Bieszczady o tej porze roku potrafiły być piękne i zdradliwe jednocześnie. Ola, dziewiętnastoletnia studentka turystyki, od samego rana szła z szeroko otwartymi oczami. Wakacyjny kurs przewodnicki był dokładnie tym, o czym marzyła — prawdziwe góry, prawdziwi ludzie, prawdziwa praca. A Tomek… Tomek był dokładnie tym przewodnikiem, o jakim szeptały wszystkie dziewczyny na kursie.

Tomek prowadził grupę od pierwszego dnia. Dwudziestoletni, lokalny chłopak, który góry znał jak własną kieszeń. Wysoki, barczysty, z ciemnymi, lekko falującymi włosami i zielonymi oczami, które potrafiły być jednocześnie spokojne i przenikliwe. Miał niski, ciepły głos i ręce — duże, silne, a jednocześnie delikatne, gdy poprawiał komuś uprząż czy pomagał pokonać śliski odcinek.
Pierwszego wieczoru przy ognisku Ola siedziała naprzeciwko niego. Śmiali się z jakiejś głupiej historii o zgubionym turyście. Ich spojrzenia spotkały się przez płomienie. Coś wtedy między nimi zaiskrzyło — coś więcej niż tylko uprzejmość. Tomek patrzył na nią dłużej niż trzeba, a Ola czuła, jak policzki jej płoną. Następnego dnia, gdy szli przez polanę, podał jej rękę na stromym fragmencie. Palce splątały się na chwilę dłużej, niż było to konieczne. Ona poczuła ciepło idące od jego dłoni prosto do brzucha.
Trzeciego dnia pogoda była idealna — słońce, lekki wiatr, widoki zapierające dech. Grupa była w dobrym humorze. Tomek opowiadał o historii bieszczadzkich baców, a Ola słuchała z otwartymi ustami. Co chwilę zerkała na jego profil, na to, jak koszula opina się na jego klatce piersiowej, gdy gestykulował. On też na nią patrzył — ukradkiem, ale wystarczająco często, żeby zauważyła.
A potem niebo się załamało.
Było około czwartej po południu. Słońce zniknęło za chmurami tak nagle, jakby ktoś zgasił światło. Wiatr się wzmógł, a chwilę później spadł deszcz — najpierw drobny, potem ulewa, która zamieniła szlak w rwący potok. Grupa się rozproszyła. Krzyki, pośpiech, błoto chlupoczące pod butami. Tomek złapał Olę za rękę i pociągnął za sobą.
— Trzymaj się mnie! Nie puszczaj!
Szli może dwadzieścia pięć minut w kompletnym chaosie. Deszcz siekł po twarzy, kurtki przemokły na wylot, buty tonęły w błocie. Ola potknęła się dwa razy, Tomek za każdym razem łapał ją w talii, przyciągając do siebie na chwilę. Czuła jego twarde ciało pod mokrą kurtką, jego oddech przy uchu.
— Jest tu gdzieś stara chata pasterska — krzyknął przez ryk burzy. — Pamiętam ją z dzieciństwa. Musimy tam dotrzeć!
Znaleźli ją, gdy już myśleli, że nogi odmówią posłuszeństwa. Niska, drewniana chata wciśnięta w zbocze tuż przy przełęczy. Dach porośnięty grubą warstwą mchu, ściany z ciemnego, pociemniałego drewna, jedno małe okno zapchane deskami. Wyglądała na opuszczoną od lat — dawniej służyła bacom i juhasom, którzy pilnowali owiec na halach. Teraz stała pusta, zapomniana, ale wciąż stała.
Tomek pchnął drzwi. Zaskrzypiały jak w horrorze. W środku było sucho — na tyle, na ile pozwalała góra. Pachniało wilgocią, starym drewnem, resztkami siana i czymś zwierzęcym, co zostało tu dawno temu. Podłoga z grubych desek, po lewej kamienne palenisko z resztkami popiołu, po prawej długa ławka i kilka worków z sianem. W kącie leżała stara derka i pusta butelka po bimbrze. Nic więcej. Ale to wystarczyło.
Ola weszła za nim, cała drżąca. Woda ściekała z niej strumieniami. Blond włosy przyklejone do policzków, kurtka ociekająca, polarowa bluza przywarła do ciała jak druga skóra. Zęby szczękały tak mocno, że bolało.
Tomek zatrzasnął drzwi i przez chwilę stali w milczeniu. Tylko deszcz bębnił o dach jak setki małych bębnów.
— Jesteśmy… sami — wyszeptała Ola, ocierając twarz drżącą dłonią.
— Na razie tak — odpowiedział Tomek. Głos miał niski, uspokajający. — Grupa pewnie zeszła niżej, do schroniska. Jak burza przejdzie, znajdziemy ich. Albo oni nas. Na razie musimy się rozgrzać. Inaczej naprawdę będzie źle.
Usiadł na ławce i zaczął rozsznurowywać buty. Ola zrobiła to samo, ale ręce jej drżały. Zdjęła kurtkę i położyła na podłodze. Bluzę też — była przemoczona. Została w cienkim, mokrym staniku i spodniach. Sutki sterczały przez materiał, twarde od zimna. Czuła, jak Tomek na nią patrzy, ale nie odwracał wzroku.
— Twoja bluza też jest mokra — powiedział cicho. — I spodnie. Musimy zdjąć wszystko, co przemokło. Mam w plecaku suchą koszulę i polar. Podzielimy się.
Ola skinęła głową. Serce biło jej jak szalone. Nie tylko z zimna.
Tomek podszedł do niej powoli. Wyciągnął ręce do suwaka jej kurtki — już zdjętej, ale leżącej na podłodze. Nie. Złapał za rąbek jej bluzy.
— Pozwól — szepnął. — Pomogę ci.
Palce chwyciły materiał i powoli, bardzo powoli ściągnęły bluzę w górę. Mokry polar kleił się do skóry. Gdy materiał przechodził przez głowę, jego dłonie musnęły jej boki, potem żebra, potem dolną krawędź stanika. Ola wciągnęła gwałtownie powietrze. Ten dotyk był celowy. Ciepły. Elektryzujący.
Bluza wylądowała na desce. Tomek patrzył na nią — na mokry stanik, na pełne piersi, na drżenie brzucha. Nie odwracał wzroku.
— Jesteś… piękna — powiedział po prostu. Głos mu się załamał.
Pochylił się i pocałował ją. Najpierw delikatnie — usta ciepłe, miękkie, smakujące deszczem. Potem głębiej. Języki się splątały. Ola odpowiedziała natychmiast, palce wplatając w jego mokre włosy. Ciało przylgnęło do jego. Poczuła twardy garb w jego spodniach przyciśnięty do jej brzucha.
Tomek odpiął stanik i zdjął go powoli. Piersi Ola wyskoczyły na wolność — ciężkie, pełne, z różowymi sutkami twardymi jak kamienie. On schylił głowę i wziął jeden do ust. Ssanie było mocne, język krążył wokół sutka, zęby delikatnie przygryzały. Ola jęknęła głośno, głowa opadła do tyłu.
— Tomek… o Boże…
Jego dłoń zsunęła się niżej. Rozpiął jej spodnie, zsunął je razem z majtkami w dół. Cipka Ola była już mokra — gorąca, śliska, nabrzmiała. Dwa grube palce wślizgnęły się w nią bez oporu. Zacisnęła się wokół nich, jadąc biodrami.
— Jesteś taka mokra… — wychrypiał przy jej uchu. — Cała dla mnie, mimo tego zimna.
Pieścił ją powoli — palce wsuwały się głęboko, kciuk okrążał łechtaczkę, potem szybciej, mocniej. Ola doszła pierwszy raz stojąc — trzęsąc się, paznokcie wbijając mu w ramiona, cichy krzyk w jego usta.
Tomek nie przestał. Uklęknął przed nią, podniósł jedną nogę i zarzucił sobie na ramię. Język dotknął jej cipki — gorący, mokry, pewny. Lizał powoli, ssąc łechtaczkę, wsuwał język głębiej, palce pracowały wewnątrz. Ola doszła drugi raz — głośno, nogi się pod nią ugięły, soki spływały mu po brodzie.
Wstał. Szybko rozebrał się sam. Koszula, spodnie, bokserki. Jego kutas wyskoczył na wierzch — gruby, długi, żyły nabrzmiałe, główka błyszcząca od preejakulatu. Ola spojrzała na niego i przełknęła ślinę.
— Chodź tu — powiedział cicho, głos szorstki z pożądania.
Ułożył ją na starej ławce, podłożył pod tyłek suchą koszulę z plecaka. Sam uklęknął między jej nogami. Wziął kutasa w rękę i powoli, centymetr po centymetrze, wsuwał się w nią. Była ciasna. Gorąca. Mokra jak po deszczu. Ściany cipki zaciskały się wokół niego, ssąc go w głąb.
— Kurwa… jaka jesteś ciasna — jęknął. — Idealna.
Zaczął się poruszać — powoli na początek, głęboko, aż do samego końca. Każdy pchnięcie odbijało się echem w pustej chacie. Deszcz lał na zewnątrz, a wewnątrz słychać było tylko ich oddechy, jej jęki i mokre, soczyste dźwięki ich ciał.
Tomek chwycił ją za biodra i podniósł wyżej, wchodząc pod innym kątem. Uderzał w jej punkt G z każdym ruchem. Ola doszła trzeci raz — spazmatycznie, paznokcie wbijając mu w plecy, imię wykrzykując w przestrzeń.
Nie przestał. Odwrócił ją na brzuch, uklęknął za nią i wszedł od tyłu — głęboko, mocno, rytmicznie. Jedną ręką trzymał ją za biodro, drugą sięgnął pod nią i pocierał łechtaczkę. Druga ręka złapała ją za włosy, delikatnie, ale stanowczo. Ola dochodziła czwarty raz, gdy on wreszcie wypełnił ją gorącym, gęstym nasieniem — pulsując głęboko w jej wnętrzu, jęcząc jej imię przy uchu.
Upadli na ławkę, spleceni, spoceni, dyszący. Deszcz wciąż lał, ale w chacie było ciepło — od ich ciał, od ognia, który w nich płonął.
Tomek pocałował jej kark, głaszcząc mokre włosy.
— Jesteś niesamowita — szepnął.
Ola odwróciła się w jego ramionach i pocałowała go powoli, głęboko.
— Jeszcze nie skończyliśmy — powiedziała z uśmiechem.
Wstała, popchnęła go na ławkę i usiadła na nim okrakiem. Wzięła jego wciąż półtwardego kutasa do ręki i wsunęła w siebie. Zaczęła jeździć — powoli na początek, potem szybciej, kręcąc biodrami w kółko, łechtaczką ocierając się o jego wzgórek łonowy. Piersi podskakiwały przed jego twarzą. Tomek chwycił je obiema rękami, ściskając, ssąc sutki na zmianę.
Doszedł drugi raz — głęboko w niej, podczas gdy ona dochodziła piąty. Upadła na niego, dysząc.
Leżeli tak długo, ciała lśniące od potu i deszczu, który przedostał się przez szpary w dachu. Deszcz na zewnątrz zaczął słabnąć. W chacie pachniało seksem, mokrym drewnem i nimi dwojgiem.
Tomek przykrył ich derką, którą znalazł w kącie. Przyciągnął Olę do siebie, jej głowa na jego piersi.
— Jutro znajdziemy grupę — powiedział cicho, głaszcząc jej plecy. — Ale dziś… zostańmy tu. Całą noc.





