kurtka. Znowu wyglądała jak koleżanka żony z działu, która wpadła oddać teskt.

Teczka leżała na stole, tam gdzie ją zostawiła w piątek.

— Teskt naprawdę jest w środku — powiedziała. — I próbki też. Żeby Marta nie miała pretensji.

Stanęła w przedpokoju. Poprawiła włosy w lustrze.

— Nie będę pisać. Nie będę dzwonić. Jak się zobaczymy na korytarzu w firmie, powiesz dzień dobry tak, jak zawsze.

Otwarła drzwi. Powietrze z zewnątrz było chłodne, czyste po deszczu.

Odwróciła się jeszcze raz.

— Jak zapyta, czemu w salonie pachnie inaczej, powiedz, że wietrzyłeś. Albo że smażyłeś jajka.

Uśmiechnęła się krótko, tym samym krzywym uśmiechem co w piątek na progu.

— I nie p pierz pościeli do jutra. Chcę, żeby choć przez jedną noc leżała na tym, co po nas zostało.

Wyszła. Drzwi się zamknęły.

Zostałem w kuchni. Na blacie dwa kubki. Na kanapie wgniecenie. W sypialni pościel zmięta po jej stronie i po mojej.

Zegar w salonie pokazywał jedenastą.

Marta miała wrócić koło dziewiętnastej.

Osiem godzin.

Wystarczyło, żeby otworzyć okna, wynieść butelki i zrobić pranie. Albo nie zrobić.

Spojrzałem na teczkę.

Potem na schody.

I zostawiłem pościel tak, jak była.

Oceń opowiadanie:

4.9 / 5. Ocen: 379

OmeTV.pl - Polski Video Czat Poznaj nowe osoby z całej Polski na www.OMETV.pl