Powietrze w Białej Iglicy było zawsze tej samej temperatury, odfiltrowane do parametru, który interfejs nazywał neutralnym tłem. Ściany oddychały. Podłogi pamiętały krok i podawały twardość, zanim stopy zdążyły zgłosić zmęczenie. Orgazm można było zamówić jak posiłek: profil krzywej, czas trwania, czy mięśnie mają zostać obolałe do rana, czy mają być jak po masażu. Nika projektowała takie rzeczy od trzech lat. Miała dwadzieścia cztery lata, certyfikat architektki doznań i klientów, którzy płacili fortunę za to, żeby poczuć coś ostrego, nie brudząc sobie skóry.

Jej atelier wisiało na czterdziestym piętrze. Białe, bezszwowe, bez kurzu. Nad stołem unosił się hologram ostatniego zlecenia: małżeństwo w wieku sześćdziesięciu dwóch lat chciało „pierwszy raz jeszcze raz”, ale bez potu, bez otarć, bez ryzyka, że serce nie wytrzyma. Nika ułożyła im sekwencję: zapach skóry sprzed dwudziestu lat, nacisk dłoni o określonej wilgotności, światło jak z taniego hotelu, dźwięk sprężyn pod poduszką, których już nigdzie nie było. Klientka płakała. Klient zostawił napiwek i wrócił do sterylnego małżeństwa, w którym nikt nie zostawia śliny na brodzie.
Nowe zlecenie weszło poza kolejką. Bez awataru. Bez weryfikacji twarzy. Plik tekstowy, podpisany kluczem tak drogim, że system przepuścił go z ostrzeżeniem zamiast z blokadą.
Chcę pożądania, którego nie da się zaplanować.
Chcę brudu, zimna, możliwości, że ktoś nas zobaczy albo że nic nie zdąży nas uratować.
Nie chcę pana. Nie chcę scenariusza.
Chcę, żebyś przyszła bez interfejsu i bez asekuracji.
Martwa Strefa Południe. Stary dworzec. Zachód.
Jeśli założysz opaskę medyczną, nie przyjdę.
Wiek: pięćdziesiąt. Majątek: próg, przy którym miasto przestaje zadawać pytania. Imię, które system podsunął po namyśle: Rehn.
Nika czytała plik cztery razy. Potem usiadła na podłodze atelier — podłoga poddała się miękko, jak zawsze — i poczuła, że pierwszy raz od miesięcy chce czegoś, czego nie umie wycenić.
Wieczorem wyłączyła implant komunikacyjny. Zostawiła opaskę, która pilnowała tętna, cukru i mikropęknięć. Zostawiła wibrator neuralny, który umiał doprowadzić ją do orgazmu w czterdzieści sekund, nie angażując rąk. Zostawiła też spray znieczulający otarcia. Założyła stare jeansy, czarny sweter i buty, w których można było wdepnąć w szkło. W kieszeni: klucze i cienki nóż. Nie dlatego, że umiała się nim bić. Dlatego, że w Martwej Strefie nawet kłamstwo o bezpieczeństwie było nieprzyzwoite.
Pociąg do krawędzi miasta był jeszcze biały. Potem wysiadła.
Martwa Strefa zaczynała się jak obcięta żyła. Latarnie martwe. Kamery wydłubane. Asfalt pęknięty, z czarną trawą w szczelinach. Budynki stały, ale nie mieszkały. Pachniało wilgocią, olejem, starym dymem, moczem, rdzą. Nika szła i czuła, jak serce bije nie od hormonu, tylko od braku siatki. Nikt nie przyśle drona. Nikt nie wyświetli trasy ewakuacji. Jeśli upadnie, zostanie.
Stary dworzec był betonową szczęką. Hala z dziurą w dachu, tory zarosłe, kasy rozbite. On czekał przy słupie.
Rehn.
Wysoki, barki szerokie, siwe włosy krótko ścięte, twarz poryta i nieodnowiona. Płaszcz, sweter, spodnie, buty obite. Nadgarstek pusty. Skroń pusta. Żadnego światła pod skórą. Patrzył tak, jak w Iglicy nikt nie patrzył: bez skanu, bez podpowiedzi, czy warto.
— Zostawiłaś to — powiedział. Głos chropawy, bez filtra.
— Zostawiłam.
— Jeśli coś pęknie, zostaniesz tu.
— Wiem.
Podeszła. Powietrze między nimi było zimne i prawdziwe. On nie podał ręki. Złapał ją za brodę, kciukiem otarł wargę, sprawdził, czy to skóra.
Pocałował twardo. Zęby, język, tytoń, deszcz. Dłoń na karku ścisnęła. Druga weszła pod sweter, na goły brzuch, w górę, na pierś. Sutek złapał i ścisnął, aż syknęła.
— Bolało.
— Tak.
— Dobrze.
Jeansy rozpiął jeszcze na peronie. Dłoń między nogi, przez majtki. Była mokra za wcześnie, wstydliwie, bez protokołu. W atelier system nigdy nie pozwalał jej cieknąć przed czasem. Tutaj srom tętnił od zimna i od tego, że od strony torów mógł ktoś wejść.
Przysunął ją do słupa. Jeansy do kolan. Uklęknął na betonie. Majtki rozdarł w kroku i wcisnął twarz między uda. Język szeroki, broda drapieżna, nos przy wzgórku. Lizał chciwie. Dwa palce, potem trzy, mokry odgłos niósł się po hali jak obelga. Nika trzymała go za głowę i patrzyła w dziurę w dachu, skąd kapał deszcz na ramię. Doszła głośno, kolana miękkie, sok na jego ustach i na udzie. On nie oderwał się. Lizał dalej, aż drugi skurcz wszedł na pierwszy, brzydszy, z jękiem, którego nie sprzedałaby żadnemu klientowi.
Wstał. Rozpiął się. Kutas gruby, żyły, żołądź mokra. Odwrócił ją do słupa i wszedł jednym pchnięciem. Beton na policzku. On za duży po latach zabawek, które umiały się dopasować. Nie czekał. Pieprzył równo, głęboko, dłoń na karku, druga z przodu na łechtaczce, krótko, nieelegancko.
Doszedł w niej, wpychając się do oporu, zostawiając ciepło, które spłynęło po udzie razem z deszczem.
Nie skończyli.
Pociągnął ją do kasy z wybitym szkłem. Posadził na blacie. Sweter przez głowę. Została naga na zimnym metalu. On rozebrał się bez ceremonii: owłosiona klatka, blizna na żebrach, brzuch, który nie był wygładzony. Wziął sutek zębami. Wszedł znowu, twarzą w twarz, kolana Niki na jego przedramionach. Blat stukał o ścianę. Widziała jego twarz bez filtra: zmarszczki, zaciśnięte zęby, oczy, które nic nie wyświetlały. Drugi orgazm przyszedł od tarcia, od środka, od tego, że była pełna i zimna jednocześnie.
Wyciągnął się. Kazał jej klęczeć. Szkło i kurz wrzynały się w skórę. Wzięła go do ust. Smak siebie i jego nasienia. Pieprzył jej usta, trzymając za włosy, nie do końca brutalnie, ale bez taryfy. Doszedł na piersi, na szyję, na język. Wtarł resztę w skórę dłonią, jak znacznik.
W klatce schodowej martwego hotelu stopnie były mokre. Na półpiętrze przycisnął ją do graffiti. Jedna noga w górze. Wszedł od przodu. Tynk na łopatkach. W dole ktoś przeklął — obcy głos, daleki. Rehn położył jej dłoń na ustach i nie zwolnił. Nika doszła z jego ręką na twarzy, z kurzem w nosie.
Na dachu wiatr ciął. Miasto w oddali świeciło się jak laboratorium. On rzucił koc, jedyny ślad planu. Położył ją twarzą do kałuży, wszedł od tyłu. Palce w odbycie, ślina, potem żołądź i powolne pchanie, aż wszedł. Ból, pełnia, deszcz na plecach i na miejscu, w którym byli złączeni. Dłoń pod brzuchem na łechtaczce. Doszedł w niej drugi raz, głęboko, zostawiając ją drżącą, z policzkiem w wodzie.
To był dopiero początek nocy.
Zeszli do wnętrza hotelu. Korytarz cuchnął stęchlizną i starym dywanem. Pokój bez drzwi, materac na podłodze, okno bez szyby. Rehn rozpalił w kuble resztki desek. Światło było pomarańczowe, nierówne, rzucało ich cienie na ścianę jak dwa zwierzęta.
Nika usiadła na materacu. Między nogami pulsacja, cieknące nasienie, otarcia na kolanach. On ukląkł przed nią znowu i lizał powoli, sprzątając to, co z niej wyszło, aż zaczęła się kręcić biodrami, wrażliwa, prawie boląca. Wsunął język głęboko, potem palce, potem znowu język. Trzeci orgazm był cichy i długi, z wodą w oczach.
Potem kazała mu się położyć. Usiadła mu na twarzy, tyłem, i pochyliła się po kutasa. Lizał ją od dołu, broda mokra, nos między pośladkami. Ona ssała, dławiąc się, ślina na jego brzuchu. Gdy twardniał do końca, odwróciła się i osiadła na nim. Kołysała się w świetle kubła, patrząc na Iglicę przez dziurę w murze. On trzymał ją za biodra, potem za gardło, nie ściskając na zabój, tylko przypominając, że tu nie ma przycisku stop.
Zmienili pozycję. Nika na czworakach na materacu. On wszedł od tyłu, potem wyciągnął się i włożył w odbyt znowu, łatwiej niż na dachu, bo była już otwarta i mokra. Pieprzył wolno, głęboko, aż Nika opuściła ramiona i policzek na tkaninę, która śmierdziała kurzem. Doszedł w niej trzeci raz tej nocy, z jękiem, który nie brzmiał jak coś kupionego.
Leżeli. Ogień gasł. Gdzieś w budynku trzasnęło drewno. Nika miała na skórze jego nasienie, swój sok, deszcz, sadzę. Rehn gładził ją od piersi do uda, grubo, jakby uczył się ciała, którego nie zeskanował wcześniej.
— Jeszcze — powiedziała.
Nie poprosił o profil. Nie zapytał o granicę w aplikacji. Przewrócił ją na wznak, rozstawił nogi szeroko i wszedł mokry, powolny, twarzą tuż nad jej twarzą. Tym razem nie było słupa, nie było dachu. Był tylko ciężar pięćdziesięcioletniego ciała, owłosienie ocierające sutki, oddech bez filtra. Pieprzył ją długo. Nika doszła czwarty raz, zaciskając się, paznokcie na jego plecach. On nie skończył. Wyciągnął się, przesunął wyżej i wsunął kutasa między jej piersi, potem znowu w usta, płytko, pozwalając oddychać. Wracał między nogi i znowu w usta, jakby nie umiał zdecydować, w którym miejscu chce zostać. W końcu wszedł w nią i doszedł głęboko, zostając w środku, aż przestał pulsować.
Nika nie spała od razu. Leżała z udami rozwartymi, czując, jak z niej cieknie na materac. W Iglicy po seksie wchodziła sekwencja regeneracji: światło, elektrolity, krem. Tutaj bolały kolana, kark, srom, odbyt. I to właśnie bolało dobrze.
Nad ranem było szaro. Rehn spał na boku, ręka na jej brzuchu. Nika wstała cicho, naga, podeszła do okna bez szyby. Miasto w oddali już pracowało. Tutaj wiatr niósł zapach rdzy.
On obudził się i nic nie powiedział. Pociągnął ją z powrotem. Uklęknął za nią przy parapecie. Nika oparła dłonie na betonie, tył uniesiony, i wzięła go znowu, poranna, wrażliwa, mokra od nocy. Pieprzył ją wolno, prawie leniwie, dłoń na łechtaczce. Doszła cicho, z dreszczem. On wyciągnął się i skończył na jej krzyżu, ciepły strumień po zimnej skórze.
Ubierali się bez pośpiechu. Jeansy Niki były rozdarte w kroku. Sweter śmierdział dymem. Na szyi miała ślad palców. Na wewnętrznej stronie ud — zaschnięte, białe.
Na peronie, zanim wróciła w stronę żywego miasta, Rehn złapał ją za nadgarstek.
— Nie przyślę drugiego pliku.
— Wiem.
— Jeśli przyjdziesz znowu, przyjdziesz sama. Bez zlecenia.
Nika skinęła.
Szła z powrotem przez Martwą Strefę z rozkrokiem, którego nie dało się ukryć. W pociągu ludzie pachnieli środkiem i niczym. W Iglicy drzwi atelier rozpoznały ją i otworzyły się szeptem. Białe światło. Czyste powietrze.
Nika nie włączyła implantu od razu.
Usiadła na podłodze, która była za miękka. Wsunęła dłoń w rozdarte jeansy. Była spuchnięta, lepka, obolała. Palce weszły łatwo. Zamknęła oczy i wróciła na słup, na blat, na dach, na materac, na parapet. Doszła szybko, brzydko, z zaciśniętymi zębami, patrząc na białe ściany, które nic nie wiedziały o rdzy.
Na stole hologram czekał z nowym, zwyczajnym zleceniem: para chciała „bezpiecznego ognia”.
Nika otworzyła plik i przez długą chwilę nie była pewna, czy potrafi jeszcze kłamać, że ogień da się zaprojektować.
Minęło jedenaście dni. W Iglicy Nika oddała trzy zlecenia: deszcz bez moknięcia, zdradę bez konsekwencji, pierwszy raz bez krwi na prześcieradle. Klienci byli zadowoleni. Ona wracała do białego mieszkania z ciałem, które system uznał za zregenerowane, i z sromem, który w nocy sam się otwierał na wspomnienie słupa, kałuży i materaca.
Dwunastego dnia nie włączyła implantu. Zostawiła opaskę. Zostawiła nóż. Zostawiła nawet klucze — drzwi atelier i tak otwierały się na skórę. Założyła tę samą rozdartą w kroku parę jeansów, inny sweter, buty, w których już raz stąpała po szkle. Wyszła.
Martwa Strefa pachniała tak samo. Rdza, wilgoć, stary dym, coś słodkiego jak gnijące drewno. Szła szybciej niż za pierwszym razem. Serce biło ostro, nie od hormonu. Na dworcu był tylko wiatr i dziura w dachu. Jego nie było przy słupie.
Hotel.
Klatka schodowa. Ten sam tynk, to samo graffiti. Na półpiętrze zatrzymała się, bo usłyszała krok nad sobą. Nie drona. But.
Rehn stał w drzwiach pokoju bez skrzydła, w tej samej odzieży, tylko bardziej zniszczonej. Broda dłuższa o te jedenaście dni. Na stoliku — jeśli to, co zostało z szafki, było stolikiem — leżała butelka i koc, ten sam.
Nie powiedział: przyszłaś. Nie powiedział: dobrze.
Złapał ją w progu i pocałował tak, jakby sprawdzał, czy znowu jest z ciała. Dłoń od razu w jeansy, w rozdarcie, na goły srom. Nika była mokra od drogi. Wsunął dwa palce aż po kostkę, kciuk na łechtaczce, i przycisnął ją barkiem do framugi.
— Bez zlecenia — mruknął jej w usta.
— Bez.
Palce pracowały krótko, twardo. Nika doszła jeszcze w drzwiach, z nogą uniesioną, z zębami na jego swetrze, sok na jego dłoni. On wytarł palce o jej wargę i wsadził jej je do ust.
Wciągnął ją do środka. Materac był ten sam, tylko bardziej zapadnięty. Ogień w kuble już się tlił. Rozebrał ją bez kolejności: sweter przez głowę, jeansy z butami, skarpetki. Została naga w zimnym pokoju, piersi twarde, brzuch drżący, między nogami błyszcząco. On zdjął tylko płaszcz i rozpiął spodnie. Kutas już ciężki. Nika uklękła sama.
Wzięła go głęboko. Ślina od razu. Dłonie na jego biodrach. On pieprzył jej usta równo, patrząc w dół, jedna dłoń w jej włosach. Co jakiś czas wyjmował się i tarł żołędzią po języku, po policzku, po sutku, i wracał. Gdy Nika się zadławiła, nie cofnął się od razu. Poczekał sekundę, potem puścił.
Podniósł ją, położył na wznak i wszedł od razu, do oporu. Nika wygięła się. Była jeszcze obolała pamięcią z tamtej nocy i jednocześnie zbyt otwarta. On nie pytał. Pieprzył głęboko, wolno na początku, potem szybciej, kolana rozpychające jej uda. Dłoń na gardle, kciuk na tętnie.
— Jedenaście dni — powiedział. — W białym pokoju też tak ciekniesz?
— Nie.
— Kłamiesz albo nie. Nie obchodzi mnie.
Przyspieszył. Blat nie stukał — stukał tylko materac o podłogę i jej mokry odgłos. Doszła druga, zaciskając się, paznokcie na jego ramionach. On wyciągnął się, przesunął wyżej i wsadził kutasa między piersi, ślina Niki jako jedyny poślizg. Potem znowu w usta. Potem znowu między nogi. Skończył w niej, głęboko, z drżeniem, które poczuła aż pod pępkiem.
Nie wyszedł od razu. Leżał na niej, ciężki, owłosiony, spocony prawdziwym potem. Nika czuła, jak z niej wypływa obok niego.
Po chwili wyciągnął się i odwrócił ją na brzuch. Podłożył jej pod biodra złożony koc. Rozchylił pośladki. Pluł. Palec, drugi, język na odbycie, potem znowu palce. Nika wcisnęła twarz w materac. Gdy włożył kutasa w tyłek, wszedł łatwiej niż wtedy na dachu, ale nadal z oporem, który kazał jej sapać. Pieprzył wolno, dłoń pod nią na łechtaczce. Deszcz zaczął bębnić w dziurę okna. Każde pchnięcie przesuwało ją do przodu. Doszedł w niej drugi raz, zostając w środku, aż zmiękł.
Leżeli w kurzu i w świetle kubła.
— Przyszłaś, bo chciałaś brudu — powiedział.
— Przyszłam, bo białe kłamie.
On nic na to nie odpowiedział. Wstał, podniósł butelkę, pociągnął, podał jej. Tanie, ostre. Nika napiła się siedząc nago, z nasieniem na udzie i w tyle.
Wyszli, zanim ogień zgasł. Nie na dach. Niżej.
Piwnica hotelu była zalana na palec. Woda lodowata. Rury, gruz, stary materac oparty o ścianę. Rehn ściągnął jej z powrotem tylko sweter, jeansy zostawił na górze. Postawił ją w wodzie, twarzą do rury, i wszedł od tyłu do pochwy, trzymając za biodra. Chlupot. Zimno na kostkach, gorąco w środku. Nika trzymała się rdzy. On pieprzył ją krótko, twardo, aż woda pluskała. Wyciągnął się, odwrócił ją, uniósł i wsadził znowu, jej nogi na jego biodrach, plecy na mokrej ścianie. Doszła z zębami na jego ramieniu. On nie skończył. Wypuścił ją, kazał klęknąć w wodzie i doszedł na twarz, na otwarte usta, na mokre włosy.
Nika siedziała potem w kałuży, liżąc to, co spłynęło na wargę. On palił — pierwszy raz przy niej — i patrzył, jak dym idzie w ciemność piwnicy.
Wrócili na górę. Nika miała sine stopy i piasek w sromie. Rehn położył ją na materacu i lizał długo, dokładnie, zbierając wodę, kurz i siebie. Dwa palce w pochwie, kciuk w tyłku, język na łechtaczce. Nika trzymała go za głowę i doszła znowu, już prawie płacząc z przeczulenia.
Potem usiadła na nim. Prowadziła. Wolno. Patrzyła mu w twarz, której Iglica nie naprawiła. On pozwolił. Dłonie na jej piersiach, na gardle, na miejscu, w którym się łączyli. Gdy przyspieszyła, złapał ją za biodra i pchał od dołu, aż oboje skończyli — ona z głową odrzuconą, on z zaciśniętymi zębami i ciepłem znowu w niej.
Noc była dłuższa niż pierwsza.
W ciemności, gdy kibel zgasł, on wziął ją jeszcze raz na boku, łyżką, dłoń na jej brzuchu, kutas w mokrej pochwie, palce na łechtaczce. Szeptał mało. Czasem tylko: tu. Czasem: jeszcze. Nika odpowiadała ciałem. Nad ranem, gdy zrobiło się szaro, kazał jej uklęknąć przy oknie i wszedł od tyłu, patrząc razem z nią na Iglicę. Pieprzył ją wolno, prawie demonstracyjnie, jakby miasto miało zobaczyć, że da się jeszcze zrobić coś, czego nie da się sprzedać.
Doszedł na jej pośladki. Nika sięgnęła do tyłu i wtarła to w skórę, potem wsunęła palce w siebie, mieszając.
Ubieranie trwało. Jeansy były jeszcze bardziej rozdarte. Sweter mokry od piwnicy. Na szyi nowe ślady. Między nogami — pulsacja, której nie ukryje żadna sekwencja regeneracji.
Na klatce zatrzymał ją.
— Trzeci raz nie przyjdziesz tu z ciekawości.
— Nie przyjdę z ciekawości.
— Jeśli przyjdziesz, zostaniesz do rana. I nie wrócisz od razu do kłamstwa.
Nika skinęła.
Szła przez Strefę z rozkrokiem i z zimną wodą w butach. W pociągu odsunęła się od innych ciał, bo pachniała dymem, seksem i rdzą. W Iglicy drzwi rozpoznały ją i na sekundę się zawahały — skóra była brudniejsza niż profil.
Nie włączyła implantu.
Usiadła pod prysznicem na podłodze, puściła wodę zimną, potem ciepłą, i wsunęła palce między nogi, gdzie było rozwarte, obolałe i pełne. Wspominała framugę, wodę w piwnicy, okno. Doszła cicho, z czołem na kafelku, i została tak, aż woda przestała być czysta.
Na stole czekało zlecenie: ogień w kontrolowanych warunkach.





