Szept cienia

Zaproszenie przyszło w czarnej kopercie, bez nadawcy. W środku karton o fakturze papieru czerpanego i jedna linia: Fabryka przy torach. Sobota, dwudziesta. Jedna osoba. Cisza. Na dole tłoczona pieczęć — oko przekreślone pionową kreską. Lena miała dwadzieścia osiem lat, prowadziła małe biuro projektowe i od trzech tygodni nie mogła przestać myśleć o tym, kto wysyła takie rzeczy ludziom, których nigdy nie spotkał. Wzięła taksówkę na skraj miasta.

Szept cienia
Szept cienia

Hala stała między martwymi torami a rdzawym płotem. Szyby powybijane, cegła czarna od sadzy, nad bramą resztka neonu, który dawno nie świecił. Drzwi były uchylone. W środku pachniało olejem, kurzem i zimnym metalem. Żadnego biletera, żadnej widowni. Tylko wąski korytarz ze światłem tak słabym, że Lena widziała własne dłonie dopiero, gdy uniosła je do twarzy.

Weszła głębiej.

Hala była ogromna. Słupy, suwnica pod sufitem, betonowa posadzka popękana jak stara skóra. W centrum ktoś rozstawił niskie platformy i lustra, ale lustra były ustawione tak, by nie odbijać twarzy — tylko linie ciała, tylko światło. Z góry spływały wąskie wiązki: biała, bursztynowa, jedna czerwona jak rozżarzony drut. Reszta tonęła w czerni.

On już tam był.

Stał na środku, nagi do pasa, w czarnych, obcisłych spodniach, które obciągały biodra i krocze. Twarz zakrywała maska: matowa, bez otworów na oczy, tylko szczelina na usta. Nie odezwał się. Nie skinął. Po prostu uniósł dłoń i wskazał jej miejsce na platformie.

Lena zdjęła płaszcz. Pod spodem miała czarną sukienkę na ramiączkach i buty na obcasie, które na betonie stukały zbyt głośno. Weszła na platformę. Serce biło jej w gardle, ale nie odwróciła się do wyjścia.

On podszedł.

Nie od razu jej dotknął. Najpierw krążył. Światło przesuwało się za nim, jakby ktoś w ukryciu prowadził reflektory. Cień jego ciała kładł się jej na piersi, na brzuchu, między uda. Gdy stanął blisko, poczuła ciepło skóry i zapach: czysty pot, wosk, metal. Dłoń uniósł i zatrzymał milimetr od jej szyi. Czekał.

Lena przełknęła i skinęła.

Palce osiadły na tętnie. Kciuk przetarł linię żuchwy, zsunął ramiączko. Drugie ramiączko. Sukienka opadła do pasa. Nie miała stanika. Sutki stwardniały od zimna hali i od tego, że on patrzył — choć oczu nie było widać. Pochylił się i oddychał na piersi, nie całując. Ciepłe powietrze, potem język. Jeden, wolny ruch dookoła otoczki. Potem drugi sutek. Zęby musnęły, nie ugryzły.

Lena złapała go za nadgarstek. On nie cofnął się. Drugą ręką zsunął sukienkę całkiem. Została w stringach i butach. Dłoń wsunął między jej uda, od zewnątrz, gładząc skórę aż do krocza. Materiał stringów był już ciemny. Palcem przesunął po szczelinie przez koronkę, raz, dwa, aż Lena rozstawiła nogi sama.

Światło zmieniło się na bursztynowe. On ukląkł.

Rozdarł stringi na bok, nie zdejmując ich. Język wszedł od razu — płaski, mokry, od wejścia w górę, na łechtaczkę, znowu w dół. Lena sapnęła. Dźwięk rozleciał się po hali i wrócił echem. On nie przyspieszał. Lizał ją tak, jakby składał ją z powrotem: wolne okrążenia, ssanie, czubek języka wciskany w szparę, nos przy wzgórku. Palce rozchyliły ją. Wsunął dwa. Mokro, ciasno. Wygiął je do przodu, znalazł punkt i masował od środka, nie przestając lizać.

Lena trzymała się jego barku. Orgazm nadszedł za szybko, za ostro — kolana miękkie, sok na jego brodzie, jęk, którego nie zdążyła stłumić. On nie oderwał ust. Lizał dalej, łagodniej, aż drżenie minęło, potem mocniej, aż zaczęła się kręcić biodrami, niepewna, czy chce, żeby przestał, czy żeby nigdy nie wstawał.

Wstał. Rozpiął spodnie. Kutas twardy, ciemny od krwi, wilgotny na żołędzi. Lena nie czekała na znak. Uklękła na betonie, zimnym i szorstkim, i wzięła go do ust. Głęboko. Ślina spłynęła po brodzie, po szyi, na piersi. On położył dłoń na jej głowie, nie wpychając, tylko prowadząc rytm. Światło z góry kładło się na jej włosach, na mokrych wargach, na tym, jak rozciągały się wokół niego. Co kilka ruchów wyjmował się, tarł żołędzią po jej języku, po policzku, po sutku, i wracał do ust.

Potem podniósł ją.

Położył na niskiej platformie, na wznak. Nogi rozchylone, pięty na krawędzi. Wszedł jednym, długim pchnięciem. Lena wygięła się. Był gruby, gorący, wypełniał ją do oporu. Nie ruszał się przez kilka sekund — tylko oddychał, maska nachylona nad jej twarzą, szczelina ust prawie na jej ustach. Potem zaczął.

Wolno. Głęboko. Każde pchnięcie aż po nasadę, biodra uderzały o jej uda, mokry odgłos niósł się po hali. Lena owijała go nogami. On uniósł jej biodra, zmienił kąt, tarł od środka dokładnie tam, gdzie przed chwilą były palce. Drugą ręką ściskał pierś, kciuk na sutku, potem zsunął dłoń między nich i pocierał łechtaczkę w rytm pchnięć.

Doszła drugi raz, głośniej, zaciskając się na nim tak mocno, że musiał zwolnić, żeby nie skończyć. Nie skończył. Wyciągnął się, odwrócił ją na brzuch, uniósł biodra i wszedł od tyłu. Jeszcze głębiej. Lena oparła czoło na platformie, palce wpięte w drewno. On nachylił się, jedna dłoń na jej karku, druga pod brzuchem, na łechtaczce. Rytm twardszy. Skóra o skórę. Czasem wyjmował się całkiem, czekał, aż sama się cofnie, szukając go, i wbijał z powrotem.

Światło stało się czerwone. Cienie tańczyły na ścianach — ich ciała, powiększone, zniekształcone, jakby ktoś inny pieprzył się obok, wielki i bez twarzy.

Wyciągnął się znowu. Posadził ją okrakiem na swoich udach, sam siedząc na krawędzi. Lena opuściła się na niego, jęknęła, gdy wszedł do końca. Kołysała się. On trzymał ją za pośladki, rozchylał, kciukiem muskał jej odbyt, nie wchodząc jeszcze. Pocałował ją przez szczelinę maski — język, ślina, zęby. Lena zdjęła mu maskę do połowy, zobaczyła usta, brodę, nic więcej. On pozwolił. Potem sam zsunął maskę z powrotem.

Wstał z nią na rękach, nie wychodząc. Przystawił ją do słupa. Beton zimny na plecach, on gorący w środku. Pchał szybko, krótko, aż Lena drapała go po plecach i doszła trzeci raz, z płaczem prawie, nogi bezwładne.

Położył ją na posadzce, na własnym płaszczu, który ktoś — on — musiał tam wcześniej rzucić. Rozchylił jej nogi szeroko, polizał ją znowu, dokładnie, zbierając wszystko, co z niej spłynęło. Potem odwrócił się, klęknął nad jej twarzą i opuścił biodra. Lena otworzyła usta. Pieprzył jej usta od góry, wolno, pozwalając oddychać, ślina spływała jej do skroni. Dłońmi rozchylał sobie pośladki, jakby chciał, żeby widziała wszystko. Lena sięgnęła i wsunęła mu palec do odbytu. On sapnął pierwszy raz — niski, stłumiony dźwięk — i pchnął głębiej w gardło.

Zmienił pozycję. Położył się na wznak. Lena usiadła mu na twarzy, tyłem, i pochyliła się po jego kutasa. Lizał ją od dołu, wsuwał język w dziurkę, ssał łechtaczkę, broda mokra. Ona ssala, dławiąc się, ślina nitkami na jego brzuchu. Gdy był blisko, odepchnął ją, odwrócił, wsadził z powrotem między nogi i doszedł w niej, głęboko, z drżeniem, które poczuła aż w macicy. Nie wyciągnął się od razu. Pulsował. Lena zaciskała się na nim, wydymając z niego resztę.

Jeszcze nie skończyli.

On wytarł ją dłonią i wsunął mokre palce jej do ust. Potem odwrócił ją na bok, uniósł górną nogę i wszedł znowu — wolniej, gęściej, bo była pełna jego nasienia. Druga dłoń wędrowała po jej piersi, po gardle, po wargach. Lena ssała mu kciuk. Światło wróciło do bieli, ostre, bezlitosne. Widać było wszystko: jak się rozciąga, jak cieknie po udzie, jak jej brzuch drga przy każdym pchnięciu.

Kazał jej klęczeć przy lustrze. Lustro nie pokazywało twarzy — tylko tors, biodra, to, jak wchodzi w nią od tyłu. Lena patrzyła na własne sutki, na mokre spojenie, na jego dłoń na jej brzuchu. On przyspieszył. Uderzenia krótkie, twarde. Doszedł drugi raz, wyciągając się w ostatniej chwili i spluwając strumieniem na jej pośladki, na krzyż, na plecy. Lena sięgnęła do tyłu i wtarła to w skórę, potem wsunęła palce w siebie, mieszając.

Usiadł za nią na posadzce, przyciągnął jej plecy do swojej piersi. Dwie ręce między jej nogami: jedna w środku, trzy palce, druga na łechtaczce. Lizał ją po szyi, po uchu, przez maskę. Lena rozstawiła uda, oparła głowę na jego ramieniu i doszła czwarty raz, długa, mokra fala, aż zakryła mu dłoń.

Leżeli w ciszy. Hala była wielka i pusta. Gdzieś kapała woda. On nie zdjął maski. Pogładził ją tylko od kolana do pachy, jakby składał spektakl do końca: światło, cień, ciało, które przestało być widzem.

Lena wstała pierwsza. Sukienka była zbyt zniszczona, założyła płaszcz na gołe ciało. Stringi zostały na betonie. On podniósł je, wsunął do kieszeni spodni. Nadal ani słowa.

Przy wyjściu, w korytarzu, zatrzymał ją dłonią na nadgarstku. Przykładał jej palce do swoich ust, pocałował kostki, potem puścił.

Na zewnątrz deszcz. Taksówka czekała, jakby ktoś ją zamówił.

W kopercie, którą Lena znalazła rano w swojej skrzynce, nie było adresu. Tylko nowa karta i ta sama pieczęć. Inna data. Inne miejsce.

I jedna linia, wytłoczona głębiej niż poprzednio:

Znowu jedna. Znowu cisza.


Epilog

Rano światło w mieszkaniu było zwyczajne. Szare, miejskie, bez wiązek i bez cienia większego niż ten, który kładł kaloryfer na ścianie. Lena obudziła się naga pod kołdrą, z udami zlepionymi, z wyczuwalnym ciągle rozciągnięciem między nogami, jakby ciało nie dostało jeszcze wiadomości, że spektakl się skończył. Przez chwilę leżała nieruchomo i słuchała. W hali było echo. Tutaj tykał tylko zegar w kuchni i ktoś za ścianą spuszczał wodę.

Wstała. W lustrze w łazience miała na szyi ślad — nie siniak, raczej przetarcie, jak od kciuka trzymanego zbyt długo. Sutki ciemniejsze niż zwykle, wrażliwe, gdy ocierały się o ręcznik. Między wargami sromowymi nadal było ślisko, nie od prysznica, którego jeszcze nie wzięła. Usiadła na desce i sikała z rozstawionymi kolanami, patrząc w dół, na to, jak cienka nitka jego nasienia, resztka, której nie zlizał do końca, miesza się z moczem. Zacisnęła mięśnie. Poczuła go znowu — grubość, ciepło, to pchnięcie aż po nasadę przy słupie.

Nie umyła się od razu.

Wróciła do łóżka. Żaluzje zostawiła wpół. Położyła się na wznak, tak jak na platformie, i rozstawiła nogi. Powietrze dotknęło jej krocza i aż wciągnęła oddech. Palce prawej ręki położyła najpierw na brzuchu, nie między nogi. Gładziła skórę, schodząc wolno, jak on krążył wokół niej, zanim pozwolił sobie na kontakt. Przypomniała sobie maskę nad twarzą, szczelinę ust, oddech na sutku, który nie był jeszcze pocałunkiem.

Kciukiem musnęła łechtaczkę przez złączone wargi. Raz. Cienki impuls. Rozchyliła się. Była spuchnięta, śliska, wejście miękkie i otwarte po nocy. Wsunęła palec. Potem drugi. Sok chlusnął na kostki, głośniej, niż się spodziewała. W hali ten dźwięk niósł się po betonie. Tutaj został w pokoju, mały, wstydliwy, i właśnie dlatego mocniejszy.

Zamknęła oczy.

Zobaczyła suwnicę. Czerwone światło na własnych piersiach. Jego dłonie rozchylające jej pośladki, kciuk przy odbycie, nie wchodzący jeszcze. Poczuła znowu, jak klęczy na zimnej posadzce i bierze go do gardła, jak ślina spływa na piersi, jak on wyjmuje się i tarze żołędzią po jej języku. Wsunęła sobie trzeci palec. Biodra uniosły się same. Rytm był ten sam, który on narzucił przy stole — nie, przy platformie — głęboki, wygięty do przodu, szukający tego miejsca od środka.

Drugą ręką ścisnęła pierś. Paznokieć musnął sutek. Jęknęła. W mieszkaniu było cicho, więc jęk wydawał się nieprzyzwoity, za głośny na niedzielny poranek. Nie przestała. Przypomniała sobie, jak siedziała mu na twarzy, jak jego język wchodził w nią od dołu, jak broda była mokra, jak sama dławiła się jego kutasem, ślina nitkami na jego brzuchu. Przyspieszyła palce. Kciuk tarł łechtaczkę krótko, twardo, tak jak on pocierał ją, gdy pieprzył od tyłu i trzymał dłoń pod jej brzuchem.

Doszła za szybko.

Skurcz był ostry, mokry, z pluskiem na nadgarstek. Lena wygięła kark, zęby zaciśnięte, i jeszcze kilka razy pchnęła palce, dojąc resztę. Nie wyjęła ich. Leżała z rozwartymi udami, oddychając przez usta, i czuła, jak serce uderza jej w srom.

To nie wystarczyło.

Przewróciła się na brzuch. Podłożyła pod biodra poduszkę, uniosła tył, policzek na prześcieradle. Teraz była jak przy słupie i jak na stole w tamtym domu, którego już nie było — nie, w hali. Wsunęła palce znowu, od tyłu, kciukiem masując odbyt, mokry od tego, co z niej spłynęło. Drugą ręką sięgnęła pod siebie do łechtaczki. Kołysała się na własnych dłoniach. Przypomniała sobie lustro, które nie pokazywało twarzy, tylko to, jak się rozciąga, jak cieknie po udzie. Przypomniała sobie drugi orgazm w niej, gęsty, głęboki, i ten moment, gdy wyciągnął się i splunął na jej krzyż. Wtarła wtedy nasienie w skórę. Teraz wtarła własny sok w pośladek i wcisnęła czubek palca do odbytu.

Jęk był inny. Niższy.

Pieprzyła się sama, twardo, wyobrażając sobie, że to on stoi za nią, maska, cisza, tylko oddech i uderzenia bioder. W hali nie wolno było mówić. Tutaj też nic nie powiedziała. Tylko sapała w poduszkę, ślina na poszewce, piersi ocierające się o prześcieradło. Palce schodziły się w środku — trzy w pochwie, jeden w tyłku — i łechtaczka pod kciukiem była twarda, wystająca, prawie boląca.

Drugi orgazm nadszedł wolniej i zalał ją całkiem. Nogi zeszły się, potem rozeszły, stopy wpięte w materac. Wypłynęło z niej tyle, że poczuła ciepłą smugę aż do kolana. Została w tej pozie, palce w środku, i pulsowała jeszcze długo, wspominając, jak on nie wychodził od razu, jak zostawiał w niej ciepło i ciężar.

Po chwili przetoczyła się na bok. Wyjęła dłoń. Oblizała palce, jeden po drugim, dokładnie, tak jak on zbierał ją językiem z posadzki. Smak był słony, kwaśny, jej i jego, zmieszany z pamięcią o oleju i kurzu hali.

Wstała dopiero, gdy zegar w kuchni wybił jedenastą. Wziąła prysznic, ale wodę puściła letnią, nie gorącą, żeby nie zmyć do końca tego wrażenia rozwarcia. W skrzynce na dole leżała już nowa czarna koperta. Lena wiedziała o tym, jeszcze zanim zeszła. Nie otworzyła jej od razu.

Najpierw usiadła przy stole w szlafroku, bez bielizny, i wsunęła dłoń znowu między nogi, już tylko lekko, gładząc to, co było nadal spuchnięte i mokre. Uśmiechnęła się do pustego mieszkania, cicho, prawie bez głosów…

Oceń opowiadanie:

5 / 5. Ocen: 743

OmeTV.pl - Polski Video Czat Poznaj nowe osoby z całej Polski na www.OMETV.pl