Późne lato w sanatorium

Zofia siedziała na ławce w Parku Zdrojowym, trzymając szklankę zimnej wody „szczawy”. Bąbelki musowały spokojnie, a ona powoli sączyła płyn, czując, jak chłodna mineralna woda łagodzi jej gardło. Miała 68 lat i od pięciu lat była wdową. Jej mąż Jan zmarł na raka płuc po długiej, wyczerpującej walce. Została sama w krakowskim mieszkaniu pełnym książek, wspomnień i ciszy, która czasem wydawała się nie do zniesienia. Bóle kręgosłupa, które męczyły ją od lat, stały się tak silne, że lekarz rodzinny stanowczo zalecił turnus rehabilitacyjny w Krynicy-Zdroju. Przyjechała tu z nadzieją na ulgę w ciele i z lekkim niepokojem – samotna starsza kobieta wśród innych samotnych starszych ludzi.

Późne lato w sanatorium
Późne lato w sanatorium

Obserwowała park. Para emerytów szła powoli aleją, trzymając się za ręce. Inny starszy pan z laską kulał w stronę pijalni. Zofia westchnęła. Pięć lat bez męskiego dotyku, bez ciepła ciała obok siebie w nocy, bez tego specyficznego poczucia, że ktoś ją pragnie. Czasem w nocy budziła się mokra między nogami, śniąc o dawnych czasach, ale orgazm samemu nigdy nie dawał prawdziwej ulgi.

Nagle obok niej usiadł mężczyzna z laską. Zofia od razu go rozpoznała – to był Władysław, emerytowany górnik, którego widziała już kilka razy w jadalni sanatorium. Wysoki, barczysty, z siwymi włosami przystrzyżonymi krótko i twarzą pokrytą głębokimi bruzdami oraz bliznami. Miał 72 lata, ale w jego ciemnych oczach wciąż płonęła jakaś niespożyta iskra.

„Też na zaległości z PRL-u?” – zapytał z ciepłym, lekko zachrypniętym uśmiechem, wskazując na jej szklankę.

Zofia parsknęła śmiechem – szczerym, takim, jakiego sama od siebie nie słyszała od lat. „Nie, panie… Władysławie, prawda? Na bóle kręgosłupa. A pan?”

„Właśnie tak. Stawy biodrowe i kolana – pamiątka po trzydziestu pięciu latach na dole. Lekarz kazał mi tu przyjechać, bo inaczej będę chodził jak zardzewiały kombajn.” Uśmiechnął się szerzej. „A pani… Zofia, tak? Widziałem panią w jadalni. Siedzi pani zawsze prosto, z książką w ręku albo z tym spokojnym spojrzeniem.”

Rozmawiali ponad godzinę. Władysław był bezpośredni, ale nie wulgarny – miał cięte riposty i poczucie humoru. Opowiedział o kopalni, o strajkach w 1980 roku, o tym, jak czuł się częścią czegoś wielkiego. Zofia słuchała z zainteresowaniem i opowiedziała o latach nauczania literatury, o mężu, o tym, jak po jego śmierci świat stał się cichy i szary.

„Czuję się czasem niewidzialna” – przyznała cicho.

Władysław spojrzał jej prosto w oczy. „Niewidzialna? Pani Zofio, ja pana widzę od pierwszego dnia. Ma pani w oczach coś… żywego. I ten śmiech… jak się pani śmieje, to człowiekowi robi się ciepło na sercu.”

Zofia zaczerwieniła się. Serce zaczęło bić szybciej. Nie czuła tego od śmierci Jana. To nie była tylko grzeczność – to była iskra pożądania, subtelna, ale wyraźna. Rozmawiali dalej o książkach, o zdrowiu, o samotności. Władysław przyznał wprost: „Trzy lata nie miałem kobiety. Ostatnia to była taka sama samotna wdowa jak ja. Było… miło, ale bez ognia. Ja potrzebuję czegoś więcej.”

Zofia spojrzała mu w oczy. „Ja pięć lat. I czasem… czasem śnię i budzę się mokra.”

Słońce chyliło się ku zachodowi. „Jutro spacer na Górę Parkową?” – zaproponował Władysław. „Widok jest piękny. O dziesiątej przy wejściu?”

Zofia skinęła głową. „Dobrze.”

Następnego dnia Zofia obudziła się wcześnie. W pokoju sanatoryjnym starannie wybrała ubranie: wygodne buty, spódnicę do kolan i sweter z lekkim dekoltem. Upięła siwe włosy w luźny kok. Serce biło jej z podniecenia, którego nie czuła od dekad.

Spotkali się o 10:00. Władysław wyglądał schludnie – koszula w kratę, dżinsy, laska. Spacer wiódł stromą ścieżką przez las. Szli powoli, zatrzymując się co jakiś czas, żeby odpocząć. Władysław pomagał jej na trudniejszych odcinkach, podając rękę. Jego dłoń była szorstka, ciepła, silna. Kiedy Zofia potknęła się o korzeń, chwycił ją mocno za łokieć i przytrzymał przy sobie dłużej niż trzeba. „Uważaj, piękna pani” – powiedział cicho. Zofia poczuła ciepło rozchodzące się od tej dłoni w dół, do brzucha, do łona, które nagle zaczęło pulsować.

Dotarli na szczyt i usiedli na ławce z widokiem na całą Krynicę. Władysław odwrócił się do niej. „Ma pani piękne oczy” – powiedział, głos niski i szorstki. „Jak dwa jeziora, w których można utonąć.”

Pocałował ją powoli, ale z głęboką pasją. Jego usta były ciepłe, język delikatnie eksplorował jej usta. Zofia jęknęła cicho, dłonie zacisnęły się na jego karku. Jego dłoń wsunęła się pod sweter i chwyciła jej pierś – pełną, wciąż jędrną, z sutkiem natychmiast twardniejącym pod szorstkim palcem. Całowali się długo, oddychając ciężko.

„Chodźmy do mnie” – szepnął Władysław w jej ucho. „Nie chcę, żeby to się skończyło na ławce.”

Zofia nie protestowała. W jego głosie była pewność, ale też delikatność.

W jego pokoju w pawilonie sanatoryjnym drzwi zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem. Ubrania zdejmowali powoli, z szacunkiem dla swoich ciał. Zofia zobaczyła jego ciało – szerokie barki pokryte bliznami po wypadkach w kopalni, klatka piersiowa wciąż mocna, ale z siwymi włosami i miękkim brzuchem, biodra i nogi silne, choć kolana nosiły ślady lat pracy. Jego członek był już półtwardy, gruby, ciężki, z wyraźnymi żyłami – nie tak sztywny jak u młodego mężczyzny, ale piękny w swojej dojrzałości.

„Już nie jestem taki jak dawniej” – powiedział Władysław trochę niepewnie, patrząc na nią.

Zofia podeszła, objęła go i pocałowała w pierś, nad blizną. „Mnie to nie obchodzi. Chcę Ciebie – całego, takiego, jaki jesteś.”

Ona też była naga – ciało miękkie w biodrach i brzuchu, piersi pełne i ciężkie, skóra na udach i brzuchu z delikatnymi zmarszczkami, ale cipka czysta, ogolona, pachnąca podnieceniem. Siwe włosy w kroczu były starannie przystrzyżone.

Władysław położył ją na łóżku delikatnie i uklęknął między jej nogami. Zaczynał lizać jej cipkę powoli, z wielką czułością i doświadczeniem. Język krążył wokół łechtaczki, ssąc ją delikatnie, potem wchodził głębiej, liżąc wilgotne fałdy. Palce jednej ręki wsunęły się do środka – powoli, ostrożnie – znajdując wrażliwe miejsca. Zofia jęczała cicho, wyginając plecy, ale nie za mocno – jej kręgosłup też miał swoje ograniczenia. „Tak… o Boże… tak mi dobrze…” – szeptała.

Orgazm nadszedł po dłuższym czasie – głęboki, falujący, pierwszy prawdziwy od pięciu lat. Jej ciało zadrżało, cipka skurczyła się wokół jego palców, sok spłynął na prześcieradło. „Władysław…!” – krzyknęła, zaciskając dłonie na jego ramionach.

On uniósł się, dysząc trochę ciężko – kolana trzeszczały, gdy się prostował. „Stary już ze mnie” – zaśmiał się cicho.

„Dla mnie jesteś idealny” – odpowiedziała Zofia, przyciągając go do siebie.

Władysław położył się na niej ostrożnie, podkładając poduszkę pod jej biodra, żeby nie obciążać jej pleców. Jego członek, już w pełni twardy, spoczywał na jej brzuchu. Wsunął się w nią powoli, centymetr po centymetrze, dając jej czas, żeby się do niego przyzwyczaiła. Zofia jęknęła z rozkoszy – była ciasna, ale bardzo mokra. On poruszał się w niej głęboko, rytmicznie, ale nie szybko – z siłą, na jaką pozwalały mu stawy i oddech. Każdy ruch był pełen czułości i pasji jednocześnie. „Jesteś taka… ciepła… mokra…” – szepnął, patrząc jej w oczy.

Zofia objęła go nogami (nie za mocno, żeby nie obciążać bioder), dłonie wpiła w jego plecy. Poruszali się razem powoli, głęboko, z długimi pocałunkami. Jej drugi orgazm nadszedł falami – cichszy, ale dłuższy, z łzami w oczach. „Nie przestawaj… proszę…”

W pewnym momencie Władysław musiał się zatrzymać na chwilę – złapał oddech, jego kolano trzasnęło. Zofia zaśmiała się delikatnie i pogłaskała jego policzek. „Oddychaj… mamy czas.”

Zmienili pozycję na bok – on za nią, w łyżeczkach – najwygodniejszą dla ich ciał. Wchodził w nią od tyłu powoli, jedną dłonią obejmując jej pierś, drugą trzymając za biodro. Nie ciągnął za włosy mocno – tylko delikatnie oplótł palce wokół siwych kosmyków i trzymał, szepcząc: „Jesteś taka piękna… moja Zosiu…”

Zofia jęczała cicho, popychając biodrami do tyłu, spotykając jego ruchy. Było wolno, głęboko, intymnie. Czuła każdy centymetr jego członka, każdy puls. Jej cipka chlupotała cicho przy każdym ruchu.

Władysław przyspieszył trochę, ale tylko na chwilę – potem znowu zwolnił, bo jego oddech stał się cięższy. „Zosiu… zaraz… nie dam rady dłużej…” – ostrzegł.

Wysunął się z niej ostrożnie, uklęknął przy jej głowie. „Otwórz usta, kochanie” – powiedział miękko, ale z rozkazującym tonem, który ją podniecał. Zofia posłusznie otworzyła usta szeroko, patrząc mu w oczy z głodem. On zaczął powoli masturbować nad jej twarzą – gruby, nabrzmiały członek pulsował w jego dłoni. Po chwili trysnął – grube, ciepłe strumienie spermy wylądowały na jej języku, wargach, podniebieniu i brodzie. „Połykaj wszystko…” – szepnął. Zofia połknęła posłusznie, smakując słoną, męską gęstość, liżąc główkę do ostatniej kropli, aż spłynęła jej po brodzie na szyję.

Leżeli potem obok siebie, dysząc, objęci. Zofia czuła, jak sperma spływa jej po brodzie. Jej ciało pulsowało, ale czuła też zmęczenie – i on też. Kolana bolały go trochę, jej plecy też dawały znać o sobie. Ale w oczach mieli szczęście.

Oceń opowiadanie:

4.1 / 5. Ocen: 11

OmeTV.pl - Polski Video Czat Poznaj nowe osoby z całej Polski na www.OMETV.pl