Zimowa ucieczka od problemów

Barbara wjechała na podwórze gospodarstwa Czesława późnym popołudniem, gdy niebo nad Jeziorem Niegocin było już ołowiane i ciężkie. Śnieg padał gęsto, prawie poziomo, a wiatr wył między sosnami jakby chciał zedrzeć z nich korę. Samochód stanął z trudem na zaśnieżonym placu. Barbara wyłączyła silnik i przez chwilę siedziała nieruchomo, trzymając dłonie na kierownicy. Miała czterdzieści pięć lat, ale w lusterku wstecznym wyglądała na starszą – cienie pod oczami, napięta szczęka, włosy spięte w surowy koczek, który nie tolerował ani jednej zbuntowanej kosmyki.

Zimowa ucieczka od problemów
Zimowa ucieczka od problemów

Wyszła z auta. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz jak policzek. Pachniało mokrym drewnem, dymem z komina i czymś jeszcze – ziemią, sianem, czymś surowym. Dom był stary, drewniany, z szerokim gankiem i oknami, za którymi migotało żółte światło. Zza drzwi wyszedł mężczyzna. Wysoki, szeroki w barkach, w wełnianej koszuli i grubych spodniach. Włosy ciemne, siwiejące na skroniach, broda krótko przystrzyżona. Miał pięćdziesiąt dwa lata, ale wyglądał na kogoś, kto nigdy nie musiał się spieszyć.

– Barbara? – zapytał. Głos miał niski, spokojny. – Czesław. Zapraszam.

Podał jej rękę. Dłoń miała szorstką, ciepłą, z odciskami od narzędzi. Barbara skinęła głową, nie uśmiechając się. W środku pachniało woskiem, suszonymi ziołami i kominkiem. Duża izba z niskim sufitem, ciężkie meble, skóry na podłodze, kominek, w którym już trzaskał ogień. Czesław zaniósł jej walizkę na górę, do małego pokoju z oknem wychodzącym na jezioro. Barbara została sama. Rozpakowała się powoli, metodycznie. Sweter, spodnie, bielizna – wszystko starannie złożone. W lustrze zobaczyła swoje ciało: piersi wciąż pełne, biodra szersze niż kiedyś, brzuch lekko zaokrąglony po latach siedzenia przy biurku. Skóra blada, prawie porcelanowa. Dotknęła szyi, gdzie zwykle nosiła naszyjnik męża. Zostawiła go w Warszawie.

Kolacja była prosta: żurek, pieczone ziemniaki, wędliny własnej roboty, chleb. Siedzieli naprzeciwko siebie przy długim, drewnianym stole. Czesław mówił mało. Opowiadał o jeziorze, o tym, jak zimą lód pęka nocą jak strzały, o sarnach, które przychodzą pod sam dom. Barbara słuchała, ale jej myśli były gdzie indziej – w biurze, w kłótniach z mężem, w telefonach, które nie dzwoniły. Czesław nalewał jej czerwone wino z własnej piwnicy. Smakowało intensywnie, lekko cierpko.

– Przyjechała pani uciekać – powiedział nagle, nie pytając.

Barbara uniosła brwi.

– Skąd pan wie?

– Bo ludzie, którzy przyjeżdżają tu zimą, zawsze od czegoś uciekają.

Nie odpowiedziała. Tylko piła wolniej.

Wieczorem wiatr nasilił się. Śnieg zaczął padać jeszcze gęściej. Czesław wyszedł sprawdzić generator i zapasy drewna. Barbara została przy kominku. Siedziała na szerokim futrze z owczej skóry, nogi podwinięte pod siebie, dłonie wyciągnięte do ognia. Ciepło gryzło skórę, a ona czuła, jak powoli odmarza. Gdy Czesław wrócił, miał na ramionach śnieg i zapach zimna. Zrzucił kurtkę, usiadł obok na ławie.

– Jutro nie wyjedzie pani – rzekł spokojnie. – Droga jest już zasypana. I jutro będzie gorzej. Odwilż, potem znowu mróz. Będziemy tu kilka dni.

Barbara poczuła, jak coś zaciska się w brzuchu. Nie strach. Raczej dziwne, ciężkie oczekiwanie.

Następny dzień upłynął w ciszy. Śnieg padał bez przerwy. Czesław rąbał drewno na podwórzu, a Barbara obserwowała go przez okno. Szerokie ramiona unosiły się i opadały, topór wbijał się w pień z suchym trzaskiem. Pot spływał mu po skroniach mimo mrozu. Kiedy wszedł do środka, pachniał potem, drewnem i dymem. Barbara poczuła, że coś w niej drgnęło – nisko, między udami. Odwróciła wzrok.

Wieczorem znowu siedzieli przy stole. Wino smakowało lepiej. Czesław opowiadał o swojej żonie, która odeszła przed laty, o synu, który mieszka w Gdańsku. Barbara opowiedziała o pracy, o mężu, który coraz rzadziej wracał do domu, o tym, jak budzi się w nocy z wrażeniem, że zapomniała oddychać. Czesław słuchał, nie przerywając. Jego wzrok spoczywał na jej ustach, na szyi, na miejscu, gdzie sweter odsłaniał obojczyk.

Gdy skończyli, Barbara wstała, żeby zebrać talerze. Czesław wstał też. Stanął za nią, blisko. Jego ciało było duże, ciepłe. Pachniał winem i dymem. Barbara poczuła jego oddech na karku. Nie odsunęła się.

– Zostanie pani przy kominku – powiedział cicho. – Jest za zimno na górze.

Nie była to prośba.

Przeszli do izby. Ogień trzaskał głośno. Czesław dorzucił dwa grube polana. Barbara usiadła na futrze, jak poprzedniego wieczoru. Czesław klęknął za nią. Nie od razu jej dotknął. Najpierw tylko był blisko – jego uda po obu stronach jej bioder, jego tors za jej plecami. Ciepło jego ciała mieszało się z ciepłem ognia. Barbara czuła, jak jej serce bije szybciej. Skóra na karku mrowiła.

Czesław położył dłonie na jej ramionach. Duże, szorstkie dłonie. Przesunął je wolno w dół, po swetrze, aż do łokci. Barbara zamknęła oczy. Jego kciuk musnął wewnętrzną stronę jej ramienia – delikatnie, jakby sprawdzał, czy jest miękka. Potem dłonie wróciły wyżej, objęły jej szyję, kciuki przesunęły się po karku. Barbara przełknęła ślinę. Czuła, jak między jej nogami robi się wilgotno. Od dawna nikt jej tak nie dotykał – bez pośpiechu, bez słów, tylko dłońmi.

Czesław nachylił się. Jego usta znalazły się przy jej uchu.

– Powiedz, jeśli mam przestać.

Barbara nie powiedziała nic. Tylko odchyliła głowę lekko do tyłu, opierając ją o jego ramię. Czesław westchnął cicho. Jego dłonie zsunęły się niżej – pod sweter. Skóra na skórę. Barbara drgnęła. Jego dłonie były ciepłe, szorstkie, ogromne. Przesunął je po jej brzuchu, wolno, jakby mapował. Kciuki otarły się o dolny brzeg biustonosza. Barbara poczuła, jak jej sutki twardnieją. Oddychała płytko.

Czesław uniósł sweter wyżej. Barbara podniosła ramiona, pozwalając mu go ściągnąć. Została w czarnym biustonoszu. Ogień rzucał czerwone refleksy na jej skórę. Czesław pocałował jej kark – raz, mocno, otwartymi ustami. Jego język musnął skórę. Barbara westchnęła. Jego dłonie objęły jej piersi przez materiał, ścisnęły lekko, kciuki otarły się o sutki. Barbara poczuła, jak wilgoć spływa jej po wewnętrznej stronie ud.

– Jesteś piękna – mruknął. Głos miał ochrypły.

Nie odpowiedziała. Tylko oparła się mocniej o jego tors. Czuła jego erekcję przez spodnie – twardą, grubą, przylegającą do jej krzyża. Czesław rozpiął jej biustonosz z tyłu. Piersi wypłynęły wolno, ciężkie, z ciemnymi sutkami. Jego dłonie objęły je od razu – bez materiału. Kciuki i palce ugniatały, ściskały, gładziły. Barbara zamknęła oczy. Ciepło ognia gryzło jej brzuch, a jego dłonie – piersi. Czuła, jak jej łechtaczka pulsuje.

Czesław zsunął dłonie niżej. Rozpiął jej spodnie. Barbara uniosła biodra, pozwalając mu je ściągnąć razem z majtkami. Została naga na futrze, a on wciąż ubrany za nią. Jego dłonie wróciły na jej uda. Rozchylił je. Jeden palec przesunął się powoli wzdłuż wilgotnej szpary – od dołu do góry, zatrzymując się na łechtaczce. Barbara jęknęła cicho. Czesław zaczął masować ją okrężnymi ruchami, wolno, dokładnie. Drugą dłonią trzymał jej pierś, ściskając sutek między palcami.

– Mokrasz już – powiedział nisko. – Na mnie.

Barbara nie była w stanie odpowiedzieć. Jej biodra poruszały się same, naciskając na jego dłoń. Czesław wsunął jeden palec do środka – gruby, szorstki. Barbara westchnęła głośniej. Drugi palec dołączył. Rozciągał ją powoli, kręcąc, szukając. Jego kciuk wciąż gładził łechtaczkę. Barbara czuła, jak coś w niej narasta – ciężkie, gorące, niebezpieczne.

Czesław odsunął się na chwilę. Usłyszała szelest materiału. Gdy wrócił, jego nagi tors przylegał do jej pleców. Skóra na skórze. Jego kutas – gruby, gorący, twarde żyły – przycisnął się do jej pośladków. Barbara drżała. Czesław położył dłoń na jej biodrze, uniósł je lekko. Główka jego penisa otarła się o jej wejście – mokre, rozwarte. Barbara wstrzymała oddech.

– Powiedz – szepnął jej do ucha.

– Wejdź – odpowiedziała. Głos miała obcy, ochrypły.

Czesław wsunął się w nią powoli, centymetr po centymetrze. Barbara jęknęła głośno. Był gruby, wypełniał ją całkowicie. Ciepło ognia, ciepło jego ciała, ciepło w środku – wszystko mieszało się w jedną, pulsującą falę. Czesław zatrzymał się, gdy wszedł do końca. Jego dłonie wróciły na jej piersi. Oddychał ciężko przy jej uchu.

– Boże… – wydusiła Barbara.

Czesław zaczął się poruszać – wolno, głęboko. Każde pchnięcie rozpychało ją od środka. Jego biodra uderzały o jej pośladki z miękkim, wilgotnym dźwiękiem. Barbara opierała się o niego, głowa odrzucona do tyłu, usta otwarte. Ogień trzaskał. Śnieg padał za oknem. A ona czuła tylko jego – grubego, twardego, wchodzącego w nią coraz głębiej, coraz pewniej.

Czesław jedną dłonią zsunął się między jej nogi i zaczął pocierać łechtaczkę w rytm pchnięć. Barbara jęczała już bez opamiętania. Jej ściany zaciskały się wokół niego. Wiedziała, że jeśli tak dalej pójdzie, zaraz…

Ale Czesław zwolnił. Wyszedł z niej prawie całkowicie, zostawiając tylko główkę. Barbara jęknęła z zawodu. On pocałował jej kark, potem ramię.

– Nie jeszcze – mruknął. – Jesteśmy tu kilka dni. Mam zamiar cię rozebrać na kawałki. Powoli.

Barbara drżała. Jej ciało domagało się więcej. Ale Czesław tylko przytrzymał ją blisko, wciąż twardy, wciąż w środku, i patrzył w ogień razem z nią.

Czesław trzymał ją tak przez długą chwilę – prawie całkowicie w niej, ale nieruchomy. Barbara czuła każde uderzenie jego serca przez plecy, każde drżenie jego penisa w środku. Ogień lizał jej uda, a jego dłonie wędrowały po jej piersiach, brzuchu, biodrach jakby chciał zapamiętać każdy centymetr. Kiedy wreszcie zaczął się poruszać znowu, robił to tak wolno, że Barbara myślała, że zwariuje.

Wsuwał się do samego końca, zatrzymywał, potem wycofywał prawie całkowicie, aż tylko gruba, mokra główka rozchylała jej wargi. Znowu pchnięcie – głębokie, pewne, rozciągające. Barbara jęczała nisko, głosem, którego nie poznawała. Jego kciuk wrócił na jej łechtaczkę i zaczął pocierać ją w tym samym, leniwym rytmie. Mokre dźwięki ich ciał mieszały się z trzaskiem polan. Barbara czuła, jak jej soki spływają po jego jajach, po jej udach, wsiąkają w futro.

Czesław nachylił się i ugryzł ją lekko w ramię.

– Jesteś taka ciasna… taka gorąca…

Barbara tylko wygięła się mocniej, napierając pośladkami na jego biodra. On przyspieszył – nadal nie za szybko, ale mocniej. Każde pchnięcie uderzało w nią z wilgotnym, głębokim odgłosem. Jego dłonie ścisnęły jej piersi, kciuki ugniatały sutki, aż stały się twarde i nadwrażliwe. Barbara czuła, jak coś w niej narasta, jak fala, która chce zerwać się i runąć. Ale Czesław znowu zwolnił. Wyszedł z niej całkowicie. Barbara jęknęła z zawodu, biodra szukając go w powietrzu.

– Nie tak szybko – mruknął. – Chcę cię zobaczyć.

Odwrócił ją delikatnie. Barbara usiadła na futrze twarzą do niego, nogi rozchylone. Ogień rzucał czerwone światło na jej mokre, lśniące wejście. Czesław klęczał między jej udami, nagi, kutas gruby, lśniący od niej, żyły napuchnięte. Położył dłonie na jej kolanach i rozchylił je szerzej. Potem pochylił się i polizał ją – raz, od dołu do góry, wolno, dokładnie. Barbara krzyknęła cicho. Jego język był szeroki, szorstki, gorący. Oblizał ją znowu, tym razem zatrzymując się na łechtaczce, ssąc ją lekko, a potem wsuwając język głęboko do środka.

Barbara złapała go za włosy. Jej biodra unosiły się same, naciskając na jego usta. Czesław jadł ją bez pośpiechu – głośno, mokro, z wyraźną przyjemnością. Język krążył, ssał, wbijał się. Dwa palce dołączyły, rozciągając ją, szukając tego miejsca w środku, które sprawiało, że jej uda drżały. Barbara jęczała już bez przerwy, głowa odrzucona do tyłu, piersi unoszące się z każdym oddechem.

Kiedy poczuł, że jest blisko, odsunął się. Barbara spojrzała na niego z dziką prośbą w oczach. Czesław uśmiechnął się lekko – pierwszy raz odkąd się poznali – i usiadł na futrze, opierając się o niski stołek. Jego kutas sterczał pionowo, gruby, ciemnoczerwony. Barbara nie potrzebowała słów. Przesunęła się do niego na kolanach, rozchyliła uda i powoli opuściła się na niego.

Weszła na niego centymetr po centymetrze, czując, jak rozciąga ją od nowa. Kiedy usiadła do końca, oboje westchnęli. Czesław objął ją w pasie. Barbara zaczęła się kołysać – najpierw powoli, potem coraz pewniej. Jej piersi unosiły się przed jego twarzą. On schwycił jedną i wziął sutek do ust, ssąc mocno, gryząc lekko. Barbara jęknęła i przyspieszyła. Jej biodra kręciły się, unosiły, opadały. Mokry dźwięk ich połączenia wypełniał izbę.

Czesław trzymał ją mocno i sam zaczął pchać w górę – głęboko, równo. Barbara czuła go wszędzie. Ogień grzał jej plecy, jego ciało grzało jej przód. Była blisko znowu, tak blisko, że paznokcie wbiły się w jego ramiona. Ale Czesław zwolnił, przytrzymał ją nieruchomo, głęboko w sobie.

– Jeszcze nie – szepnął jej do ucha. – Zróbmy coś innego.

Wstał, wciąż w niej, trzymając ją pod pośladkami. Barbara oplotła nogami jego biodra. Czesław niósł ją przez izbę jakby nic nie ważyła. W kuchni postawił ją na ciężkim, drewnianym stole. Talerze i szklanki zostały zepchnięte na bok. Barbara leżała na plecach, naga, nogi szeroko rozchylone. Czesław stanął między nimi. Uniósł jej uda i położył je na swoich ramionach. Patrzył jej prosto w oczy, gdy wsuwał się z powrotem – jednym, długim, głębokim pchnięciem.

Barbara krzyknęła. W tej pozycji wchodził jeszcze głębiej. Czuła go w samym środku, twardo, nieubłaganie. Czesław zaczął ruchać nią mocno – równe, głębokie pchnięcia, biodra uderzające o jej pośladki. Stół skrzypiał. Barbara trzymała się krawędzi, piersi podskakiwały z każdym ruchem. Jego wzrok nie odrywał się od jej twarzy. Widziała w jego oczach głód, skupienie, coś dzikiego.

– Patrz na mnie – rozkazał nisko.

Barbara patrzyła. Każde pchnięcie wyrywało z niej jęk. Czesław jedną ręką złapał jej udo mocniej, drugą zsunął między ich ciała i zaczął pocierać jej łechtaczkę – szybko, dokładnie, w rytm swoich bioder. Barbara poczuła, że zaraz runie. Ściany jej pochwy zaciskały się kurczowo wokół niego. Była o włos…

Czesław znowu zwolnił. Wyszedł prawie całkowicie, zostawiając tylko główkę. Barbara wydała z siebie dźwięk, który był prawie płaczem.

– Nie… proszę…

– Wiem – powiedział. Głos miał chrapliwy. – Ale chcę cię w wannie. Chcę cię na wszystkie sposoby, zanim pozwolę ci dojść.

Wyjął się z niej. Barbara leżała na stole, drżąca, mokra, rozwarta. Czesław podniósł ją znowu i zaniósł do łazienki. Duża, drewniana wanna stała pod oknem. Czesław odkręcił kran. Gorąca woda zaczęła się lać, para uniosła się od razu. Dorzucił trochę olejku o zapachu sosny i miodu. Kiedy wanna była pełna, wszedł pierwszy, usiadł, a potem przyciągnął Barbarę do siebie.

Usiadła na nim twarzą w twarz, woda sięgała im do piersi. Jego kutas znów znalazł drogę – łatwo, bo była mokra i rozluźniona. Weszła na niego powoli, aż usiadła do końca. Oplotła ramionami jego szyję. Czesław objął ją w pasie. Patrzyli na siebie z bliska. Para osiadała na ich skórze. Barbara zaczęła się poruszać – wolno, głęboko, kręcąc biodrami. Woda chlupotała rytmicznie.

Czesław pocałował ją. Pierwszy prawdziwy pocałunek – głęboki, wolny, język wchodzący do jej ust tak samo pewnie jak jego kutas do środka. Barbara jęknęła mu w usta. Jego dłonie zsunęły się na jej pośladki i pomagały jej unosić się i opadać. Rytm był mirny, ale intensywny. Każde opadnięcie wpychało go do samego końca. Barbara czuła jego serce bijące o jej pierś. Czuła jego oddech. Czuła, jak jej ciało znowu zaczyna się napinać.

Czesław odsunął usta od jej ust i pocałował jej szyję, potem obojczyk, potem znowu pierś. Ssał sutek, gryzł lekko, a ona kołysała się na nim coraz pewniej. Woda przelewała się przez brzeg wanny. Barbara czuła, że jest blisko – bliżej niż kiedykolwiek. Jej paznokcie wbiły się w jego ramiona. Oczy miała zamknięte, usta otwarte.

Czesław przytrzymał jej biodra i sam zaczął pchać w górę – mocniej, głębiej. Woda pluskała. Barbara jęczała już głośno, bez wstydu. Jego kciuk znalazł jej łechtaczkę pod wodą i zaczął pocierać. Barbara poczuła, że fala jest tuż-tuż…

Ale Czesław znowu zwolnił. Przycisnął ją do siebie, głęboko w sobie, i po prostu trzymał.

– Niedługo – szepnął jej do ucha, głos drżący. – Niedługo ci dam. Ale najpierw chcę, żebyś była całkiem roztrzęsiona. Żebyś błagała.

Barbara drżała w jego ramionach, mokra od wody i od siebie, wypełniona nim do granic. Za oknem wciąż padał śnieg. A ona wiedziała, że to dopiero początek nocy.

Czesław trzymał ją nieruchomo przez długie sekundy. Barbara drżała w gorącej wodzie, wypełniona nim do samego końca, serce waliło jej o żebra. Para unosiła się wokół ich twarzy. Jego kciuk wciąż spoczywał na jej łechtaczce, ale nie poruszał się – tylko przyciskał lekko, jakby przypominał jej, jak blisko jest.

– Błagaj – szepnął jej do ucha. Głos miał niski, chrapliwy, prawie niebezpieczny.

Barbara otworzyła oczy. Patrzyła mu prosto w twarz. Woda kapala z jej włosów na piersi. Czuła każde drżenie jego penisa w środku.

– Proszę… – wydusiła. – Pozwól mi…

Czesław uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Jego dłonie zsunęły się na jej pośladki. Uniósł ją lekko, aż prawie wyszedł, a potem opuścił z powrotem – mocno, głęboko. Barbara krzyknęła. Znowu. I znowu. Rytm był teraz inny: pewny, równy, nieubłagany. Woda chlupotała głośno, przelewając się przez brzegi. Czesław trzymał jej wzrok. Kciuk wrócił na łechtaczkę i zaczął pocierać – szybko, dokładnie, w idealnym tempie.

Barbara poczuła, jak fala, którą odpychał od godzin, wreszcie się zrywa. Zaczęło się nisko, w samym środku brzucha, potem rozlało się na uda, na piersi, na kark. Jej pochwa zacisnęła się wokół niego kurczowo, falami. Jęknęła głośno, głowa odrzucona do tyłu, paznokcie wbijające się w jego ramiona. Orgazm był długi, głęboki, prawie bolesny w swojej intensywności. Całe ciało jej drżało, woda pluskała, a ona tylko trzymała się go, jakby bez tego miała się rozpaść.

Czesław nie przestawał się poruszać. Pchał w nią przez cały czas, jak ona dochodziła, przedłużając każdą falę. Kiedy wreszcie opadła na niego, dysząc, on wciąż był twardy, wciąż w środku.

– Dobrze – mruknął jej do ucha. – Teraz moja kolej.

Wstał z nią, wciąż połączony. Woda spływała z ich ciał strumieniami. Wyszedł z wanny, postawił ją na grubym, miękkim ręczniku rozłożonym na podłodze. Położył ją na plecach. Barbara była wciąż roztrzęsiona, nogi szeroko rozchylone, wejście mokre i rozwarte. Czesław ukląkł między nimi i wszedł z powrotem – jednym, długim pchnięciem. Tym razem nie było już żadnej delikatności.

Ruchał nią mocno, głęboko, równo. Każde uderzenie bioder o jej pośladki było głośne, wilgotne. Barbara jęczała pod nim, wciąż nadwrażliwa po orgazmie, ale nie prosiła, żeby zwolnił. Jej piersi podskakiwały, dłonie szukały czegoś do uchwycenia. Czesław schwycił jej uda i uniósł je wyżej, prawie składając ją na pół. Wchodził jeszcze głębiej. Patrzył jej w oczy przez cały czas.

– Będziesz mnie pamiętała – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Każdego dnia.

Barbara tylko kiwnęła głową, niezdolna do słów. Czesław przyspieszył. Jego oddech stał się nierówny. Po kilku mocnych, głębokich pchnięciach wbił się do samego końca i zastygł. Barbara poczuła, jak pulsował w niej – gorąco, obficie, fala za falą. Jęknął nisko, prawie zwierzęco, i opadł na nią, ciężki, spocony, wciąż drżący.

Leżeli tak długo, słuchając, jak ich oddechy powoli się uspokajają. Woda w wannie stygnęła. Za oknem wiatr wył, a śnieg bielił wszystko na kilometr dookoła. Czesław w końcu wysunął się z niej powoli. Barbara poczuła, jak jego nasienie spływa jej po udach. On podniósł się, wziął świeży ręcznik i delikatnie otarł jej ciało – między nogami, po brzuchu, po piersiach. Potem owinął ją w drugi, suchy ręcznik i zaniósł z powrotem do izby, do kominka.

Ułożył ją na futrze. Dorzucił polana. Ogień znów buchnął. Czesław położył się za nią, przyciągnął do swojego torsu. Jego dłoń spoczęła na jej brzuchu, kciuk wolno gładził skórę. Barbara czuła jego oddech na karku. Czuła, jak powoli mięknie, ale wciąż jest blisko.

– Zostanę tu dłużej, niż planowałam – powiedziała cicho Barbara.

Czesław przewrócił ją delikatnie na plecy. Położył się między jej nogami. Jego erekcja wracała szybko, twardniejąc pod jej dłonią. Barbara rozchyliła uda. On wszedł w nią znowu – wolniej tym razem, ale pewnie. Była mokra od niego i od siebie. Wypełnił ją do końca i zatrzymał się, patrząc jej w oczy.

Zaczął się poruszać. Wolno. Głęboko. Barbara oplotła nogami jego biodra i oddała się rytmowi. Ogień grzał ich skóry. Śnieg padał za oknem. A między nimi nie było już żadnego dystansu – tylko ciepło, mokre dźwięki i powolne, niekończące się pchnięcia, które miały trwać jeszcze długo, długo w tę zasypaną śniegiem noc.

Oceń opowiadanie:

4.8 / 5. Ocen: 218

OmeTV.pl - Polski Video Czat Poznaj nowe osoby z całej Polski na www.OMETV.pl