Pokój na piętrze stał pusty od rozwodu. Ogłosiłem wynajem bez większej nadziei. Odpisała jedna osoba. Zdjęcie: ciemne włosy, twarz spokojna, prawie ostra. W wiadomości napisała krótko, że studiuje, że jest cicha, że może zapłacić z góry za dwa miesiące.

Gdy stanęła w drzwiach, okazało się, że jest niższa, niż myślałem, i że patrzy na mnie tak, jakby już coś zdecydowała.
— Andrzej, tak? — powiedziała zamiast dzień dobry. — Będę mówiła po imieniu. Ty też możesz.
Wpuściłem ją. Wniosła jedną walizkę i dużą torbę. Przeszła przez salon, jakby oceniała nie mieszkanie, tylko mnie.
— Żona zostawiła firanki — stwierdziła. — I ten fotel. I ciebie w koszuli w kratę.
Nie odpowiedziałem. Czułem się nagle za duży i za miękki w tym domu.
Wieczorem usiadła naprzeciwko mnie przy stole z herbatą.
— Rozwód był kiedy?
— Piętnaście miesięcy.
— I od tego czasu chodzisz tak.
To nie było pytanie. Spojrzała na moje dłonie, na brzuch, na sposób, w jaki trzymałem kubek.
— Jutro rano golisz nogi — powiedziała spokojnie. — I klatkę. I pod pachami. Masz maszynkę?
— Po co?
Maja uśmiechnęła się tylko kącikiem ust.
— Bo tak powiedziałam. A ty od piętnastu miesięcy nie powiedziałeś „nie” żadnej kobiecie wystarczająco mocno. Widzę to.
Poszedłem spać z uczuciem, jakby ktoś przesunął meble w domu, którego nie zdążyłem jeszcze poznać na nowo.
Rano naprawdę się ogoliłem.
W łazience, w majtkach, z nogą na desce sedesowej. Maszynka ciągnęła, skóra piekła, w lustrze pojawiły się gładkie, blade uda człowieka, który nie powinien tak wyglądać. Klatka. Brzuch. Pod pachami. Zostawiłem zarost na twarzy, jak ostatnią rzecz, która jeszcze do mnie należała.
Maja weszła bez pukania.
Stała w progach w krótkiej koszulce i oglądała mnie bez pośpiechu.
— Ręce wzdłuż ciała. Nie zasłaniaj się.
Opuściłem dłonie. Było zimno.
Podeszła. Palcem przejechała po gładkim udzie, potem wyżej, po brzuchu, po miejscu, gdzie skóra była najcieńsza.
— Dobrze. Teraz zdejmuj te gacie.
Zostałem nagi. Maja otworzyła swoją torbę i wyjęła czarne, obcisłe majtki. Koronkowe po bokach. Rzuciła mi je.
— Zakładaj.
Materiał był ciasny, obcy, wciągał się w szparę pośladków. Przód unosił się śmiesznie, nieprzyzwoicie. W lustrze stał starszy mężczyzna w damskiej bieliźnie, z ogolonymi nogami i czerwonymi policzkami.
Maja skinęła.
— Kolana.
Uklęknąłem na zimnych kafelkach. Koszulka Mai była na wysokości mojej twarzy. Pachniała mydłem i czymś ostrzejszym.
— Od dzisiaj w domu chodzisz tylko w tym. Jak wychodzisz do sklepu — spodnie na wierzch. Jak wracasz — z powrotem majtki. Rozumiesz?
Kiwnąłem głową.
— Słowem.
— Rozumiem.
— Rozumiem, Maja.
— Rozumiem, Maja.
Powtórzyłem.
Pochyliła się, złapała mnie za brodę, uniosła twarz.
— Jesteś miękki. Widziałam to od progu. Żona pewnie też widziała, tylko nie chciała z tym nic zrobić. Ja chcę.
Puściła mnie.
— Wstań. Idziemy do salonu. Usiedzisz przy moich nogach, aż skończę oglądać serial. Bez rozmowy. Jak będziesz się wiercił, dostaniesz po twarzy.
Siedziałem na dywanie. Majtki cięły. Skóra na nogach była zbyt wrażliwa, każde otarcie o dywan było osobnym bodźcem. Maja trzymała stopę na moim udzie, potem wyżej, palcami bawila się koronką. Raz przesunęła stopę między moje nogi i przycisnęła. Nie powiedziałem nic. Byłem już twardy, wstydliwie, bezbronnie.
Po godzinie wyłączyła telewizor.
— Do łazienki. Umyj mi stopy. Językiem.
Nie pytałem, czy to żart.
Klęczałem przy wannie. Maja siedziała na desce, nogi w wodzie. Lizałem jej stopy tak, jak kazała: od pięty do palców, powoli, dokładnie. Sól, skóra, resztka balsamu. Gdy skończyłem, otarła mi usta kciukiem.
— Dobry piesek — powiedziała bez uśmiechu. — Tylko jeszcze nie wiesz, że nim jesteś.
W nocy nie mogłem spać.
Leżałem w majtkach, pod kołdrą, i słyszałem, jak Maja chodzi po piętrze. Raz stanęła w drzwiach mojej sypialni. Światło z korytarza obcięło jej sylwetkę.
— Jutro kupujemy ci pończochy i spódniczkę — powiedziała. — I golisz resztę. Twarz też. Zostawisz tylko to, co ja pozwolę.
Zamknęła drzwi.
Zostałem w ciemności, z dłonią na obcisłym materiale i z poczuciem, że coś we mnie siadło na kolana wcześniej, niż zdążyłem się na to zgodzić na głos.
Rano na stole leżała kartka.
Śniadanie zjesz, jak ogolisz twarz. Maszynka jest w łazience. Jak skończysz — czekasz na mnie w salonie, na kolanach, w samych majtkach.
M.
W łazience zdjąłem resztę zarostu.
W lustrze pojawiła się gładka, starsza twarz człowieka, którego nie poznawałem. Usta wydawały się pełniejsze. Szyja dłuższa. Oczy zbyt miękkie.
Założyłem majtki. Zszedłem po schodach.
Uklęknąłem na dywanie twarzą do fotela.
Czekałem.
Kiedy Maja zeszła, była już ubrana do wyjścia. Krótka kurtka, obcisłe spodnie, buty. Stanęła nade mną, poprawiła mi włosy jak dziecku.
— Ładny jesteś bez zarostu — powiedziała. — Szkoda, że przez tyle lat tego nie widziałeś.
Położyła mi na głowie torebkę.
— Trzymasz. Nie ruszasz się, dopóki nie wrócę. Idę po twoje nowe rzeczy.
Drzwi się zamknęły.
Siedziałem na kolanach, w koronkowych majtkach, z jej torebką na głowie, i słuchałem, jak w klatce schodowej milknie stukot jej butów.
Po raz pierwszy od piętnastu miesięcy nie miałem w domu nic, co należało tylko do mnie.
Wróciła po godzinie.
Usłyszałem klucz, potem jej kroki, potem szelest reklamówek. Torebki z głowy nie zdjąłem. Czekałem, aż sama to zrobi.
Maja stanęła nade mną.
— Dobry. Nie ruszyłeś się.
Zdjęła torebkę, rzuciła ją na fotel. W ręku miała czarną, błyszczącą torbę z sieciówki i mniejszą, papierową.
— Wstań. Do łazienki. Bierzemy cię od góry.
W łazience kazała mi usiąść na zamkniętej desce. Wyjęła z papierowej torby maszynkę do włosów, grzebień, gumki, spinki.
— Pochyl się.
Strzygła mnie krótko na bokach i z tyłu, na górze zostawiła więcej. Potem spięła to, co zostało, małą czarną spinką. W lustrze pojawił się ktoś o zbyt miękkiej twarzy i dziewczęcej linii karku.
— Brwi.
Wysz Kubłała je cienko, prawie w nitkę. Piecło. Nie powiedziałem nic.
Potem makijaż.
Podkład. Róż. Czarna kredka przy rzęsach. Błyszczyk na usta, różowy, klejący. Maja pracowała w milczeniu, palcami odchylała mi twarz, jak przedmiot. Gdy skończyła, odsunęła się i kazała mi spojrzeć.
W lustrze siedziała starsza kobieta, której ktoś zostawił męskie ramiona. Usta błyszczały. Oczy były za duże od kreski.
— Od dzisiaj tak w domu — powiedziała. — Rano malujesz się sam. Nauczę cię.
Otworzyła czarną torbę.
Pończochy, samonośne, czarne. Biały gorset z haftkami. Jasnoróżowa spódniczka, krótka, rozkloszowana. Bluzka z falbanką. I buty — czarne, na słupku, nie za wysokim, ale wystarczającym, żebym poczuł kostki.
— Zakładaj. Po kolei. Zaczynasz od pończoch.
Siadłem. Wciągałem je powoli. Materiał obcisnął ogolone uda, zatrzymał się pod pośladkami. Gorset Maja zapięła sama, mocno, aż sapnąłem. Wciągnął brzuch, uniósł pierś, której nie miałem. Spódniczka sięgała ledwo poniżej pośladków. W butach kołysałem się jak ktoś, kto dopiero uczy się chodzić.
Maja poprawiła mi spinkę we włosach.
— Chód. Do salonu i z powrotem. Małe kroki. Kolana razem. Nie małpuj facetów.
Przeszedłem. Spódniczka kołysała się. Pończochy szumiały. W lustrze w przedpokoju mignął ktoś, kogo nie chciałem oglądać za długo.
— Jeszcze raz. I mówisz: „tak, Maja”.
— Tak, Maja.
Usiadła w fotelu. Rozkrzyżowała nogi.
— Teraz kolana. Tu.
Uklęknąłem między jej udami. Spódniczka podwinęła mi się na plecach. Maja wsunęła kciuk mi między usta, otarła błyszczyk, wsunęła głębiej.
— Od dzisiaj, jak klęczysz, otwierasz usta. Nie pytasz. Ssiesz, co ci dam.
Wyjęła kciuk. Rozpięła spodnie.
Nie miała nic pod spodem. Ogolona, już wilgotna. Przyciągnęła mnie za spinkę we włosach.
— Język płasko. Od dołu. Powoli.
Lizałem.
Smak był ostry, słony, obcy. Maja trzymała mnie za głowę i nie pozwalała przyspieszyć. Co jakiś czas unosiła biodra i wciskała mi twarz mocniej. Błyszczyk rozmazał mi się po brodzie i po jej skórze.
— Tak się zachowuje grzeczna suczka — powiedziała cicho. — Nie rżnie. Nie rządzi. Czyści.
Skończyła na moich ustach, zaciskając uda. Przytrzymała mnie jeszcze chwilę, aż przestała drżeć.
Potem otarła mi twarz swoją dłonią.
— Wstań. Pokaż, czy stoisz.
Stałem. Pod spódniczką majtki były mokre od środka i napięte. Maja uniosła materiał, spojrzała, puściła.
— Nie ruszasz tego bez pozwolenia. Jak się spuścisz sam, będziesz lizał podłogę w przedpokoju. Jasne?
— Tak, Maja.
Po południu uczyła mnie herbaty.
Jak trzymać filiżankę. Jak siadać ze złączonymi kolanami. Jak mówić „proszę” i „dziękuję”, zanim wezmę łyk. Siedziała naprzeciwko i poprawiała mi ramiona, brodę, ułożenie dłoni na kolanach.
— Głos. Niżej nie. Wyżej. Miękcej.
Powtarzałem zdania, aż przestały brzmieć jak moje.
Wieczorem kazała mi umyć naczynia w pończochach i fartuszku, który wyjęła z kolejnej torby. Fartuszek był krótki, różowy, z kokardą z tyłu. Stojąc przy zlewie widziałem w czarnej szybie okna swoją rozmazaną twarz: szminka, kreska, spinka.
Maja podeszła od tyłu. Wsunęła dłoń pod fartuszek, pod spódniczkę, ścisnęła mnie przez majtki.
— Twardy. I nic z tym nie zrobisz.
Puściła. Klapnęła mnie w pośladek.
— Do sypialni. Mojej.
Pokój, który jej wynająłem, pachniał już tylko nią. Położyła się na łóżku w ubraniu. Mnie kazała uklęknąć przy materacu.
— Będziesz spał na dywanie. Przy łóżku. Jak pies. Poduszka jest w szafie, cienka. Kołdrę masz swoją, z dołu.
Przyniosłem. Położyłem się na podłodze. Spódniczka zjechała mi na biodra. Pończochy ciągnęły.
Maja zgasiła światło.
W ciemności powiedziała:
— Jutro idziemy do centrum. Kupimy ci perukę. I większy but. I zatyczkę. Małą, na początek. W samochodzie siedzisz z nogą na nodze i nie odzywasz się, dopóki nie zapytam.
Milczałem.
— Andrzej.
— Tak, Maja.
— Nie. W mieście mówisz do mnie ciociu. Żeby nikt się nie dziwił, czemu starszy pan tak na mnie patrzy. A jak ktoś popatrzy za długo na ciebie — uśmiechasz się i milczysz. Rozumiesz?
— Tak, Maja.
Westchnęła, prawie rozbawiona.
— Jeszcze się nauczysz.
Usłyszałem, jak odwraca się na drugi bok.
Leżałem na dywanie w pończochach, z rozmazaną szminką na ustach i z twardym kutasem ściśniętym w majtkach, których nie wolno mi było dotknąć.
Za oknem przejechał samochód.
W szafie, jedną półkę wyżej, leżała jeszcze zamknięta torebka z sieciówki. Nie wiedziałem, co w niej jest. Wiedziałem tylko, że rano Maja każe mi to założyć.
I że powiem: tak.
Rano Maja malowała mnie sama.
Grubsza kreska. Ciemniejszy róż na ustach. Róż na kościach policzkowych, wyżej niż dzień wcześniej. Perukę wyjęła z tej drugiej torby — ciemny bob, grzywka do brwi. Wcisnęła mi ją na głowę, poprawiła, pociągnęła za pasek z tyłu.
W lustrze nie było Andrzeja.
Była starsza kobieta o miękkich ustach i zbyt szerokich barkach, w różowej bluzce i spódniczce.
— W samochodzie noga na nogę — powtórzyła. — Patrzysz w szybę. Jak się odezwiesz bez pytania, w domu dostaniesz zatyczkę na cały wieczór, nie na godzinę.
Buty były o numer większe, na słupku. Wchodziłem w nie niepewnie. Pod spódniczką — majtki i pończochy. Nic więcej.
W aucie zrobiłem tak, jak kazała. Maja prowadziła jedną ręką, drugą czasem kładła mi na kolanie i ściskała, jakby sprawdzała, czy trzymam nogi razem.
Centrum było pełne.
Nikt nie krzyczał. Nikt nie zatrzymywał się. Kilka osób spojrzało za długo, potem odwróciło wzrok. To było gorsze niż krzyk. Szedłem pół kroku za nią, torebkę trzymałem oburącz, jak uczono mnie w salonie.
W sklepie z bielizną Maja kazała mi usiąść przy przymierzalni.
— Ciocia dobierze — powiedziała do ekspedientki głośno, wyraźnie. — Mama źle znosi te nowe fasony, muszę przy niej być.
Dziewczyna kiwnęła głową i uśmiechnęła się do mnie litościwie.
Wychodziłem stamtąd z torebką, w której były kolejne majtki, pas do pończoch i małe, różowe something, czego Maja nie pokazała przy ludziach.
W sex shopie na tyłach galerii nie udawała już cioci.
Podeszła do lady, położyła na niej małą, czarną zatyczkę z ogranicznikiem i tubkę lubrykantu.
— Dla niej — powiedziała, nie patrząc na mnie. — Pierwszy raz. Małą.
Kasjer nawet nie mrugnął. Spakował. Maja kazała mi zapłacić. PIN wpisywałem z rozmazaną szminką i z peruką, która trochę zjeżdżała na czoło.
W aucie, na parkingu podziemnym, nie od razu odpaliła silnika.
— Spódniczka do góry. Majtki w dół. Kolana na fotel, tyłem do mnie.
Zrobiłem to. Czoło oparłem o zagłówek. Było zimno i głośno od wentylacji.
Maja nałożyła lubrykant bez pośpiechu. Palec najpierw, krótko. Potem zatyczka. Ciasna, obca, rozpychająca. Sapnąłem. Maja przytrzymała mi kark.
— Oddychaj. I nie spuszczaj się.
Wepchnęła do oporu. Ogranicznik dopasował się między pośladki. Podciągnęła mi majtki, opuściła spódniczkę.
— Tak jedziemy do domu. Jak ci wypadnie — zakładam większą.
Jechała normalnie. Każda dziura, każda górka przesuwała zatyczkę w środku. Trzymałem kolana razem, torebkę na kolanach, usta zaciśnięte, żeby nie wydać dźwięku.
W domu kazała mi zostać w przedpokoju.
— Płaszcz zdejmujesz. Buty zostają. Do salonu na kolanach. Zatyczka siedzi.
Klęczałem przy fotelu, aż zdjęła kurtkę, napiła się wody, sprawdziła telefon. Potem usiadła i rozsunęła nogi.
— Zdejmij mi botki. Ustami. Zatyczki nie ruszasz.
Chwytałem zębami zamek, ciągnąłem, zsuwałem. Skóra botka pachniała ulicą i jej stopą. Maja obserwowała mnie z góry, jak ktoś, kto ogląda, czy lekcja weszła.
Gdy skończyłem, wsunęła mi palce do ust.
— Jesteś mokry z przodu. Widziałam w aucie. Nadal nie wolno.
Wyjęła telefon, zrobiła mi zdjęcie z góry: peruka, szminka, kolana, spódniczka, czarne buty.
— To zostaje u mnie. Jak będziesz niegrzeczny, wrzuci ci się samo.
Poczułem, jak zatyczka pulsuje przy każdym sercu.
Wieczorem Maja kazała mi położyć się w poprzek jej łóżka, twarzą w kołdrę, spódniczką na plecach.
Wyjęła zatyczkę. Pustka była gorsza niż wypełnienie. Chwilę później weszła w to samo miejsce palcami, potem czymś grubszym — żelowym, z torby. Nie byłem pewien, czy to zabawka, czy ona w pasie. Nie pozwoliła mi się odwrócić.
— Suczka nie musi widzieć. Suczka ma brać.
Rytm był wolny, głęboki, upokarzająco dokładny. Spódniczka szumiała przy każdym ruchu. Peruka zjechała mi na oczy. Szminka brudziła pościel.
— Ręce pod siebie. Nie dotykasz się.
Skończyła, kiedy chciała. Zostawiła mnie tak, z twarzą w kołdrze, z rozwartym tyłkiem i z kutasem, który bolał od tego, że nie wolno.
Potem kazała mi się odwrócić.
Usiadła mi na piersi, rozsunęła się nad twarzą.
— Dokończ. Czysto.
Lizałem, aż przestała drżeć. Aż puściła mi perukę. Aż otarła mokre uda o moje policzki.
W nocy znowu spałem na dywanie.
Zatyczka wróciła na miejsce „na sen”. Maja powiedziała, że ciało ma się przyzwyczaić, zanim dostanę większą.
Przed zaśnięciem zsunęła się na skraj łóżka i wsunęła mi dwa palce do ust, obojętnie, jak smoczek.
— Jutro dzwoni twoja córka — mruknęła. — Widziałam w kalendarzu na lodówce. Odeślesz, jak ja powiem. I głosem, którego cię uczyłam. Nie swoim.
Palce zostały mi w ustach jeszcze chwilę.
Potem wyjęła je, otarła o moją szminkę i odwróciła się do ściany.
Leżałem na podłodze w pończochach, z czarną zatyczką w tyłku, z peruką przekrzywioną na poduszce i z numerem córki, który rano miał pojawić się na ekranie.
Nie wiedziałem, czy bardziej boję się tego telefonu.
Czy tego, że powiem Maja „tak” także wtedy.





