Było już po dziesiątej wieczorem, gdy w kancelarii adwokackiej „Marek Woliński i Wspólnicy” panowała niemal kompletna cisza. Większość biur była pusta, światła zgaszone, a na korytarzu słychać było tylko ciche brzęczenie klimatyzacji. W gabinecie seniora – Marka – wciąż paliło się ciepłe, bursztynowe światło lampki biurkowej i niebieskawy blask monitora.

Marek siedział w swoim skórzanym fotelu, z podwiniętymi rękawami białej koszuli. Miał 28 lat, ale w środowisku prawniczym uchodził już za jednego z najbardziej obiecujących adwokatów w mieście. Wysoki, szeroki w ramionach, z ostrymi rysami twarzy i spojrzeniem, które potrafiło onieśmielić nawet doświadczonych sędziów. Tego wieczoru pracował nad bardzo ważnym wnioskiem procesowym – sprawa była trudna, termin upływał jutro rano, a on nie lubił zostawiać niczego przypadkowi.
Drzwi gabinetu uchyliły się cicho.
Justyna weszła niepewnie, trzymając w rękach plik dokumentów. Miała 26 lat i od czterech miesięcy była stażystką w kancelarii. Długie, ciemne włosy spięte w luźny kok, okulary w cienkich, eleganckich oprawkach, biała bluzka opinająca pełne piersi i czarna, ołówkowa spódnica kończąca się tuż nad kolanami. Wyglądała na zmęczoną, ale wciąż bardzo zadbaną i kobiecą.
– Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze… – powiedziała cicho. – Pracuję nad tym fragmentem o przedawnieniu roszczenia i… kompletnie nie mogę sobie poradzić. Mogłabym prosić o chwilę pomocy?
Marek odchylił się w fotelu i spojrzał na nią uważnie. Zazwyczaj był profesjonalny, dystyngowany. Ale tej nocy coś w powietrzu wisiało inaczej. Może to zmęczenie, może późna godzina, a może sposób, w jaki Justyna się pochyliła, gdy położyła dokumenty na biurku.
– Siadaj – powiedział spokojnie.
Justyna podeszła bliżej i pochyliła się nad biurkiem obok niego. Bluzka lekko się rozchyliła, ukazując fragment koronkowego stanika. Spódnica napięła się na jej krągłych, jędrnych pośladkach. Marek poczuł, jak coś w nim drgnęło.
Zamiast od razu wskazać błąd, sięgnął po drewnianą linijkę, która leżała na brzegu biurka. Powoli, niemal ceremonialnie położył ją na jej plecach, tuż nad pośladkami.
Justyna zesztywniała.
– Zasady są proste – powiedział niskim, spokojnym, ale niezwykle stanowczym tonem. – Jeden błąd w dokumencie… to jedno uderzenie linijką. Poprawiasz. Rozumiemy się?
W gabinecie zapadła ciężka cisza. Justyna odwróciła głowę i spojrzała na niego. W jej oczach pojawiło się zaskoczenie, lekki strach… i coś zupełnie innego – błysk ekscytacji, który nie umknął uwadze Marka.
– Panie mecenasie… – wyszeptała niepewnie.
– Na razie jeszcze „panie mecenasie” – przerwał jej. – Ale przy każdym błędzie wracam do tego zwrotu. Jasne?
Justyna przełknęła ślinę. Jej policzki pokryły się delikatnym rumieńcem. Po chwili skinęła głową.
– Tak… rozumiem.
Zaczęła poprawiać tekst. Marek siedział tuż obok, niemal czując ciepło jej ciała. Znalazł pierwszy błąd – drobną literówkę w nazwie orzeczenia. Uniósł linijkę i uderzył nią lekko, ale wyraźnie w jej pośladki przez spódnicę.
Plask.
Justyna sapnęła cicho, ale nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie – jej oddech wyraźnie przyspieszył.
– Kolejny błąd – mruknął Marek po chwili, tym razem uderzając nieco mocniej.
Justyna cicho jęknęła. Jej palce na klawiaturze drżały lekko. Z każdym kolejnym błędem (a Marek znajdował ich coraz więcej – celowo lub nie) linijka lądowała na jej tyłku. Uderzenia stawały się coraz bardziej świadome, coraz bardziej bolesne, ale też coraz bardziej podniecające.
Spódnica Justyny powoli podjeżdżała coraz wyżej, odsłaniając gładką skórę ud.
W pewnym momencie Marek odłożył linijkę, wstał i stanął bezpośrednio za nią. Pochylił się, przycisnął klatkę piersiową do jej pleców i wyszeptał jej prosto do ucha:
– Zdejmij spódnicę. Będzie mi wygodniej kontrolować postępy.
Justyna zawahała się tylko przez sekundę. Wstała, rozpięła zamek z boku i powoli zsunęła spódnicę po nogach, zostając w samej bluzce i czarnych, koronkowych stringach.
Marek usiadł z powrotem i pociągnął ją z powrotem na biurko.
– Kontynuujemy – powiedział spokojnie, gładząc jej już lekko zaczerwieniony tyłek dłonią. – Każdy kolejny błąd… będzie bolał znacznie bardziej.
Justyna oddychała szybko i płytko. Czuła, jak jej majtki robią się coraz bardziej mokre. Zapach atramentu z drukarki, późna godzina i ten nowy, dominujący ton szefa sprawiły, że jej ciało reagowało w sposób, którego nigdy by się nie spodziewała.
Rozwinięcie
Justyna stała pochylona nad biurkiem w samym staniku, stringach i szpilkach. Jej tyłek był już delikatnie zaczerwieniony od pierwszych uderzeń linijką. Serce waliło jej jak młot, a między udami czuła gorącą, pulsującą wilgoć, której nie była w stanie ukryć.
Marek siedział w fotelu jak król na tronie. Linijkę trzymał w prawej dłoni, lewą oparł na udzie. Patrzył na nią z mieszanką skupienia i czystej, męskiej żądzy.
– Wracamy do dokumentu – powiedział spokojnie, ale władczo. – Każdy błąd, literówka, nieścisłość… to kara. Im poważniejszy błąd, tym mocniejsze uderzenie. Zrozumiałaś?
– Tak, panie mecenasie… – wyszeptała Justyna drżącym głosem.
– Dobrze. Zaczynaj.
Justyna pochyliła się mocniej nad klawiaturą. Jej pełne piersi napierały na blat biurka, a tyłek wypinał się prowokująco w stronę Marka. Zaczęła poprawiać tekst. Przez pierwsze kilkanaście sekund panowała cisza, przerywana tylko stukaniem klawiszy.
Marek znalazł pierwszy błąd – brak przecinka w długim zdaniu.
Plask!
Linijka uderzyła mocno, dokładnie w środek jej prawego pośladka. Justyna syknęła głośno, ale nie odsunęła się. Wręcz wypięła tyłek jeszcze bardziej.
– Przepraszam, panie mecenasie… – jęknęła.
– Popraw – rozkazał.
Kolejne linijki. Kolejne błędy. Marek uderzał coraz mocniej i celniej. Raz w lewy pośladek, raz w prawy, czasem w sam środek, tak że linijka muskała też jej mokrą cipkę przez cienki materiał stringów.
Plask! Plask! Plask!
Justyna już nie tylko sapała – cicho jęczała przy każdym uderzeniu. Jej stringi były całkowicie przemoczone. Mokra plama była wyraźnie widoczna.
Marek wstał. Podszedł bliżej i stanął tuż za nią. Jedną ręką chwycił ją za kark, drugą zsunął stringi w dół aż do kolan. Teraz była całkowicie odsłonięta – gładka, mokra cipka i zaczerwieniony tyłek na widoku.
– Patrz, jak bardzo Ci się to podoba – powiedział, przesuwając palcami po jej wargach sromowych. Były obrzmiałe i ociekały sokami. – Jesteś cała zalana.
Justyna tylko jęknęła w odpowiedzi, wypinając się mocniej.
Marek uderzył linijką bezpośrednio na gołą skórę. Tym razem dużo mocniej. Justyna krzyknęła, ale w jej krzyku było więcej rozkoszy niż bólu.
– Jeszcze raz – rozkazał.
Zaczął zadawać serie uderzeń – raz za razem, metodycznie, na przemian lewy i prawy pośladek. Justyna drżała, jej nogi się uginały, ale trzymała się biurka kurczowo. Przy każdym uderzeniu jej cipka zaciskała się widocznie, a soki spływały po wewnętrznej stronie ud.
W końcu Marek odłożył linijkę. Usiadł z powrotem w fotelu i rozpiął pasek.
– Klęknij.
Justyna posłusznie uklękła między jego nogami. Marek wyciągnął swojego grubego, twardego kutasa. Był duży, nabrzmiały, z pulsującą żyłą na całej długości.
– Ssij. I ani jednego błędu w tym, co robisz ustami.
Justyna wzięła go głęboko do ust. Zaczęła ssać powoli, ale bardzo starannie – językiem masując spód kutasa, ssąc główkę, biorąc go coraz głębiej, aż do gardła. Marek trzymał ją za włosy i delikatnie, ale stanowczo kontrolował tempo.
– Dobra dziewczynka… – mruczał. – Właśnie tak. Głębiej.
Justyna ssała go z oddaniem, ślina spływała jej po brodzie na piersi. Marek w pewnym momencie chwycił ją mocniej za włosy i zaczął pieprzyć jej usta – głęboko, ale kontrolowanie.
Po kilku minutach podniósł ją, odwrócił i posadził na biurku, twarzą do siebie. Rozsunął jej nogi szeroko.
– Teraz będziesz pisała dalej… – powiedział, wsuwając w nią dwa grube palce. – A ja będę Cię karał od środka.
Justyna jęknęła głośno, gdy palce Marka zaczęły poruszać się w niej szybko i mocno. Zakrzywiał je idealnie, trafiając w punkt G przy każdym ruchu. Drugą ręką masował jej łechtaczkę.
Próbowała pisać, ale litery rozjeżdżały się. Z każdym błędem Marek uderzał ją linijką w wewnętrzną stronę uda lub mocno pieprzył palcami.
Justyna była już na granicy.
– Panie mecenasie… ja… zaraz…
– Nie waż się dojść bez mojego pozwolenia – warknął.
Zaczął pieprzyć ją palcami jeszcze szybciej, jednocześnie ssąc jej sutki przez bluzkę. Justyna trzęsła się cała, błagając:
– Proszę… pozwól mi dojść… błagam…
Marek w końcu wyszeptał jej do ucha:
– Teraz.
Justyna doszła potężnie. Jej cipka zacisnęła się mocno na jego palcach, całe ciało wygięło się w łuk, a z ust wydobył się długi, głośny jęk rozkoszy. Orgazm trwał długo – fala za falą – aż w końcu opadła bezwładnie na biurko, drżąc.
Marek nie dał jej jednak odpocząć. Wstał, ustawił się między jej nogami i powoli, centymetr po centymetrze zaczął wsuwać w nią swojego grubego kutasa.
Zakończenie
Marek stał między rozłożonymi nogami Justyny, jego gruby, pulsujący kutas ocierał się o jej mokrą, nabrzmiałą cipkę. Dziewczyna leżała na biurku, cała drżąca po potężnym orgazmie, z zaczerwienionym tyłkiem i szklistym spojrzeniem.
– Proszę… – wyszeptała błagalnie.
Marek nie odpowiedział słowami. Chwycił ją mocno za biodra i jednym zdecydowanym pchnięciem wszedł w nią do końca. Justyna krzyknęła głośno – czuła się całkowicie wypełniona. Jego kutas był gruby, twardy i trafiał idealnie w najczulsze miejsca.
Zaczął rżnąć ją mocno, rytmicznie, głęboko. Każde pchnięcie sprawiało, że jej piersi podskakiwały, a biurko lekko się przesuwało. Justyna chwyciła się krawędzi blatu, jej głowa odchyliła się do tyłu, usta były otwarte w ciągłym, urywanym jęku.
– O Boże… panie mecenasie… tak głęboko… – jęczała.
Marek przyspieszył. Uderzał biodrami o jej mokry, zaczerwieniony tyłek z głośnym, mokrym plaśnięciem. Jedną ręką sięgnął i zaczął masować jej łechtaczkę szybkimi, mocnymi ruchami, drugą chwycił ją za gardło – nie dusząc, ale pokazując pełną kontrolę.
– Jesteś moją małą, napaloną stażystką – warknął, waląc ją jeszcze mocniej. – Całe miesiące patrzyłem, jak chodzisz w tych obcisłych spódnicach. Teraz w końcu Cię rżnę tak, jak na to zasługujesz.
Justyna trzęsła się pod nim. Drugi orgazm nadchodził szybko. Jej cipka zaciskała się mocno wokół kutasa Marka, soki spływały po jej tyłku na blat biurka.
– Mogę… mogę dojść? – błagała drżącym głosem.
– Jeszcze nie – rozkazał.
Zwolnił na chwilę, drażniąc ją powolnymi, głębokimi pchnięciami. Wyciągnął kutasa prawie całkowicie i wbijał go z powrotem, patrząc, jak jej cipka go pochłania. Justyna wiła się, błagając:
– Proszę… nie mogę już wytrzymać… błagam…
Marek w końcu dał jej pozwolenie.
– Dojdź. Teraz.
Justyna eksplodowała. Jej drugi orgazm był jeszcze silniejszy. Krzyknęła głośno, całe ciało wygięło się w łuk, cipka pulsowała gwałtownie wokół kutasa, zalewając go gorącymi sokami. Drżała przez długie sekundy, tracąc oddech, a Marek nie przestawał jej rżnąć, przedłużając jej rozkosz.
Kiedy zaczęła opadać z fali, Marek wyciągnął kutasa, podniósł ją i odwrócił. Położył ją brzuchem na biurku, tyłem do siebie. Rozsunął jej nogi i wszedł znowu – tym razem jeszcze głębiej. Trzymał ją za biodra i rżnął jak maszyna. Uderzenia były szybkie, mocne, bezlitosne.
– Chcę czuć, jak dochodzisz jeszcze raz – wysapał.
Justyna była już w innym świecie. Jej tyłek był czerwony od linijki, cipka obrzmiała i mokra. Marek sięgnął ręką i zaczął masować jej łechtaczkę, jednocześnie waląc ją mocno.
Trzeci orgazm przyszedł szybko. Justyna prawie zawyła z rozkoszy, zaciskając się mocno na jego kutasie. To wystarczyło Markowi.
Wbił się maksymalnie głęboko i zaczął spuszczać się w niej potężnymi, gorącymi strumieniami. Jęknął głośno, drżąc całym ciałem, wypełniając jej cipkę gęstą spermą. Strzelał długo, aż sperma zaczęła wyciekać wokół jego kutasa.





