Gdy usłyszałem dzwonek, nawet nie spojrzałem przez wizjer. Otworzyłem drzwi i stanąłem jak wryty.

W progu stała Wanda, koleżanka mojej żony. Promieniała. Krótka, obcisła sukienka w kolorze burgundu oblepiła jej ciało jak druga skóra. Dekolt był niski, piersi pełne, uda odsłonięte prawie do pośladków. Włosy spięte luźno, kilka kosmyków opadało na ramiona. Uśmiechnęła się tak, jakby wiedziała dokładnie, co we mnie wywoła.
— Cześć — powiedziała spokojnie. — Spotkałam się z twoją Kaśką w mieście. Mówiła, że musi jeszcze pozałatwiać parę spraw i wróci za jakieś półtorej godziny. Powiedziała, żebym poczekała. I żebyś się mną zajął.
Zrobiła krok do środka, zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć. Zapach jej perfum uderzył mnie od razu — słodki, ciężki, trochę obcy. Zamknąłem drzwi. Przekręciłem zamek. Słyszałem, jak rygiel wpada na miejsce.
Wanda zdjęła torebkę i położyła ją na komodzie. Rozejrzała się po salonie, jakby była tu po raz pierwszy, choć bywała już kilka razy z Kaśką.
— Zrobisz mi coś do picia? — rzuciła przez ramię, idąc w stronę kanapy. — Cokolwiek. Byle mocniejsze.
Poszedłem do kuchni. Ręce miałem niespokojne. Nalałem jej whisky z lodem, sobie też. Gdy wróciłem, siedziała już na kanapie, noga na nodze. Sukienka podjechała jeszcze wyżej. Na stoliku leżały dwa stare magazyny, które Kaśka kiedyś kupiła „dla żartu” i nigdy nie wyrzuciła. Wanda kartkowała jeden z nich bez pośpiechu.
— Nie bój się — powiedziała, nie podnosząc wzroku. — Usiądź. Wiem, że na mnie patrzysz od dawna. Przy Kaśce zawsze byłeś taki grzeczny. Dzisiaj nie musisz.
Usiadłem. Nie za blisko, nie za daleko. Oddała mi jeden kieliszek. Nasze palce zetknęły się na ułamek sekundy.
— Kaśka naprawdę powiedziała, żebym się tobą zajął? — zapytałem.
Wanda uśmiechnęła się bokiem.
— Powiedziała, żebym poczekała. Resztę dodałam sama. Ale nie udawaj zdziwionego. Widziałam, jak na mnie patrzysz na imieninach u nich. I na sylwestrze. I wtedy, jak przyjechałyśmy po zakupach, a ty miałeś na sobie tylko te szorty.
Położyła dłoń na moim udzie. Wysoko. Palce przesunęły się w stronę rozporka.
— Drzwi zamknięte? — zapytała cicho.
Kiwnąłem głową.
Wanda odstawiła kieliszek. Przesunęła się bliżej. Jej dłoń znalazła mnie przez materiał spodni, ścisnęła, pomierzyła. Potem rozpięła mi pasek, suwak, sięgnęła do środka. Wyjęła mnie. Byłem już twardy, prawie do bólu.
Spojrzała na to, co trzymała, i mruknęła z zadowoleniem.
— No proszę. Kaśka ma szczęście. Albo miała.
Pochyliła się. Najpierw pocałowała czubek, potem wzięła mnie do ust. Powoli, głęboko, bez pośpiechu, jakby miała cały wieczór. Jej wargi były pełne, ciepłe, mokre. Język krążył, ssanie było rytmiczne. Położyłem dłoń na jej głowie, ale nie przyciskałem. Wanda sama decydowała o tempie.
Po chwili odsunęła się, otarła kącik ust kciukiem i spojrzała mi w oczy.
— Gdy nie będziesz mógł wytrzymać, powiedz. Nie chcę, żebyś skończył za wcześnie. Jeszcze nie.
Zdjęła sukienkę jednym ruchem. Pod spodem miała tylko małe, czarne stringi. Piersi były ciężkie, sutki ciemne i już twarde. Uklękła przede mną na kanapie, rozsunęła uda i pociągnęła mnie za koszulę.
— Teraz ty.
Zdjąłem resztę ubrania. Pocałowałem ją w szyję, w obojczyk, w piersi. Wziąłem sutek do ust, ssałem, gryzłem delikatnie. Wanda sapnęła i wplotła palce we włosy. Zsunąłem jej stringi. Była ogolona, gładka, już mokra. Zapach był ostry, słodki, inny niż u Kaśki.
Położyłem ją na plecach. Rozchyliłem uda. Najpierw pocałowałem wewnętrzną stronę, wysoko, tam gdzie skóra jest najcieńsza. Potem język. Lizałem ją powoli, od dołu do góry, krążyłem wokół łechtaczki, wpychałem język głębiej. Wanda uniosła biodra, złapała mnie za głowę, przycisnęła mocniej.
— Kurwa… tak… nie przestawaj.
Jęła cicho, potem głośniej. Uda zaczęły jej drżeć. Gdy poczułem, że jest blisko, odsunąłem się. Nie chciałem, żeby skończyła sama.
Podniosła głowę.
— Wejdź.
Uklękłem między jej nogami. Przyłożyłem się, przetarłem czubkiem wzdłuż szpary, namoczyłem się jej sokami i wsunąłem. Powoli na początku, aż do oporu. Wanda była ciasna, gorąca, śliska. Sapnęła, gdy wszedłem do końca. Jej paznokcie wbiły mi się w ramiona.
Zaczęliśmy się ruszać. Najpierw długo, głęboko. Potem szybciej. Kanapa skrzypiała. Wanda owijała mi nogi wokół bioder, unosiła się naprzeciw każdego pchnięcia.
— Tego chciałeś? — szeptała mi do ucha. — Żebym przyszła i dała ci to, na co patrzyłeś przez dwa lata? Powiedz.
— Tak.
— Głośniej.
— Tak. Kurwa, tak.
Przyspieszyła. Stała się gwałtowna, dzika. Szarpała mnie, gryzła w ramię, szeptała rzeczy, których Kaśka nigdy nie mówiła. Pot spływał nam po plecach. Jej piersi kołysały się przy każdym ruchu.
W pewnym momencie odepchnęła mnie.
— Od tyłu.
Odwróciła się, uklękła na kanapie, wypięła się. Pośladki miała pełne, jędrne, rozchylone. Widziałem wszystko: mokrą szparkę, ciemniejszy otworek wyżej. Wszedłem w nią od tyłu jednym pchnięciem. Wanda jęknęła w poduszkę. Trzymałem ją za biodra i rżnąłem mocno, rytmicznie. Dźwięk skóry o skórę wypełnił salon.
Po chwili zwolniłem, wyciągnąłem się, przyłożyłem czubek do drugiego otworu. Wanda nie powiedziała nic. Sięgnęła do tyłu, rozchyliła sobie pośladki palcami i przycisnęła się do mnie.
Wszedłem ostrożnie. Była ciasna jak diabli. Oddychała głęboko, dawała mi czas. Gdy znalazłem się w środku, zaczęła się ruszać sama. Posuwałem ją na zmianę: raz w tyłek, raz z powrotem w cipkę. Wanda była kompletnie mokra, soki spływały jej po udach na kanapę.
Czas zniknął. Nie myślałem o Kaśce, o godzinie, o tym, że drzwi mogą się zaraz otworzyć. Było tylko to: jej ciało, jej głos, to, jak zaciskała się na mnie za każdym razem.
Poczułem, że nie wytrzymam. Chciałem skończyć w niej. Wanda wyczuła to wcześniej. Odwróciła się, zepchnęła mnie na plecy, usiadła na mnie twarzą do mnie i zaczęła jeździć szybko, mocno, aż do oporu. Potem zsunięła się, chwyciła mnie ręką i skierowała na swoje piersi.
Wytrysnąłem. Długo, mocno, strumieniami na jej sutki, na szyję, na usta. Wanda otworzyła usta, złapała część językiem, resztę rozmazała po piersiach.
Padliśmy obok siebie. Oddychaliśmy ciężko. Salon pachniał seksem, potem i jej perfumami.
Minęło trochę czasu, zanim którykolwiek z nas się odezwał.
Wanda wstała pierwsza. Wytarła się chusteczkami z torebki, założyła stringi, sukienkę. W lustrze poprawiła włosy. Wyglądała prawie tak samo jak przy wejściu. Prawie.
Stanęła nade mną.
— Powiedz Kaśce, że nie mogłam już dłużej czekać — powiedziała spokojnie. — Że musiałam wyjść.
Sięgnęła po torebkę.
— Wyjeżdżam na kilka miesięcy. Praca. Nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy. Ale byłeś słodki. Mam nadzieję, że Kaśka też tak uważa.
Uśmiechnęła się krótko, odwróciła się i poszła do drzwi. Zamek zazgrzytał. Drzwi się zamknęły.
Zostałem na kanapie, nagi, z jej zapachem na skórze i mokrym śladem na obiciu.
Spojrzałem na zegarek.
Kaśka miała wrócić za dwadzieścia minut.





