Galeria o tej porze zawsze miała w sobie coś sztucznego. Światło było zbyt białe, podłogi zbyt błyszczące, a muzyka zbyt uprzejma, jakby ktoś próbował przekonać tłum, że sobota po południu to najlepszy moment w tygodniu. Chłopak szedł środkiem alei z plastikowym koszykiem w dłoni i czuł, że nie pasuje do tego miejsca bardziej niż zwykle. Miał dwadzieścia cztery lata, chude ramiona, ciemne włosy opadające na czoło i twarz, która wciąż potrafiła wyglądać młodziej, niż była. W koszyku leżały zwyczajne rzeczy: bochenek, twarożek, dwa opakowania wody, banany, które już trochę się ogięły, puszka kawy. Nic, za co człowiek powinien się rumienić. A jednak rumienił się zanim jeszcze doszedł do kasy.

Kolejka posuwała się wolno. Kasjerka miała zmęczony uśmiech i różowe paznokcie, które stukały o klawisze. Kiedy podał kartę, nawet nie spojrzał na ekran. Usłyszał tylko krótki, suchy dźwięk, po którym w żołądku zrobiło mu się pusto.
— Odmowa — powiedziała kasjerka cicho. — Może inna?
Sięgnął do kieszeni z takim przekonaniem, jakby mógł wyciągnąć stamtąd coś, czego tam nie było. Za nim ktoś westchnął. Przed nim taśma jechała dalej, obojętna.
I wtedy poczuł ją.
Najpierw zapach. Nie tani, nie krzykliwy. Ciepły, trochę słodki, trochę gorzki, jak skóra po całym dniu i perfumy, które już zdążyły opaść bliżej ciała. Potem dłoń. Długie palce, cienki złoty pierścionek, paznokcie krótkie, ciemnoczerwone. Położyła kartę na terminalu tak naturalnie, jakby płaciła za własne zakupy.
— Zapłacę.
Transakcja przeszła od razu. Pisk. Paragon. Torba.
On uniósł wzrok.
Kobieta miała może czterdzieści pięć lat. Trudno było powiedzieć dokładnie, bo nic w niej nie udawało młodości i nic nie przepraszało za wiek. Sukienka w kolorze ciemnego wina obcisnęła jej biodra i piersi, dekolt był głęboki, ale nie wulgarny. Biust pełny, ciężki, uniesiony. Talię miała wyraźną. Uda mocne. Ramiona gładkie, trochę opalone, z delikatnymi zmarszczkami przy obojczykach. Włosy ciemnobrązowe, prawie czarne, zebrane luźno, kilka kosmyków przykleiło się do szyi. Usta pełne, pomalowane na głęboką czerwień. Oczy ciemne, spokojne, trochę zmęczone, trochę rozbawione. Patrzyła na niego tak, jakby już znała dalszy ciąg.
— Dziękuję — wydusił.
Ona tylko skinęła głową i odeszła. Nie szybko. Nie oglądając się. Szła pewnym krokiem w stronę korytarza przy toaletach, tam gdzie było mniej ludzi i więcej cienia.
On chwycił torbę. Najpierw był tylko osłupiały. Potem, z każdym krokiem, wstyd zaczął zmieniać się w złość. Bo to nie była uprzejmość. To było coś, czego nie rozumiał i czego nie chciał być dłużnikiem.
Dogonił ją przy filarze.
— Halo.
Odwróciła się. Blisko. Za blisko. Był wyższy, ale ona nie cofnęła się ani o centymetr.
— Słyszała mnie pani? Po co pani to zrobiła?
Uśmiechnęła się kącikiem ust.
— Najpierw byłeś zdziwiony. Teraz jesteś wkurzony. Dobrze.
— Bo nie prosiłem. Nie jestem żebrakiem.
— Wiem.
Przez chwilę milczeli. Gdzieś za nimi zgrzytnął wózek. Ona pochyliła się minimalnie, tak że poczuł jej oddech na szyi.
— Przypominasz mi mojego pierwszego chłopaka — powiedziała cicho. Głos miała niski, trochę chrapliwy. — Taki sam sposób, w jaki stoisz. Ramiona do przodu, jakbyś chciał się bić, a nie umiesz. Taki sam grymas, kiedy coś ci nie idzie. Nawet to, jak trzymasz tę torbę. Za mocno.
On przełknął ślinę.
— I nic innego nie chcę — kontynuowała. Palec musnął mu nadgarstek. Skóra gorąca. — Żadnej kawy. Żadnej rozmowy. Żadnego numeru. Chcę, żebyś po prostu szybko mnie wyruchał. W łazience. Teraz.
Słowa uderzyły go fizycznie. Krew zeszła mu z głowy niżej tak gwałtownie, że aż go zatkało.
Patrzyła mu w oczy. Nie mrugnęła.
— Damska jest po lewej. Ostatnia kabina. Jeśli nie chcesz — odejdź. Jeśli chcesz — idź za mną. Nie będę czekać.
Odwróciła się i poszła.
On stał jeszcze kilka sekund. Potem ruszył.
Damska toaleta pachniała mydłem, tanim jaśminem i ciepłem ciał, które tu wchodziły i wychodziły przez cały dzień. Podłoga była trochę mokra przy umywalkach. Lustra czyste. Z jednej kabiny dobiegł szum wody, kliknięcie zamka, szybkie kroki. Ktoś wyszedł i nawet na nich nie spojrzał.
Ona już była w ostatniej kabinie. Drzwi uchylone. Weszła pierwsza, on za nią. Zamek zatrzasnął się metalicznie.
Kabina była ciasna. Ścianki z jasnego plastiku, hak, na którym zawiesił torbę. Teraz, z bliska, widział więcej. Delikatne zmarszczki przy oczach. Ciemny kontur ust. Żyłka na szyi, która pulsowała. Biust unosił się przy każdym oddechu. Sukienka obcisnęła jej uda, kiedy stanęła szerzej.
Nie pocałowała go. Nie objęła. Po prostu odwróciła się tyłem, położyła dłonie na ściance i uniosła sukienkę aż pod talię.
Czarne stringi. Cienkie. Już przesunięte na bok. Pośladki pełne, jędrne, z delikatnym rumieńcem tam, gdzie materiał wbijał się w skórę. Między udami błyszczało. Była mokra. Naprawdę mokra. Wargi spuchnięte, ciemniejsze, rozchylone. Zapach jej podniecenia uderzył go mocniej niż perfumy — słony, ciepły, ostry.
— Szybko — szepnęła. Głos jej się zmienił. Był niższy. Chropawy. — Żeby ktoś nie wszedł.
Rozpiął pasek. Suwak zszedł z oporem. Wysunął się. Był twardy od dawna, od chwili, gdy powiedziała pierwsze zdanie przy filarze. Żyła pulsowała wzdłuż trzonu. Główka już mokra, lśniąca.
Nie pytał. Nie czekał. Jedną ręką złapał ją za biodro, kciuk wcisnął w miękkie ciało tuż nad stringami, drugą prowadził się między jej wargi. Była gorąca i śliska. Przesunął główką w górę i w dół, namaszczając się nią, czując, jak otwiera się na niego. Ona wciągnęła powietrze przez zęby.
Wszedł.
Najpierw tylko czubek. Potem więcej. Potem cały, jednym, powolnym, nieubłaganym ruchem, aż jego biodra uderzyły o jej pośladki.
Ona sapnęła. Krótko. Głośno. Potem przygryzła wargę. Jej plecy wygięły się. Palce rozczapierzyły się na plastiku. Była ciasna. Ciasna jak ktoś, kto dawno nie miał w sobie kogoś tak twardego i tak nagłego. Ścianki obcisnęły go pulsem, gorące, mokre, żywe.
On nie ruszał się przez kilka sekund. Stał w niej po samego korzeń i czuł, jak jej ciało przyzwyczaja się do niego. Jak drży. Jak cieknie po jego jajach.
Potem zaczął.
Pierwsze pchnięcie było głębokie, prawie ostrożne. Drugie ostrzejsze. Trzecie już rytmiczne. Kabina drgnęła. Hak z torbą stuknął o ściankę. Mokre, obleśne, piękne odgłosy wypełniły małą przestrzeń — plusk, plusk, plusk, skóra o skórę, jego oddech w jej kark, jej stłumione syknięcie za każdym razem, gdy wchodził do oporu.
Trzymał ją mocno. Palce wbijały się w biodra, zostawiając białe ślady, które zaraz różowiały. Drugą ręką zsunął sukienkę jeszcze wyżej i złapał ją za pierś przez materiał, potem wsunął dłoń pod dekolt. Sutek twardy, gruby, gorący. Ścisnął. Ona jęknęła w dłoń.
Przyspieszył.
Teraz już ruchał ją naprawdę. Szybko. Mocno. Bez czułości, dokładnie tak, jak chciała. Jej pośladki uderzały o jego brzuch z miękkim, rytmicznym klaskaniem. Stringi ocierały się o nasadę jego fiuta przy każdym ruchu. Była tak mokra, że ściekało jej po wewnętrznej stronie uda. On czuł to na skórze. Czuł też, jak się zaciska, kiedy wchodził głębiej, jakby chciała go zatrzymać w sobie.
— Kurwa — syknęła cicho, prawie bez dźwięku. — Głębiej.
Wbił się mocniej. Uniósł ją trochę na palcach, zmieniając kąt, tak że tarł o to miejsce w środku, od którego jej kolana się ugięły. Kabina stukała teraz wyraźniej. Ktoś w sąsiedniej toalecie odkręcił kran. On nie zwolnił. Ona też nie kazała.
Jedną ręką zsunął jej stringi jeszcze bardziej na bok, aż materiał wciął się w fałdkę. Palcem otarł ją z przodu, tam gdzie była twarda i mokra. Znalazł łechtaczkę. Była spuchnięta. Przesunął po niej kciukiem w tym samym rytmie, w jakim ruchał.
Ona załamała się pierwsza.
Nie głośno. Całym ciałem. Uda jej drżały tak mocno, że musiał ją przytrzymać. Ściany pochwy ścisnęły go nagle, mocno, falami. Jęknęła w dłoń, krótko, złamanie, jakby coś w niej pękło. Mokro oblało mu nasadę, ciepłe, obfite. Jej czoło uderzyło o plastik. Oddychała przez nos, szybko, nierówno.
On nie dał jej odsapnąć.
Wyjął prawie cały i wbił się znowu. Potem znowu. Potem znowu. Teraz było jeszcze śliskiej. Jeszcze głośniej. Trzymał ją za kark, nie mocno, tylko żeby czuła dłoń, i ruchał ją krótkimi, twardymi pchnięciami, aż jej pośladki zrobiły się rumiane od uderzeń. Potem zwolnił, wszedł głęboko i kręcił biodrami, rozcierając się w niej, czując każdy skurcz.
Ona odwróciła twarz. W szczelinie między drzwiami a framugą zobaczył jej profil: otwarte usta, rozmazaną szminkę, przymknięte oczy, rumieniec aż po szyję.
— Nie przestawaj — wyszeptała.
Nie przestał.
Przyspieszył znowu. Teraz już bliski. Jaja uderzały o jej mokre wargi. Fiut był tak twardy, że aż bolało. Czuł, jak zbiera mu się nisko, ciężko, nieubłaganie. Złapał ją obiema rękami za biodra i zaczął ruchać naprawdę ostro, tak jak się rucha kogoś, kogo nie zna i kogo więcej nie zobaczy. Kabina trzęsła się. Hak stukał. Ona jęczała już prawie bez kontroli, cicho, ale bez przerwy, każde pchnięcie wyrywało z niej kolejny dźwięk.
Doszedł z głuchym, stłumionym syknięciem.
Wbił się do oporu i pulsował w niej, fala za falą, gorąco rozlewając się wewnątrz. Ona jeszcze raz ścisnęła go, mocno, świadomie, jakby chciała wycisnąć wszystko. Stał tak, wsunięty po same jaja, czoło oparte o jej plecy, i czuł, jak jego sperma miesza się z tym, co już w niej było.
Chwilę nie ruszali się.
Potem wyjął powoli. Ślisko. Długa, gęsta nitka połączyła ich jeszcze przez sekundę, zanim opadła na jej udo i spłynęła niżej, pod stringi. Ona opuściła sukienkę. Poprawiła bieliznę jednym ruchem, jakby nic się nie stało. Między nogami miała mokro. Widać było, że cieknie.
Odwróciła się.
Twarz miała zaróżowioną. Usta spuchnięte. Szminka rozmazana. Oczy błyszczące, ale już spokojne. Oddychała jeszcze głęboko.
On zapiął spodnie. Ręce mu drżały. Fiut wciąż tętnił, mokry od niej.
Otworzyła zamek.
Wyszli osobno. Najpierw on, z torbą w dłoni, jakby naprawdę tylko korzystał z toalety. Potem ona.
W lustrze nad umywalkami poprawiła włosy. Wyjęła z torebki szminkę i spokojnie, bez pośpiechu, narysowała na nowo kontur ust. Przetrzeć kącik serwetką. Spojrzeć sobie w oczy. Uśmiechnąć się ledwo zauważalnie, tylko do siebie. Poprawiła dekolt. Sprawdziła, czy sukienka leży równo.
On stał jeszcze przy drzwiach.
— Dziękuję — powiedział. Cicho. Za zakupy. Za resztę. Za to, że wzięła, czego chciała, i nic więcej.
Kiwnęła głową. Nie pocałowała. Nie dała numeru. Nie powiedziała imienia.
Wyszedł.
Ona jeszcze chwilę stała przed lustrem. Potem wzięła torebkę i poszła w swoją stronę — pewnym krokiem, jak kobieta, która właśnie dostała dokładnie to, czego chciała, i nie potrzebuje już nic więcej.
Galeria szumiała dalej. Muzyka grała. Ludzie kupowali chleb i wodę.
On szedł z torbą i czuł ją jeszcze na skórze. Zapach. Ciepło. Ślad jej ciała. W uszach wciąż miał ten krótki, stłumiony dźwięk, który wydała, kiedy doszła pierwszy raz. I ten drugi, cichszy, kiedy ścisnęła go na końcu.
Nie oglądał się.
Ona też nie.




