Mateusz żył w świecie, który sam dla siebie zbudował – świecie zapełnionym grami komputerowymi, serialami i cichymi marzeniami, które bał się nawet sformułować. Miał dziewiętnaście lat, ukończył właśnie technikum i jak na razie jego największym życiowym sukcesem było zdanie matury na dostatecznym poziomie. Mieszkał z rodzicami w trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie, w jednym z tych wielkich, bezdusznych bloków, które w latach dziewięćdziesiątych miały być symbolem nowej, lepszej Polski. Dla Mateusza były jednak symbolem pułapki. Pułapki samotności.

Był prawiczkiem. To słowo brzmiało w jego głowie jak wyrok, jak piętno, którego nie dało się zetrzeć. Jego przyjaciele z liceum opowiadali o swoich podbojach, o nocach spędzonych w łóżkach dziewczyn, o szalonej chemii między ciałami. On słuchał, kiwał głową i czuł, jak jego policzki płoną ze wstydu. Hormony buzowały w nim jak wulkan, gotowy do erupcji w każdej chwili. Czasem, w nocy, budził się spocony, z twardym jak skała penisem i walczył z pokusą. Wychowano go w duchu głębokiej katolickiej moralności. Masturbacja była grzechem, czystość ciała – cnotą. Każda próba zaspokojenia pożądania kończyła się atakiem wyrzutów sumienia, które potępiały go głośniej niż jakikolwiek ksiądz z ambony.
Dlatego starał się nie myśleć o seksie. Próbował odwracać uwagę, grać w gry, uczyć się, cokolwiek, byle tylko nie myśleć o cieple drugiego ciała, o dotyku kobiecych dłoni, o zapachu jej skóry. Ale to było jak próba powstrzymania przypływu. Im bardziej się starał, tym silniejsze były te myśli.
A potem była ona. Sąsiadka z naprzeciwka, pani Ewa.
Nie wiedział o niej wiele. Tyle, że mieszka tam od zawsze, że ma męża, który rzadko bywa w domu – podobno pracował jako kierowca międzynarodowy – i że wyglądała… zjawiskowo. Pani Ewa miała około czterdziestu trzech lat, ale jej ciało mówiło coś zupełnie innego. Wysoka, z krętymi biodrami, pełnym biustem, który zawsze podkreślała dopasowanymi bluzkami czy swetrami. Miała długie, ciemne włosy, które często związywała w luźny kok, odsłaniając smukłą szyję. Ale to jej oczy były najbardziej hipnotyzujące – duże, ciemne, z iskrą nieokiełznanej energii i łobuzerskiego uśmiechu, który zawsze witała go na klatce schodowej.
– Dzień dobry, Mateuszu – mówiła zawsze swoim niskim, ciepłym głosem, a on czuł, jak cała jego krew spływa do genitaliów. – Jak leci?
– Dziękuję, dobrze – odpowiadał, starając się nie patrzeć na dekolt jej bluzki. – U pani też wszystko w porządku?
– A jakże, zawsze w porządku – śmiała się, a jej śmiech brzmiał jak dźwięk dzwonków.
Te krótkie spotkania były dla niego jednocześnie rajem i piekłem. Rajem, bo mógł na nią patrzeć, wąchać jej perfumy, słyszeć jej głos. Piekłem, bo każde takie spotkanie kończyło się godzinami spędzonymi w łóżku, z twardym penisem i walką z pokusami, które niemal go rozrywały. Marzył o niej. Wyobrażał sobie jej dotyk, jej usta, jej nagie ciało pod swoim. Te myśli były tak silne, że bał się, że któregoś dnia po prostu wybuchnie na jej oczach.
Dlatego też próbował szukać dziewczyny w swoim wieku. Umówił się nawet na randkę przez aplikację z dziewczyną o imieniu Ania. Poszli do kina, potem na spacer. Ona była miła, ładna, ale on nie mógł się skupić. Cały czas porównywał ją do pani Ewy. Ania była jak… napój gazowany. Pani Ewa była jak drogie, mocne wino. Pod koniec spaceru Ania wzięła go za rękę. On zamarł. Jej dłoń była miękka, ale czuł… nic. Pustkę. Cała jego namiętność, cały ogień, który kipiał w środku, był zarezerwowany dla kogoś innego. Dla kogoś, kogo nie mógł mieć. Randka zakończyła się niezręcznym uściskiem i obietnicą telefonu, której nigdy nie spełnił.
Pewnego wtorkowego popołudnia siedział w swoim pokoju i próbował zebrać się do nauki na studia, do których wcale nie chciał iść. Wpadł na pomysł, żeby po prostu wziąć rok przerwy i pójść do pracy, ale rodzice mieli co do tego inne zdanie. Nagle usłyszał ciche pukanie do drzwi mieszkania. Otworzył mu ojciec.
– Mateusz, jesteś proszony.
– Kto?
– Pani Ewa z naprzeciwka. Coś jej się z komputerem popsuło.
Serce Mateusza zatrzymało się na ułamek sekundy, a potem zaczęło bić jak szalone. Zerwał się z krzesła, czując, jak pot spływa mu po plecach. To nie mogło być prawdą. Ona. Prosi go o pomoc. W jej mieszkaniu.
– Już idę – rzucił przez zaciśnięte zęby.
Stanął przed drzwiami jej mieszkania i wziął głęboki oddech. Pukał tak cicho, że prawdopodobnie nikt by go nie usłyszał. Zapukał jeszcze raz, tym razem głośniej. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
Pani Ewa stała w progu. Miała na sobie szary, dopasowany dres, który jeszcze bardziej podkreślał jej krągłości. Włosy miała rozpuszczone i lekko wilgotne, jakby właśnie wyszła spod prysznica. Uśmiechnęła się swoim hipnotyzującym uśmiechem.
– Mateuszu, kochanie, uratujesz mnie? Mój piekielny laptop odmówił posłuszeństwa, a ja muszę wysłać ważnego maila.
– Jasne, proszę pani, postaram się – wydusił z siebie, czując, jak jego gardło staje się suche. – Co się z nim stało?
– Nie mam pojęcia. Po prostu włączyłam go, a on czarna dziura. Chodź, jest w salonie.
Wszedł do jej mieszkania. Pachniało jej perfumami, czymś słodkim i jednocześnie drapieżnym. Było tu czysto i przytulnie. Wszystko było na swoim miejscu, w przeciwieństwie do jego pokoju, który przypominał pole bitwy po wojnie z niewidzialnym wrogiem. Laptop stał na dużym, szklanym stole w salonie.
– No to, geniuszu, do dzieła – powiedziała, stawiając przed nim szklankę coli. – Będę w kuchni, jakbyś czegoś potrzebował. Daj znać.
Usiadł na fotelu, otworzył laptopa i zaczął działać. Sprawa okazała się prosta – jakiś błąd w sterownikach karty graficznej po aktualizacji systemu. Wiedział, co robić. Mógłby to naprawić w pięć minut. Problem polegał na tym, że nie mógł się skupić. Słyszał ją w kuchni – szumienie zmywarki, brzęk naczyń, jej ciche nucenie pod nosem. Każdy dźwięk był jak uderzenie młotem w jego rozpalone zmysły. Wyobrażał sobie, jak stoi przy zlewie, jak jej biodra kołyszą się w rytm muzyki, jak jej dłonie dotykają szklanek. Czuł, jak jego penis zaczyna twardnieć w spodniach, naprężając się wbrew jego woli. Próbował myśleć o kodowaniu, o sterownikach, o czemkolwiek, co mogłoby go odciągnąć od myśli o niej, ale to było jak próba gaszenia pożaru wodą sodową.
– Coś już, Mateuszu? – odwróciła się, stając w drzwiach do salonu. Miała w ręku marchewkę, którą chrupała z niezwykłą zmysłowością.
– Już, już prawie – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu. – Muszę tylko zrestartować system.
– Jesteś cudowny. Mąż mógłby się od ciebie uczyć, jakby w ogóle był w domu – rzuciła z lekkim grymasem zniecierpliwienia, po czym wróciła do kuchni.
To jej ostatnie zdanie było jak iskra do beczki ładunku. „Mąż”. Przypomniał sobie o jego istnieniu. O tym, że jest ona zajęta. Że to, co czuł, było grzechem nie tylko z punktu widzenia jego wychowania, ale i z punktu widzenia społecznego normy. Ale jego ciało nie dbało o normy. Jego ciało dbało tylko o jedną rzecz – o zaspokojenie pragnienia, które kipiało w nim od miesięcy, a może i lat.
Dokończył pracę i uruchomił komputer. Na ekranie pojawiło się logo systemu, a potem pulpit. Wszystko działało.
– Gotowe! – zawołał, czując ulgę, że jego męka wreszcie się skończy.
– Już?! – wypadła z kuchni, podchodząc do niego i pochylając się nad jego ramieniem, by spojrzeć na ekran. – Jesteś niesamowity! Co bym bez ciebie zrobiła?
Jej oddech był ciepły na jego szyi. Pachniała colą i czymś jeszcze, czymś unikalnie jej. Jej włosy musnęły jego policzek. To było za wiele. Czuł, jak jego penis staje się twardy jak stal, jak pulsuje w rytm jego serca, które waliło jak młot. Przesunął się na fotelu, próbując ukryć swój wzwód, ale było już za późno.
Ona to zobaczyła.
Jej wzrok zatrzymał się na jego kroczu na ułamek sekundy. Nie wykrzyknęła, nie cofnęła się z przerażeniem. Jej usta drgnęły w niemal niewidocznym uśmiechu. W jej oczach pojawił się ten łobuzerski błysk, który tak bardzo go fascynował. Wstała i stanęła przed nim.
– Widzę, że moja wdzięność nie jest jedyną rzeczą, która jest dziś twarda – powiedziała cicho, a jej głos był teraz jeszcze niższy, jeszcze bardziej seksowny.
Mateusz zamarł. Czuł, jak ziemia otwiera się pod jego nogami. Czerwieniał tak mocno, że czuł, jak jego uszy płoną. Chciał się wyrwać, uciec, zapaść się pod ziemię.
– Ja… ja… przepraszam, ja nie… – bełkotał, nie znajdując słów.
Pani Ewa nie pozwoliła mu dokończyć. Uklękła przed nim. Jej dłonie, pewne i spokojne, znalazły sposób do jego spodni. Rozpięła pasek, a potem zamek. Jej palce były delikatne, ale jej ruchy były zdecydowane. Wsunęła rękę do jego bokserki i dotknęła jego gorącego, pulsującego kutasa.
– Ojej – wyszeptała, gdy go objęła. – Aleś ty chłopak wyrosnął. I chyba bardzo głodny, co?
Mateusz jęknął cicho. To było pierwsze dotknięcie kobiety. Pierwszy raz, kiedy jej dłoń była tam, gdzie on sam bał się dotknąć. Czuł, jak fala gorąca rozlewa się po jego całym ciele, jak jego mięśnie napinają się do granic możliwości. Patrzył na nią zszokowany, z otwartymi ustami, nie wierząc w to, co się dzieje.
A ona zaczęła go walić.
Jej ruchy były rytmiczne, pewne, doświadczone. Poruszała dłonią w górę i w dół, delikatnie ściskając żołądź, a potem znowu zwalniając. Jej wzrok był skupiony na jego twarzy, obserwując każdą jego reakcję, każdy jęk, każdy drżący oddech. On leżał bezsilnie na fotelu, oddając się tej nowej, niezwykłej przyjemności. Nie myślał już o grzechu, nie myślał o mężu, nie myślał o wstydzie. Istniał tylko jej dotyk, tylko jej dłoń, tylko fala ekstazy, która unosiła go coraz wyżej i wyżej.
– Proszę pani, ja… – wyszeptał, czując, że jest bliski.
– Ewa – poprawiła go, nie przerywając ruchów. – Mów mi Ewa. I nie mów nic. Po prostu się oddawaj.
I on oddał się. Zamknął oczy i puścił wodzę fantazji. Wyobrażał sobie jej nagie ciało, jej usta na jego, jej biodra kołyszące się nad nim. Jej dłoń przyspieszyła, a jej druga dłoń zaczęła delikatnie masować jego jądra. To było za wiele. Czuł, jak coś pęka w środku, jak fala rozkoszy zalewa go z każdej strony. Jego ciałem wstrząsnął potężny skurcz, a potem drugi, i trzeci. Wytrysnął głośno jęcząc, a jego sperma rozlała się po jej dłoni i o jego spodnie.
Leżał bezwładnie, dysząc ciężko, próbując ochłonąć. Otworzył oczy i zobaczył ją, która wstała i szła w stronę łazienki. Wróciła po chwili z wilgotną chusteczką i podała mu ją.
– Wyczyść się – powiedziała spokojnie, jakby nic się nie stało. – To jak skończysz, to leć do siebie. Ja muszę szykować dla męża obiad, bo niedługo wróci.
Mateusz wziął chusteczkę z drżącymi rękami. Patrzył na nią, nie rozumiejąc. Co to było? Dlaczego? Co teraz? Ale jej twarz była jak maska – spokojna, obojętna, jakby właśnie pomogła mu zanieść zakupy, a nie dała mu pierwszy w życiu orgazm.
– Ale… ja… – próbował coś powiedzieć.
– Spokojnie, Mateuszu. To był tylko mały prezent za uratowanie komputera. Nie myśl o tym za dużo – powiedziała, odwracając się i wracając do kuchni. – I już, idź, bo mi mąż przyjedzie i poczujesz się niezręcznie.
Zrozumiał. To wszystko była dla niej tylko zabawa. Mały, przyjemny przerywnik w nudnym dniu. On był tylko narzędziem, które użyła i teraz wyrzucała, jak przestarzałą zabawkę.
Wstał, poprawił spodnie i wyszedł.





