Po ostatnim pisemnym egzaminie maturalnym cała nasza paczka z liceum w końcu odetchnęła. Było nas jedenastu – ja, Paweł, Kasia, Ania, Tomek, Marta, Kuba, Ola i reszta. Ognisko rozpaliliśmy na dużej łące za wsią, tuż przy granicy posesji Kasi. Było już po dwudziestej drugiej, niebo czarne, usiane gwiazdami, a w powietrzu unosił się zapach dymu, piwa i wolności. Nikt nie musiał się już uczyć. Nikt nie musiał się stresować. Byliśmy wolni.

Kasia siedziała na kocu obok mnie. Miała na sobie luźną białą bluzkę z dekoltem w serek i krótką jeansową spódniczkę, która odsłaniała długie, gładkie nogi. Jej kasztanowe włosy, zwykle starannie związane, dziś falowały luźno na plecach. Wzrokiem modelowej uczennicy – tej, która zawsze miała piątki i chodziła z plecakiem pełnym książek – patrzyła teraz na ogień z błyskiem, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Ulga. I coś jeszcze. Coś gorącego.
Paweł, mój najlepszy kumpel z sąsiedztwa, siedział po drugiej stronie ogniska. Wysoki, dziewiętnastoletni, z szerokimi barkami i umięśnionymi ramionami od trzech lat na siłowni. Ciemne włosy, niebieskie oczy, które dziś nie odrywały się od Kasi. Znaliśmy się od zawsze. Razem chowaliśmy się w stodole na posesji jej rodziców, gdy byliśmy dziećmi. Udawaliśmy piratów, żołnierzy, czasem całowaliśmy się „na próbę” w wieku dziesięciu lat – szybko i niezdarnie, a potem udawaliśmy, że to nic nie znaczyło.
Dziś wszystko było inne.
Wypiłem trzecie piwo. Kasia też. Potem czwarte. Śmiech stawał się głośniejszy, piosenki pod gitarą bardziej pijackie. Tomek opowiadał o tym, jak prawie zemdlał na maturze z angielskiego. Wszyscy ryczeli ze śmiechu. Kasia pochyliła się do mnie i szepnęła:
– Pamiętasz, jak w tej stodole bawiliśmy się w chowanego? Bałam się wtedy ciemności, a ty mnie trzymałeś za rękę.
– Pamiętam – odpowiedziałem. – A teraz nie boisz się już niczego, co?
Spojrzała na mnie długo. Jej oczy były ciemne od ognia i od czegoś innego.
– Nie wiem… może jeszcze trochę się boję. Ale nie tego.
Paweł wstał, podszedł i wyciągnął do niej rękę.
– Chodź, przewietrzymy się. Tylko my dwoje. Chcę ci coś powiedzieć.
Kasia spojrzała na mnie. Uśmiechnąłem się i machnąłem ręką – idź. Wiedziałem. Wszyscy wiedzieli. Napięcie między nimi wisiało w powietrzu od miesięcy.
Odeszli ścieżką w stronę jej domu. Ja zostałem przy ognisku, ale serce mi waliło. Wiedziałem, dokąd idą. Do stodoły. Tej samej, w której bawiliśmy się jako dzieci.
Kasia szła przodem, Paweł tuż za nią. Po trzech piwach jej kroki były lekko chwiejne, ale kroki zdecydowane. Kiedy dotarli do drewnianej bramy posesji, Paweł złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
– Kasia… – powiedział cicho. – Nie mogę już udawać. Od roku patrzę na ciebie i chcę cię. Po tej cholernej maturze… czuję, że wszystko się zmieniło. Chcę cię teraz. Tu.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Przycisnął ją do wysokiej, chłodnej ściany stodoły. Drewno było szorstkie, pachniało żywicą i starym sianem. Jego usta znalazły jej usta – dziko, głodno, z całą ulgą po miesiącach stresu i niewypowiedzianych słów. Języki splątały się natychmiast. Kasia jęknęła w jego usta i objęła go za szyję.
Paweł całował ją tak, jakby chciał ją pożreć. Jedna ręka wplątała się w jej włosy, druga zsunęła się na biodro, potem pod spódniczkę. Palce wsunęły się pod cienką koronkę majtek i znalazły już mokrą, gorącą szczelinę.
– Jesteś cała mokra… – wyszeptał z niedowierzaniem i podnieceniem. – Dla mnie?
– Tak… – sapnęła Kasia. – Cały czas. Od kiedy zaczęliśmy się tak patrzeć.
Rozpiął jej bluzkę. Stanik był biały, prosty, szkolny – i tym bardziej podniecający. Zsunął go jednym ruchem. Piersi Kasi wypadły na wolność – pełne, ciężkie, z różowymi, już twardymi sutkami. Paweł schwycił jedną dłońmi, pochylił głowę i wziął sutek do ust. Ssał mocno, językiem okrążał, lekko gryzł. Kasia wygięła się w łuk, przycisnęła jego głowę do piersi.
– O Boże… Paweł…
Jego palce tymczasem pracowały między jej nogami. Jeden, potem dwa wsunęły się głęboko w jej ciasną, gorącą cipkę. Pompował nimi powoli, kciukiem masował nabrzmiałą łechtaczkę. Soki spływały mu po dłoni. Kasia dyszała głośno, poruszała biodrami w rytm jego palców.
– Chcę cię… – wysapała. – Chcę cię w sobie. Teraz.
Paweł odsunął się na chwilę, zrzucił koszulkę. Jego tors lśnił w świetle księżyca – szeroka klatka, twardy brzuch, ciemna smuga włosów schodząca w dół. Rozpiął spodnie i wyciągnął kutasa. Był duży – gruby, długi, z nabrzmiałą, purpurową główką i widocznymi żyłami. Już cały wilgotny od preejakulatu.
Kasia uklękła na sianie. Wzięła go obiema dłońmi i bez wahania wsunęła do ust. Ssała głęboko, językiem liżąc spód, gardło pracowało. Paweł złapał ją za głowę i delikatnie poruszał biodrami, wchodząc głębiej. Kasia krztusiła się lekko, ale nie przestawała – oczy miała wilgotne, ale pełne pożądania.
– Kurwa… jaka jesteś dobra… – jęknął.
Po chwili podniósł ją, odwrócił twarzą do ściany stodoły i uniósł spódniczkę. Majtki zsunął do kostek. Przycisnął się do niej od tyłu. Główka kutasa oparła się o wejście do jej cipki.
– Powiedz, że chcesz – wyszeptał jej do ucha.
– Chcę… pieprz mnie, Paweł. Rżnij mnie mocno.
Wsadził w nią jednym płynnym ruchem. Kasia krzyknęła – mieszanka bólu i rozkoszy. Był gruby, rozciągał ją do granic. Ale była taka mokra, że wszedł głęboko. Zaczęli rżnąć – mocno, głęboko, bez litości. Drewniana ściana stodoły trzeszczała przy każdym pchnięciu. Jego jądra uderzały o jej pupę. Jedną ręką masował jej łechtaczkę, drugą ściskał pierś.
Kasia dochodziła pierwsza. Ciało jej zadrżało, cipka zacisnęła się wokół niego rytmicznie, soki trysnęły na jego uda. Jęczała głośno, imię Pawła wyrywało się z jej gardła.
Nie przestał. Odwrócił ją, położył na grubym stosie siana i wszedł w nią na nowo – tym razem patrząc jej w oczy. Misjonarski, głęboki, intymny. Całowali się przez cały czas. Jej nogi owinęły się wokół jego bioder. Drugi orgazm przyszedł szybciej – Kasia wrzeszczała, paznokcie wbijała mu w plecy.
Paweł wytrzymał jeszcze chwilę, potem wyjął kutasa i trysnął gorącą, gęstą spermą na jej brzuch i piersi. Kasia rozsmarowała ją palcami po skórze, patrząc mu w oczy.
Leżeli obok siebie na sianie, dysząc. Pot spływał im po ciałach. Zapach seksu mieszał się z zapachem siana i starego drewna.
– To było… – zaczęła Kasia.
– Dopiero początek – dokończył Paweł i pocałował ją w czoło.
Odpoczęli może dziesięć minut. Potem znowu. Tym razem wolniej. Paweł położył się na plecach, a Kasia usiadła na nim okrakiem. Wzięła jego już znowu twardego kutasa i wsunęła w siebie. Jeździła na nim powoli, kręcąc biodrami, unosząc się i opadając. Jej piersi kołysały się przed jego twarzą. On ssał sutki, ściskał jej pupę, palcami rozchylał pośladki i delikatnie masował jej ciasny tyłek.
– Chcę cię wszędzie – wyszeptał.
– Nie dziś… ale kiedyś – odpowiedziała z uśmiechem i przyspieszyła.
Trzeci orgazm Kasi był najgłośniejszy. Drżała całym ciałem, cipka pulsowała wokół niego. Paweł doszedł w niej tym razem – głęboko, gorąco, wypełniając ją po brzegi. Czuła, jak sperma spływa z niej, kiedy się podniosła.
Leżeli spleceni, siana przyklejone do spoconej skóry. Kasia głaskała jego tors.
– Pamiętasz, jak tu jako dzieci udawaliśmy, że jesteśmy małżeństwem? – zapytała cicho.
– Pamiętam. A teraz naprawdę mogę cię mieć.
Całowali się długo, leniwie. Potem znowu – czwarty raz tej nocy. Tym razem od tyłu, na czworaka. Paweł łapał ją za biodra i walił mocno, klapsy odbijały się echem w stodole. Kasia dochodziła bez przerwy – jeden orgazm przechodził w drugi. Jej cipka była już obolała, ale pragnęła więcej.
– Mocniej… rżnij mnie jak dziwkę… – szeptała, a on spełniał jej prośby.
O świcie, gdy pierwsze promienie słońca wpadły przez szpary w deskach, leżeli wyczerpani, ale szczęśliwi. Kasia miała spermy na udach, w cipce, na piersiach. Włosy w nieładzie, usta opuchnięte od całowania. Paweł przytulał ją od tyłu, jego kutas spoczywał między jej pośladkami – nadal półtwardy.
– Co teraz? – zapytała.
– Teraz idziemy do twojego pokoju. Rodzice wyjechali na weekend, prawda?
– Tak…
– To idziemy. Będę cię rżnął na twoim łóżku, pod prysznicem, na kuchennym stole. Cały dzień. Całą noc. I jutro też.
Kasia uśmiechnęła się szeroko, odwróciła i pocałowała go namiętnie.
– Chcę być twoją dziewczyną, Paweł. Nie tylko na jedną noc.
– Jesteś. Od teraz.
Wstali, ubrali się niedbale. Wrócili na ognisko, gdzie reszta paczki już spała w śpiworach. Nikt nie zauważył, że ich nie było kilka godzin. Kasia usiadła obok mnie, oparła głowę na moim ramieniu i szepnęła:
– Dziękuję, że nas nie pilnowałeś.
Uśmiechnąłem się. Wiedziałem, że to dopiero początek ich historii.
Ale to, co wydarzyło się w stodole tej nocy, zostało między nimi na zawsze. I było tego warte. Każde pchnięcie, każdy jęk, każdy orgazm.




