Słońce wisiało nad polami jak rozgrzany do białości krążek, gdy Ewa skręciła z wąskiej asfaltówki na żwirową drogę. Lipiec w okolicach Suwałk był bezlitosny – gorący, wilgotny, pachnący dojrzewającą pszenicą i sosnową żywicą. Samochód podskakiwał na wybojach, a przez otwarte okno wpadało powietrze ciężkie od zapachu siana i dzikich kwiatów. Ewa zacisnęła dłonie na kierownicy. Warszawa została sto pięćdziesiąt kilometrów za nią – z jej hałasem, klimatyzacją i ciągłym pośpiechem. Tutaj czas płynął inaczej. Wolniej. Gęściej.

Dom babci wyglądał tak, jak go zapamiętała z dzieciństwa, tylko jakby się skurczył. Drewniana chata z poddaszem, ganek z rzeźbionymi słupkami, na których kiedyś wisiały girlandy suszonych kwiatów. Farba na deskach łuszczyła się płatami, odsłaniając szare, wypłowiałe drewno. Ogród zdziczał – wysokie pokrzywy, malwy sięgające okien, dzikie róże oplatające stary płot. Ewa wyłączyła silnik i przez chwilę siedziała w ciszy, słuchając tylko świerszczy i odległego grzmotu traktora.
Drzwi otworzyły się z jękiem. Wnętrze przywitało ją zapachem kurzu, starego dębu i czegoś słodkiego – może resztkami lawendy, którą babcia zawsze suszyła w pęczkach pod belkami. Prześcieradła na meblach były szare od czasu. Ewa zdjęła pierwsze z nich. Ciężki stół jadalny z rzeźbionymi nogami. Sześć krzeseł. Kredens z pękniętymi szybkami. Wszystko czekało na renowację. Dlatego właśnie wynajęła Mateusza.
Przez kilka godzin chodziła z pokoju do pokoju. W sypialni babci stało duże łóżko z wysokim wezgłowiem rzeźbionym w róże i gałązki. Materac był stary, zapadnięty w środku, ale Ewa nie miała siły ściągać go na dół. Położyła na nim swoją walizkę. W szufladzie toaletki znalazła album w skórzanej oprawie. Usiadła na podłodze, przekartkowała strony. Babcia młoda – długie ciemne włosy spięte w kok, uśmiech szeroki, oczy błyszczące. Obok niej dziadek w mundurze, sztywny, oficjalny. Ale były też inne zdjęcia. Babcia z innym mężczyzną. Wysokim, szczupłym, w cywilnym ubraniu. Patrzył na nią tak, jakby świat istniał tylko dla nich dwojga. Ewa nie znała tego mężczyzny. Nigdy o nim nie słyszała.
Zmęczenie i żal uderzyły nagle, jak fala. Usiadła na ganku z kubkiem herbaty z mięty, którą znalazła w starej puszce. Słońce zachodziło powoli, malując pola na złoto i purpurę. Cisza wsi była prawie bolesna. Żadnych samochodów, żadnych syren, tylko wiatr w koronach drzew i ciche skrzypienie starego domu.
Telefon zadzwonił tuż po dwudziestej drugiej.
– Halo? – odezwała się, starając się, by głos nie zdradzał zmęczenia.
– Dzień dobry. Mateusz Kowalski. Umówiliśmy się przez internet na renowację mebli.
Głos był niski, spokojny, z tym miękkim, lekko śpiewnym akcentem, który słyszała u starszych ludzi na wsi. Ewa poczuła, jak coś w jej brzuchu drga – niepokojąco przyjemnie.
– Tak. Jutro rano? O dziewiątej?
– Pasuje. Przyjadę z narzędziami. Które rzeczy najbardziej pilne?
Rozmawiali chwilę. Mateusz pytał konkretnie – o gatunek drewna, o to, czy meble mają być woskowane, czy lakierowane. Gdy odłożyła telefon, przez chwilę trzymała go w dłoni, patrząc na ciemniejący ogród. Głos tego człowieka był… uspokajający. I jednocześnie budził w niej coś, czego nie czuła od wielu miesięcy.
Noc była duszna. Ewa wzięła prysznic w starej łazience – woda leciała cienko, ale chłodna. Położyła się naga na wielkim łóżku babci. Prześcieradło pachniało jeszcze lekko talkiem i starą drewnianą ramą. Okno otwarte na oścież, firanka powiewała leniwie. Myślała o babci – o jej cichym śmiechu, o dłoniach ugniatających ciasto na pierogi, o opowieściach, których nigdy nie dokończyła. A potem o tym drugim mężczyźnie ze zdjęć. Kim był? Dlaczego babcia nigdy o nim nie wspomniała?
Rano obudziła się wcześnie. Włożyła krótkie dżinsowe spodenki i białą bokserkę na ramiączkach – bez stanika, bo w domu była sama i upał nie dawał tchu. Włosy związała w luźny kok. Przygotowała kawę i postawiła na stole talerz z drożdżówkami kupionymi w przydrożnym sklepie.
O ósmej pięćdziesiąt usłyszała warkot starego diesla. Z okna kuchni zobaczyła ciemnoniebieskiego pickupa. Z kabiny wysiadł wysoki mężczyzna.
Mateusz był dokładnie taki, jak sugerował jego głos – i jednocześnie silniejszy w realu. Metr osiemdziesiąt pięć, szerokie bary, ręce umięśnione od wieloletniej pracy. Krótko obcięte ciemne włosy z pojedynczymi siwymi pasemkami przy skroniach. Dwudniowy zarost. Opalenizna na szyi i przedramionach. Ubrany w wyblakłe dżinsy opinające mocne uda i szarą, trochę za ciasną koszulkę, która wyraźnie rysowała klatkę piersiową i brzuch. W dłoniach trzymał dużą torbę narzędziową.
Podszedł pewnym krokiem. Gdy stanął przed nią na ganku, ich spojrzenia się spotkały. Jego oczy były ciemne, prawie czarne, intensywne, ale spokojne. Patrzył prosto, bez owijania w bawełnę.
– Dzień dobry – powiedział niskim głosem. Wyciągnął rękę.
Dłoń była duża, szorstka, ciepła. Uścisk pewny, ale nie miażdżący. Ewa poczuła, jak skóra na skórze zostawia po sobie ślad ciepła.
– Ewa. Wejdź, proszę.
W środku pokazała mu meble. Mateusz poruszał się cicho, z szacunkiem. Dotknął krawędzi stołu, przesunął palcami po rzeźbieniu, jakby przywitał się ze starym drewnem. Ewa stała kilka kroków dalej i patrzyła. Na jego kark, na to, jak koszulka napięła się między łopatkami, gdy się schylił. Na żyły na przedramionach, gdy uniósł krzesło, by obejrzeć spód.
– To solidny dąb – stwierdził. – Da się to uratować. Będzie wyglądał jak nowy, tylko piękniejszy.
Przez cały dzień pracował na ganku, gdzie było więcej światła i lekki przewiew. Ewa próbowała sprzątać w środku – wycierała kurze, sortowała stare książki – ale co chwilę znajdowała powód, by wyjść. Przyniosła mu szklankę zimnej wody z cytryną. Gdy podawała mu ją, ich palce się zetknęły przy podaniu. Trwało to może pół sekundy, ale Ewa poczuła, jakby prąd przeszedł jej przez rękę prosto do brzucha.
– Dziękuję – powiedział cicho i spojrzał jej w oczy. W jego spojrzeniu było coś więcej niż tylko uprzejmość.
W kolejne dni rytuał się utrwalił. Mateusz przyjeżdżał rano, pracował do szesnastej, czasem dłużej. Czasem zostawał na obiad – Ewa gotowała proste, wiejskie rzeczy: rosół z kury, ziemniaki z koperkiem, sałatkę ze świeżych pomidorów. Rozmawiali. On mało, ale konkretnie. Opowiedział, że warsztat przejął po ojcu, że ma dwudziestojednoletnią córkę, która studiuje w Białymstoku i przyjeżdża co weekend. Żona odeszła sześć lat temu – „poszła do miasta, a ja zostałem tu z drzewem”.
Ewa opowiadała o Warszawie, o projektach, o tym, jak rzadko ma czas usiąść i po prostu oddychać. Im dłużej on tu był, tym bardziej czuła, że jego obecność wypełnia dom czymś, czego wcześniej brakowało. Zapachem drewna, farb i jego skóry. Sposobem, w jaki poruszał się wokół mebli – precyzyjnie, prawie czule.
Pewnego popołudnia, gdy termometr za oknem pokazywał trzydzieści jeden stopni, Ewa postanowiła zająć się strychem. Weszła po stromych, skrzypiących schodach z latarką i rękawicami. Strych był gorący jak piec – pachniał starym drewnem, kurzem, suszonymi ziołami i myszami. Walizki, pudła, stare krzesła bez siedzeń, rama łóżka oparta o belkę.
W najdalszym kącie, pod grubą belką, stała ciężka skrzynia z kutym zamkiem. Ewa uklękła i spróbowała ją otworzyć. Zamek był zardzewiały, wieko nie drgnęło. Pociągnęła mocniej – nic.
– Mateusz! – zawołała w dół. – Możesz przyjść na chwilę? Mam zablokowaną skrzynię.
Usłyszała jego kroki na schodach. Wsunął głowę przez właz, a potem wszedł cały – musiał się mocno schylić pod belkami. W małej przestrzeni strychu nagle zrobiło się ciasno. Czuła jego ciepło, zapach potu zmieszanego z drewnem i mydłem.
Uklęknęli razem przy skrzyni. Jego ramię musnęło jej ramię. Skóra na skórze, gorąca i wilgotna od potu.
– Daj zobaczyć – powiedział. Głos był cichy, blisko jej ucha.
Pracował ostrożnie – śrubokręt, delikatne uderzenia małego młotka, by nie uszkodzić starego metalu. Ewa patrzyła na jego dłonie. Silne, zręczne, z widocznymi żyłami i odciskami. Palce poruszały się precyzyjnie, prawie czule. Gdy się schylił, jego koszulka uniosła się i zobaczyła pas opalonej skóry nad paskiem dżinsów.
W końcu zamek ustąpił z metalicznym trzaskiem. Wieko otworzyło się z jękiem starego drewna.
W środku, na dnie, leżał spory pęk pożółkłych kopert związanych wyblakłą czerwoną wstążką. Obok kilka czarno-białych fotografii.
Ewa wyciągnęła listy. Na jednej z kopert rozpoznała pismo babci – eleganckie, pochylone litery. Otworzyła pierwszą. Data: wrzesień 1943.
„Mój najdroższy,
nie mogę przestać myśleć o wczorajszej nocy w stodole. Jak przyszedłeś mokry od deszczu, jak mnie objąłeś tak mocno, że aż zabrakło mi tchu. Pamiętasz, jak wsunąłeś dłonie pod moją sukienkę? Jak muskałeś moje piersi, a potem zsunąłeś się niżej? Jak Twoja dłoń znalazła drogę między moimi udami, a ja byłam już cała mokra i rozpalona? Wsunąłeś we mnie dwa palce i poruszałeś nimi tak długo, aż zadrżałam cała i musiałam przygryźć Twoją szyję, by nie krzyczeć. A potem… kiedy położyłeś mnie na sianie i wszedłeś we mnie – mocno, głęboko, trzymając mnie za biodra – myślałam, że umrę z rozkoszy. Chcę tego znowu. Chcę czuć Cię w sobie, wypełniającego mnie całego, aż do samego końca.”
Ewa poczuła, jak policzki płoną. Serce biło tak mocno, że słyszała je w uszach. To były listy miłosne babci. Ale nie do dziadka. Do kogoś innego. Namiętne, szczegółowe, wprost opisujące ciała, wilgoć, penetrację, orgazmy.
Spojrzała na Mateusza. On patrzył na nią spokojnie, ale w jego oczach coś drgnęło.
– To listy babci – powiedziała cicho. – Z wojny. Do… kogoś.
– Zabierz je – odparł po prostu. – Przeczytaj w spokoju. Ja tu posprzątam.
Gdy schodzili ze strychu, jego dłoń na moment spoczęła na jej talii, by ją podtrzymać na stromych schodach. Uścisk był krótki, ale palce przycisnęły się przez cienką tkaninę bokserki. Ewa poczuła, jak całe ciało jej się napina.
Wieczorem, gdy Mateusz odjechał, Ewa wzięła listy do sypialni. Zapaliła lampkę na nocnym stoliku. Włożyła tylko lekką, bawełnianą koszulę nocną – bez majtek. Upał był nie do zniesienia. Usiadła na łóżku babci, oparła się o wezgłowie i zaczęła czytać.
Każdy kolejny list był bardziej śmiały. Babcia opisywała spotkania w lesie, w stodole, raz nawet w domu, gdy dziadek był daleko. Szczegóły: jak kochał się z nią godzinami, jak używał języka między jej nogami, aż dochodziła wielokrotnie, jak prosiła go o więcej, jak lubiła, gdy był szorstki, gdy brał ją od tyłu, trzymając za włosy, gdy wsuwał palec w jej odbyt, gdy wypełniał ją swoim nasieniem i kazał jej trzymać nogi uniesione, żeby „zostało w niej jak najdłużej”.
Ewa czytała, a jej ciało reagowało natychmiast. Sutki stwardniały i pocierały o cienką tkaninę koszuli. Między nogami zrobiło się gorąco, wilgotno, napuchnięto. Nie mogła się powstrzymać.
Jedną ręką trzymała list, drugą wsunęła między uda. Palce znalazły już wilgotną, nabrzmiałą szczelinę. Zaczęła powoli okrężnymi ruchami masować łechtaczkę, czytając opis, jak babcia klęczała na sianie, a silny mężczyzna wchodził w nią od tyłu, wbijając się głęboko przy każdym pchnięciu.
Wyobraźnia podsuwała obrazy. Młoda babcia, rozpięta sukienka, rozchylone uda. I nagle twarz mężczyzna w wyobraźni Ewy zmieniła się – zamiast nieznanego kochanka zobaczyła Mateusza. Jego ciemne oczy, jego zarost na jej szyi, jego silne dłonie na jej biodrach.
Ewa przyspieszyła ruchy. Wsunęła dwa palce do środka, głęboko, symulując penetrację. Oddychała coraz szybciej, cicho pojękiwała. „Tak… głębiej…” szepnęła do siebie, czytając kolejny fragment listu, w którym babcia opisywała, jak dochodziła tak mocno, że straciła przytomność na kilka sekund.
Orgazm nadszedł falami – długi, mocny, długo tłumiony. Ciało się napięło, nogi zadrżały, a mokre palce poruszały się jeszcze przez chwilę, wyciskając ostatnie dreszcze. Ewa leżała potem dysząc, z rozchylonymi udami, wpatrując się w sufit. Serce waliło jak oszalałe. Między nogami czuła ciepłą wilgoć na prześcieradle.
Co się ze mną dzieje? – pomyślała. To tylko stare listy. I ten cichy stolarz z silnymi, zręcznymi dłońmi…
Następnego dnia, gdy Mateusz przyszedł rano, Ewa patrzyła na niego zupełnie inaczej. Na jego usta, gdy pił kawę. Na to, jak zginają się jego kolana, gdy kuca przy meblu. Na zarys jego krocza w dżinsach, gdy się schylał, by podnieść narzędzie. Na to, jak pot spływa mu po szyi i znika pod koszulką.
Gdy podawała mu dłuto, ich dłonie się zetknęły – i tym razem nie cofnęła ręki od razu. Trzymała ją ułamek sekundy dłużej, czując szorstkość jego skóry.
On spojrzał na nią. W jego ciemnych oczach coś błysnęło – zrozumienie, ciekawość, a może coś więcej.
– Dziś ma być burza – powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. – Wieczorem. Lepiej pozamykać okna.
– Tak – odparła Ewa. Głos jej drżał lekko. – Lepiej.
Wieczorem, sama w łóżku, czytała kolejny list. I znowu jej dłoń zeszła niżej. Tym razem nie wyobrażała sobie anonimowego kochanka z przeszłości. Wyobrażała sobie Mateusza – jego ciało nad swoim, jego ręce na swoich piersiach, jego twardy członek wchodzący w nią powoli, głęboko, na starym łóżku babci, podczas gdy za oknem szaleje burza.
*****
Dni płynęły leniwie, jak gęsty miód spływający po starej desce. Upał nie ustępował – wręcz gęstniał, wisiał w powietrzu ciężką, wilgotną kołdrą. Mateusz przyjeżdżał co rano, a Ewa już nie udawała, że sprząta. Częściej niż nie patrzyła, jak pracuje. Jego dłonie na drewnie stały się dla niej czymś w rodzaju hipnozy. Widziała, jak palce przesuwają się po gładkiej powierzchni po szlifowaniu, jak delikatnie nakładają wosk, jakby głaskały skórę. Czasem, gdy się schylał, koszulka unosiła się i odsłaniała pas opalonej, napiętej skóry nad paskiem dżinsów. Widziała wtedy cienką linię włosów schodzącą niżej i musiała odwracać wzrok, bo czuła, jak robi jej się gorąco między nogami.
Pewnego popołudnia pomogła mu przyciąć deskę. Stali blisko siebie przy warsztacie na ganku. Ona trzymała drewno, on prowadził piłę. Jego pierś była tuż za jej plecami, czuła ciepło jego ciała i zapach – drewno, pot, mydło i coś jeszcze, co było tylko jego. Gdy skończyli, nie cofnął się od razu. Jego dłoń spoczęła na chwilę na jej biodrze, jakby przypadkiem, ale palce przycisnęły się przez cienką tkaninę spodenek. Ewa zamarła. Serce waliło tak mocno, że była pewna, iż on to słyszy.
– Dziękuję – powiedział cicho, blisko jej ucha. Głos miał niższy niż zwykle.
Spojrzała przez ramię. Ich twarze były bardzo blisko. Wystarczyłoby się pochylić. Ale on tylko przez chwilę patrzył jej w oczy – ciemne, głębokie, pełne czegoś, czego nie potrafiła nazwać – i cofnął się.
Wieczorami czytała listy. Leżała naga na łóżku babci, okna otwarte, tylko komarówka chroniła przed owadami. Światło lampki padało na pożółkłe kartki. Babcia pisała coraz śmielej. Jeden z listów opisywał noc, gdy kochali się w lesie podczas burzy – dokładnie takiej, jaka zapowiadała się teraz. „Leżeliśmy na płaszczu, deszcz bębnił o liście, a on wchodził we mnie powoli, patrząc mi w oczy, jakby chciał mnie zapamiętać na zawsze. Każdy pchnięcie było jak ślubowanie. Dochodziłam cicho, gryząc jego ramię, a on szeptał moje imię jak modlitwę.”
Ewa czytała to i jej palce same schodziły między uda. Była już mokra, zanim dotknęła łechtaczki. Wyobrażała sobie Mateusza zamiast tamtego mężczyzny. Jego silne ciało nad sobą, jego oczy wpatrzone w jej twarz, jego członek wchodzący w nią głęboko, podczas gdy burza huczy na zewnątrz. Orgazmy przychodziły szybko, ostro, zostawiając ją drżącą i jeszcze bardziej głodną.
Napięcie między nimi rosło jak burzowe chmury na horyzoncie. Wymieniali dłuższe spojrzenia. Przypadkowe dotknięcia trwały dłużej. Raz, gdy podawała mu szklankę, ich palce splotły się na moment i żadne nie puściło od razu. Ewa czuła, jak sutki twardnieją pod cienką bluzką. Wiedziała, że on to widzi.
Wieczór, w którym wszystko się zmieniło, nadszedł nagle.
Było już po siedemnastej, gdy niebo pociemniało tak bardzo, jakby ktoś narzucił na nie ciężką, granatową tkaninę. Wiatr zerwał się gwałtownie, szarpał koronami drzew, wdzierał się do domu przez otwarte okna. Mateusz był jeszcze w środku – kończył woskowanie jednej z krzeseł. Ewa stała w kuchni i patrzyła przez okno, jak pierwsze grzmoty przetaczają się nad polami.
– Powinieneś zostać – powiedziała, gdy światło zgasło nagle z cichym trzaskiem. Prąd padł. Dom pogrążył się w półmroku.
– Mam latarkę w aucie – odparł Mateusz, ale nie ruszył się od razu.
– Na strychu jest stara lampa naftowa babci – powiedziała Ewa. Głos jej drżał lekko. – I… chcę ci coś показать. Listy. Tam jest więcej światła przy oknie dachowym.
Poszli razem po stromych schodach. Ona niosła starą lampę naftową, którą znalazła w kredensie, on – swoją latarkę. Na strychu było gorąco i duszno, ale gdy zapalili lampę, ciepłe, migoczące światło rozlało się po belkach i starych przedmiotach. W kącie stało stare łóżko babci – drewniana rama, materac przykryty starym kocem, który Ewa wcześniej tam wniosła, gdy sprzątała.
Usiedli na nim. Burza rozszalała się na dobre. Deszcz bębnił o dach jak setki małych bębnów. Błyskawice co chwilę oświetlały strych na ułamek sekundy – ich twarze, dłonie, nagie ramiona Ewy pod cienką bluzką.
Ewa otworzyła pęk listów. Czytała na głos fragmenty. Głos jej drżał, ale czytała dalej – opisy dotyku, wilgoci, penetracji, orgazmów, sekretnych spotkań w stodole i lesie podczas wojny. Gdy skończyła, podniosła wzrok na Mateusza.
On patrzył na nią długo, w milczeniu. Błyskawica oświetliła jego twarz – napiętą, piękną w tym świetle.
– Mój dziadek – powiedział w końcu cicho, prawie szeptem. – To był on. Mój dziadek był tym mężczyzną z listów. Rodziny wiedziały. Nigdy nie mówiły. Babcia twoja i dziadek mój… spotykali się potajemnie przez lata. Nawet po wojnie, czasem. To była ich tajemnica. I nasza.
Ewa poczuła, jak coś w niej pęka i jednocześnie łączy się na nowo. Dwie rodziny. Dwie miłości. Sekret, który trwał przez dekady i teraz trafił w ich ręce.
Mateusz wyciągnął dłoń i delikatnie dotknął jej policzka. Palec był szorstki od pracy, ale dotyk ciepły i pewny.
– Nie wiem, co to znaczy – powiedział. – Ale czuję to samo co ty.
Ewa pochyliła się pierwsza. Ich usta spotkały się powoli, prawie nieśmiało na początku – suchy dotyk, potem wilgotny, głęboki. Język Mateusza przesunął się po jej wardze, a ona otworzyła usta szerzej, wpuszczając go. Pocałunek stał się głodny, ale nie chaotyczny. Powolny. Świadomy.
Jego dłonie zsunęły się na jej biodra, przyciągnęły bliżej. Ewa usiadła okrakiem na jego kolanach, czując przez dżinsy twardnienie jego członka. Pocałunki schodziły niżej – na szyję, na obojczyk. On ściągnął jej bluzkę przez głowę. Jej piersi wyskoczyły na wolność, sutki stwardniałe. Mateusz pochylił głowę i wziął jeden sutek do ust – ciepły, wilgotny język, delikatne ssanie, potem zęby. Ewa jęknęła cicho, głaszcząc jego krótkie włosy.
Rozbierał ją powoli, jakby rozpakowywał coś cennego. Zdjął jej spodenki i majtki. Gdy zobaczył ją nagą w migotliwym świetle lampy – gładką skórę, krągłe biodra, wilgotną szczelinę między udami – westchnął głęboko.
– Jesteś piękna – powiedział prosto. Bez poetyckich ozdobników. Po prostu.
Ewa zdjęła jego koszulkę. Jego tors był umięśniony, z bliznami po pracy – jedna na żebrach, druga przy obojczyku. Pocałowała je wszystkie. Potem rozpięła mu dżinsy. Jego członek wyskoczył na wolność – gruby, twardy, żyłkowany, z kroplą preejakulatu na czubku. Ewa objęła go dłonią, przesunęła powoli w górę i w dół. Mateusz westchnął, odchylając głowę.
Położyli się na starym łóżku. Burza huczała na zewnątrz, deszcz lał jak z cebra, pioruny rozświetlały ich ciała co kilka sekund. Mateusz uklęknął między jej udami i pochylił głowę. Język dotknął jej łechtaczki – ciepły, szeroki, pewny. Lizał powoli, okrężnymi ruchami, potem wsunął język głębiej, smakując jej wilgoć. Ewa wygięła się w łuk, jedną ręką trzymając się ramy łóżka, drugą jego włosy. Doszła pierwszy raz szybko – cicho, drżąc całym ciałem, ściskając jego głowę udami.
Nie dał jej odpocząć. Wsunął dwa palce do środka, kręcąc nimi, znajdując czuły punkt. Jednocześnie ssał łechtaczkę. Drugi orgazm był silniejszy – krzyknęła jego imię, a on nie przestawał, aż zadrżała cała.
Potem ona wzięła go do ust. Uklękła na łóżku, objęła wargami jego członek, wzięła go głęboko, tak głęboko, jak mogła. Mateusz jęczał cicho, trzymając ją za włosy – nie szarpał, tylko prowadził. Gdy poczuł, że jest blisko, delikatnie ją odsunął.
– Chcę być w tobie – powiedział.
Położył ją na plecach. Spojrzał jej w oczy, gdy wchodził w nią powoli, centymetr po centymetrze. Był gruby – rozciągał ją przyjemnie, wypełniał całkowicie. Ewa objęła go nogami za biodra, przyciągając głębiej. Gdy wszedł do końca, oboje westchnęli jednocześnie.
Zaczęli się kochać powoli. Każdy pchnięcie było głębokie, świadome. Patrzyli sobie w oczy. Błyskawice oświetlały ich twarze – jego napiętą szczękę, jej otwarte usta. On szeptał jej imię. Ona szeptała „tak… tak… głębiej…”. Poruszali się w rytmie burzy – wolno, potem szybciej, potem znowu powoli, jakby chcieli przedłużyć tę chwilę jak najdłużej.
Zmienili pozycję. Ona na górze – jeździła na nim, kołysząc biodrami, jego dłonie na jej piersiach, kciuki na sutkach. Doszła trzeci raz, drżąc nad nim, a on przytrzymał ją mocno za biodra, nie przestając poruszać się w niej.
Na końcu położył ją znowu na plecach, wszedł głęboko i przyspieszył. Doszedł z cichym, stłumionym jękiem, zalewając ją ciepłym nasieniem. Pozostał w niej przez chwilę, oparty na łokciach, patrząc jej w oczy.
Burza powoli cichła. Deszcz stawał się równomierny, grzmoty oddalały się.
Leżeli przytuleni na starym łóżku babci, owinięci starym kocem. Mateusz gładził jej ramię. Ewa miała głowę na jego piersi, słuchała bicia jego serca.
– To było… – zaczęła.
– Jak zamknięcie i otwarcie jednocześnie – dokończył cicho. – Jak oni chcieliby.
Pocałował ją w czoło. Nie rozmawiali więcej. Nie musieli.
*****
Rankiem światło było miękkie, złotawe. Burza oczyściła powietrze – pachniało świeżością, mokrą ziemią i sosnami. Ewa obudziła się pierwsza. Mateusz spał obok niej na starym łóżku, jedną rękę miał przerzuconą przez jej biodro. Był nagi, ciepły, realny. Na jego ramieniu widziała lekkie zadrapania od jej paznokci. Na swoich udach czuła ślady jego palców.
Wstała cicho, owinęła się kocem i zeszła na dół. Zaparzyła kawę na gazie – prąd wciąż nie wrócił. Gdy wróciła na strych z dwoma kubkami, Mateusz już siedział, oparty o wezgłowie. Patrzył na nią spokojnie, z tym samym intensywnym spojrzeniem co zawsze, tylko teraz było w nim coś nowego – miękkość.
Pili kawę w milczeniu. Nie było niezręczności. Było… zrozumienie.
– Muszę dokończyć krzesła – powiedział w końcu. – Dwa jeszcze zostały.
– Zostań na śniadanie – odparła. – Potem dokończysz.
Zjedli na ganku – jajka sadzone, pomidory z ogrodu, chleb z masłem. Słońce grzało, ale już nie duszno. Ptaki śpiewały głośno po burzy. Od czasu do czasu ich dłonie spotykały się przy sięganiu po chleb. Żaden nie cofał ręki od razu.
Pracował jeszcze trzy godziny. Ewa chodziła po domu – dotykała mebli, które już wyglądały inaczej, nowocześniej i jednocześnie bardziej „swoje”. Myślała o babci. O listach. O tym, co wydarzyło się w nocy. Nie żałowała. Czuła raczej… wdzięczność. Jakby stara miłość dała im pozwolenie na własną.
Gdy skończył, umył ręce w zlewie na ganku. Stała obok niego.
– Nie wiem, co teraz – powiedziała cicho. – Dom… miałam go sprzedać. Ale teraz…
Mateusz wytarł ręce w szmatkę. Spojrzał na nią.
– Masz życie w Warszawie. Ja mam tu warsztat, córkę co weekend, swoje drzewo. Nie proszę o nic. Ale… jeśli będziesz chciała przyjechać znowu… drzwi zawsze otwarte.
Pocałował ją. Długo, powoli, bez pośpiechu. Nie było w tym obietnicy. Było tylko „teraz”.
Gdy odjeżdżał swoim starym pickupem, Ewa stała na ganku. Samochód toczył się powoli po żwirowej drodze. Mateusz nie machał. Po prostu spojrzał w lusterko wsteczne – raz, drugi. Ewa patrzyła, jak znika za zakrętem.


