Tomasz wszedł do cukierni prawie przypadkiem. Deszcz dopiero co przestał padać, bruk na Rynku Staromiejskim jeszcze błyszczał, a on szukał tylko chwili, żeby się ogrzać i kupić coś słodkiego. Dzwonek nad drzwiami zabrzęczał, a powietrze uderzyło go od razu – gęste, ciepłe, nasycone cynamonem, goździkami i roztopionym masłem.

Za ladą stała kobieta w fartuchu ubrudzonym mąką. Ciemne, lekko kręcone włosy spięte niedbale, kilka kosmyków przyklejonych do spoconego czoła. Szerokie biodra, pełne piersi, które przy każdym ruchu napięciały materiał bluzki. Miała trzydzieści osiem lat, ale wyglądała, jakby właśnie wyszła z łóżka po długiej, mokrej nocy.
– Dzień dobry – powiedziała, nie odrywając wzroku od form z piernikami. – Co podać?
– Toruńskie pierniki. Te prawdziwe.
Uśmiechnęła się krzywo, jakby słyszała to setki razy i za każdym razem uważała pytanie za głupie.
– Wszystkie są prawdziwe. Ale te z nadzieniem czekoladowo-imbirowym wychodzą za chwilę z pieca. Poczekasz?
Kiwnął głową. Usiadł przy małym stoliku pod oknem. Patrzył, jak pracuje. Ręce miała silne, z krótkimi paznokciami, pokryte cienką warstwą mąki. Gdy schylała się po blachę, spódnica uniosła się wystarczająco wysoko, by zobaczył czarne koronkowe stringi wbijające się w pełne pośladki. Tomasz poczuł, jak w spodniach robi się ciasno.
Monika poczuła jego wzrok. Nie odwróciła się od razu. Najpierw wyjęła blachę, postawiła na stole, dopiero potem spojrzała prosto w jego oczy.
– Lubisz patrzeć, jak ktoś pracuje?
– Lubię patrzeć, jak ktoś robi coś, w czym jest dobry – odparł spokojnie. – A ty jesteś w tym bardzo dobra.
Podeszła bliżej, opierając się biodrami o ladę. Zapach cynamonu mieszał się z jej zapachem – lekkim potem, mydłem i czymś słodkim, prawie jak wanilia.
– A ty skąd jesteś?
– Kraków. Historyk sztuki. Gotyk. Przyjechałem na konferencję.
– I przyszedłeś tu po pierniki, bo w Krakowie nie umiecie ich piec?
Uśmiechnął się.
– Przyszedłem, bo w książkach piszą, że te z Torunia są najlepsze. A ty wyglądasz, jakbyś mogła to potwierdzić.
Przez kolejne dni wracał. Rano po kawę i pączka, po południu po szarlotkę, wieczorem po ostatnie pierniki. Za każdym razem zostawał dłużej. Opowiadał jej o gotyckich sklepieniach, o tym, jak światło pada przez witraże, jak kamień oddycha. Monika słuchała, opierając się o ladę, a jej sutki twardniały pod bluzką za każdym razem, gdy jego głos obniżał się przy jakiejś szczegółowej opowieści.
On patrzył na jej usta, gdy mówiła o pieczeniu, o tym, jak ciasto „żyje” pod palcami, jak gorące powietrze z pieca owiewa skórę. Wyobrażał sobie te same palce owinięte wokół jego kutasa, te same usta otwarte w krzyku.
W ostatni dzień konferencji powiedział:
– Zostaję jeszcze jedną noc.
Monika zamknęła cukiernię wcześniej. Zdjęła fartuch, zostawiła go na haku. Miała na sobie tylko cienką sukienkę i te same czarne stringi.
– Chodź – powiedziała. – Pokażę ci Toruń, którego nie ma w przewodnikach.
Wyszli na opustoszałą starówkę. Latarnie rzucały żółte kręgi na mokry bruk. Ratusz świecił się jak olbrzymi, kamienny korpus. Monika szła obok niego, biodra kołysząc się przy każdym kroku. Tomasz nie wytrzymał. Złapał ją za rękę, przyciągnął do siebie i pocałował. Twardo. Język wcisnął jej głęboko do ust, dłoń zsunął na tyłek, ścisnął mocno, rozchylając pośladki przez materiał. Monika westchnęła mu w usta, przycisnęła się biodrami. Czuła, że jest twardy jak kamień.
– Nie tutaj – wyszeptała, ale nie odsunęła się.
Prowadziła go dalej, aż skręcili w bramę prowadzącą na zaplecze cukierni. Klucz zgrzytnął w zamku. Weszli do ciemnego pomieszczenia. Zapach gorących pierników i czerwonego wina wciąż unosił się w powietrzu. Na środku stał ciężki, drewniany stół stolarniczy – porysowany, poplamiony mąką i syropem. W rogu leżały worki z mąką.
Monika nie zapaliła światła. Odwróciła się do niego, złapała go za koszulę i pociągnęła do siebie. Pocałunek był brudny, pełen zębów i języka. Tomasz uniósł jej sukienkę jednym ruchem, wsunął dłoń między uda. Stringi były już mokre. Przesunął palcami po wilgotnej tkaninie, dociskając do napęczniałej cipki.
– Kurwa, jaka jesteś mokra – mruknął.
Monika oparła się tyłkiem o stół, wspięła się na niego. Siedziała na krawędzi, nogi rozchylone. Tomasz klęknął między nimi. Zerwał stringi jednym szarpnięciem. Materiał pękł. Odłożył resztki na bok.
Jego język najpierw musnął wewnętrzną stronę uda, potem drugą. Monika wzięła oddech. Czuła chłód drewna pod gołymi pośladkami i ciepło jego oddechu tuż przy wargach sromu. Tomasz rozchylił ją palcami – grubymi, historyka, przyzwyczajonymi do delikatnego obchodzenia się ze starymi pergaminami – i wsunął język głęboko między fałdy.
Zlizywał ją powoli, dokładnie, jakby smakował najdroższy piernik. Język krążył wokół łechtaczki, potem schodził niżej, wsuwał się do środka, wyciągał wilgoć, wracał. Monika oparła się o worek z mąką stojący za nią. Mąka przykleiła się do spoconych łopatek. Biodra unosiły się same, dociskając cipkę do jego ust.
– Ssij mocniej – wyszeptała.
Tomasz posłuchał. Wessał łechtaczkę, jednocześnie wsuwając dwa palce głęboko do środka. Wygiął je, szukając tego miejsca, które sprawiało, że jej uda zaczynały drżeć. Monika jęknęła głośno. Dźwięk odbił się od ścian zaplecza.
On nie przestawał. Język i palce pracowały rytmicznie, mokro, głośno. Sok spływał mu po brodzie, po nadgarstku. Monika złapała go za włosy, przycisnęła twarz mocniej do siebie. Czuła, jak jej cipka kurczy się wokół jego palców, jak robi się coraz ciaśniejsza, coraz gorętsza.
Tomasz wstał nagle. Rozpiął spodnie. Kutas wyskoczył ciężki, gruby, żyłkowany, z kroplą precum na końcu. Monika spojrzała na niego i otworzyła usta, ale on nie dał jej czasu. Chwycił ją za biodra, przyciągnął na skraj stołu i jednym długim pchnięciem wszedł w nią do samego końca.
Monika krzyknęła. Drewno zaskrzypiało. Tomasz nie czekał. Zaczął rżnąć ją twardo, głęboko, każde pchnięcie uderzało o szyjkę macicy. Jej piersi podskakiwały w sukience. On rozerwał dekolt, wyciągnął je, ścisnął sutki między palcami, skręcił.
– Jebać cię będę, aż będziesz krzyczeć tak głośno, że usłyszą na Rynku – warknął jej do ucha.
Monika oplotła go nogami, pięty wbiła w jego tyłek, przyciągając jeszcze głębiej. Każde uderzenie jego jajami o jej tyłek było mokre i głośne. Mąka z worka sypała się na stół, na jej plecy, na jego ręce. Zapach cynamonu mieszał się z zapachem seksu.
Tomasz złapał ją za gardło, nie mocno, tylko wystarczająco, by poczuła nacisk. Patrzył jej prosto w oczy, gdy wpierdalał się w nią coraz szybciej. Monika czuła, jak jej cipka zaczyna drżeć, jak fala rośnie nisko w brzuchu – ale jeszcze nie. Jeszcze nie teraz.
On zwolnił nagle, prawie wyciągnął się z niej, zostawiając tylko główkę w środku, potem wbił się znowu do samego końca. Monika jęknęła przez zęby.
Tomasz nie zwolnił. Trzymał Monikę za biodra tak mocno, że jego palce wbijały się w miękkie ciało, zostawiając czerwone ślady. Każde pchnięcie było głębokie, brutalne, mokre. Stół stolarniczy skrzypiał pod nimi, mąka sypała się z worka na jej plecy, na jego przedramiona, mieszała się z potem.
Monika miała nogi szeroko rozwarte, pięty wpięte w jego tyłek. Czula, jak jego grube żylaki tarły o jej ścianki, jak jaja uderzały o jej tyłek z głośnym, mokrym klaskaniem. Sok spływał jej po udach, po stole, kapł na podłogę.
– Głośniej – warknął, ściskając jej gardło mocniej. – Chcę słyszeć, jak cię rżnę.
Monika krzyknęła. Nie z bólu. Z czystej, brudnej potrzeby. Tomasz wyciągnął się z niej prawie do końca, zostawił tylko główkę, potem wbił się znowu tak głęboko, że poczuła nacisk na szyjkę. Jej cipka zacisnęła się wokół niego odruchowo.
Nie dał jej chwili. Odwrócił ją nagle. Monika leżała teraz brzuchem na stole, piersi przygniecione do chłodnego drewna, tyłek wystawiony. Tomasz rozchylił jej pośladki szeroko, splunął na cipkę i wszedł znowu jednym długim pchnięciem. Z tej pozycji dochodził jeszcze głębiej. Ręką złapał ją za włosy, odgiął głowę do tyłu, drugą dłonią okładał jej tyłek ostrymi klapsami. Czerwone odciski pojawiały się natychmiast.
– Patrz, jaka jesteś rozjebana – mruknął, patrząc w dół, jak jego kutas znikał w niej po same jaja. – Cała mokra, cała otwarta.
Monika tylko jęczała, dłonie zaciskając na krawędzi stołu. Czula, jak jej łechtaczka tarła o drewno przy każdym uderzeniu. Fala rosła, ale wciąż nie pozwalała jej dojść. Tomasz wiedział. Zwolnił w ostatniej chwili, wyciągnął się z niej, zostawiając jej cipkę pulsującą i pustą.
– Nie tak szybko – powiedział. – Idziemy wyżej.
Nie pozwolił jej nawet założyć stringów. Sukienka była rozdarta, piersi wystawały. Tomasz podniósł ją, jakby nic nie ważyła, i wyniósł przez tylne schody prosto do mieszkania nad cukiernią. Drzwi zamknął kopniakiem.
Łazienka była mała, ale wanna głęboka. Monika wcześniej napełniła ją gorącą wodą i wlała olejek cynamonowo-goździkowy. Para unosiła się gęsta, powietrze pachniało ostro, słodko, prawie dusiło.
Tomasz wszedł pierwszy. Usiadł w wannie, kutas sterczał nad powierzchnią wody, twardy, lśniący od jej soków. Monika weszła za nim, woda chlupnęła. Usiadła okrakiem na nim, twarzą w twarz. Jednym ruchem wsunęła go w siebie do samego końca.
Oboje jęknęli. Woda była gorąca, olejek szczypał lekko w skórę, potęgował każde tarcie. Monika oplotła mu szyję rękami, przycisnęła piersi do jego klatki. Tomasz złapał ją za biodra i zaczął unosić i opuszczać. Powoli na początku – wyciągał ją prawie do końca, potem puszczał, pozwalając jej opaść ciężko na swojego kutasa. Woda chlupotała, rozpryskiwała się na kafelki.
Monika jeździła na nim coraz szybciej. Jej cipka zasysała go mokro, głośno. Olejek mieszał się z jej sokami, robiąc wszystko śliskie, brudne. Tomasz wsunął rękę między ich ciała, znalazł łechtaczkę i zaczął pocierać ją kciukiem w rytm ruchów. Monika wpiła się zębami w jego ramię, żeby nie krzyczeć za głośno.
– Rżnij mnie mocniej – wyszeptała mu do ucha. – Chcę czuć, jak mnie rozbijasz.
Tomasz posłuchał. Złapał ją mocniej, uniósł wyżej i zaczął wpierdalać się w nią od dołu, biodrami uderzając w jej tyłek. Woda wylewała się z wanny na podłogę. Monika czuła, jak jego kutas rozpycha ją od środka, jak jaja uderzają o jej krocze. Każde pchnięcie było głębsze, twardsze.
Nagle wstał, wciąż tkwiąc w niej. Monika oplotła go nogami, a on wyszedł z wanny, niosąc ją. Woda spływała z ich ciał strumieniami. Nie zdążył nawet dojść do łóżka. Przysunął ją do umywalki, oparł tyłkiem o zimną porcelanę i rżnął stojąc. Lustro naprzeciwko pokazywało wszystko – jej otwarte usta, jego twarz spiętą w wysiłku, mokre ciała, jego kutas wchodzący i wychodzący z jej cipki.
Monika patrzyła. Nie mogła oderwać wzroku. Tomasz złapał ją za podbródek, zmusił, by patrzyła w lustro.
– Widzisz, jak cię jebię? Widzisz, jaka jesteś rozciągnięta?
Ona tylko kiwnęła głową, niezdolna wydać z siebie słowa. Jej cipka zaczynała drżeć coraz mocniej. Tomasz poczuł to. Zwolnił celowo, prawie wyciągnął się, potem wbił znowu powoli, milimetr po milimetrze, aż po same jaja.
– Jeszcze nie – mruknął. – Najpierw balkon.
Nie pozwolił jej dojść. Wyciągnął się z niej, zostawiając jej ciało drżące i głodne. Monika stała naga, mokra, z rozwartymi nogami, sok spływał jej po wewnętrznej stronie ud. Tomasz złapał ją za rękę i pociągnął przez ciemne mieszkanie prosto na mały balkon.
Nocne powietrze uderzyło ich chłodem. Ratusz Staromiejski świecił się złotem i bielą, latarnie rzucały długie cienie na bruk. Ulica była pusta. Nikt.
Monika oparła się plecami o zimną metalową poręcz. Tomasz stanął przed nią, uniósł ją lekko, a ona oplotła go nogami w pasie. Jednym pchnięciem wszedł znowu. Głęboko. Do końca.
Z tej pozycji czuła go inaczej – ciężej, pełniej. Tomasz trzymał ją pod pośladkami, unosił i opuszczał na swojego kutasa. Każde uderzenie było głośne w nocnej ciszy. Monika wpiła się paznokciami w jego barki. Patrzyła przez jego ramię na oświetlone miasto, a on rżnął ją coraz mocniej, coraz głębiej.
– Jesteśmy jedyni – wyszeptał jej do ucha, nie przestając. – Całe miasto śpi, a ja pierdolę cię na balkonie.
Monika czuła, jak fala w końcu zaczyna rosnąć nie do powstrzymania. Tomasz przyspieszył. Jego kutas wbijał się w nią jak młot, jaja klaskały o jej tyłek, jego oddech był gorący na jej szyi. Złapał ją mocniej, przycisnął do poręczy tak, że metal wbijał się w jej plecy.
– Teraz – warknął. – Dojdź na moim kutasie.
Monika krzyknęła. Orgazm uderzył nagle, brutalnie. Cipka zacisnęła się wokół niego w gwałtownych, rytmicznych skurczach, sok trysnął na jego jaja, na poręcz, na podłogę balkonu. Jej całe ciało drżało, nogi zacisnęły się wokół jego pasa, paznokcie wpiły się w skórę. Tomasz nie przestawał. Rżnął ją przez cały orgazm, przedłużając go, wyciągając z niej każdy skurcz, każdy jęk!





