Szymon miał osiemnaście lat i od trzech tygodni codziennie o patrzył przez okno na Krystynę. Nie był jakimś zboczonym stalkerem. Po prostu… nie mógł oderwać wzroku. Krystyna miała czterdzieści dziewięć lat, rozwód za sobą i połowę bliźniaka po drugiej stronie niskiego płotka. Wysoka, pełna, z ciężkimi piersiami, które lekko opadały, z miękkim brzuchem i szerokimi biodrami. Gdy się opalała, jej skóra nabierała ciepłego, miodowego odcienia.

Pierwsze dwa tygodnie Szymon tylko patrzył i masturbował się w milczeniu. Trzeciego tygodnia zaczął zostawiać okno uchylone, żeby słyszeć jej westchnienia. Czwartego – już nie wytrzymywał. Siedział na krześle, dresy zsunięte do kolan, i rżnął się, wyobrażając sobie ją ze sobą
Aż do tego poniedziałku.
Było dokładnie piętnasta trzydzieści siedem. Słońce prażyło. Krystyna leżała na leżaku, ciało lśniące od olejku. Nagle uniosła głowę i spojrzała prosto w jego okno. Szymon zamarł z ręką na kutasie. Myślał, że zaraz wstanie, zakryje się ręcznikiem i zacznie wrzeszczeć.
Zamiast tego uśmiechnęła się. Uśmiech był spokojny, trochę zmęczony, trochę rozbawiony. I wtedy bardzo powoli, celowo rozsunęła uda. Całkiem. Rozchyliła wargi cipki dwoma palcami i pokazała mu różowe, wilgotne wnętrze. Potem jeszcze szerzej. Jej palec wskazujący zrobił mały, powolny krąg wokół łechtaczki.
Szymon poczuł, że zaraz dojdzie bez dotykania.
Wstał jak lunatyk. Zszedł po schodach, wyszedł na taras w samych dresach. Serce waliło mu tak mocno, że słyszał je w uszach. Krystyna wstała z leżaka – naga, pewna siebie – i machnęła do niego ręką. Palec wskazujący: chodź tu.
Przeszedł przez furtkę w płotku. Nogi miał jak z waty.
– Cześć – powiedziała cicho, kiedy stanął przed nią. Jej głos był niski, trochę zachrypnięty od słońca. – Nazywam się Krystyna. A ty?
– Szymon – wydusił.
– Wiem. Widziałam cię, jak się wprowadzaliście. Masz osiemnaście lat?
– Tak.
– I patrzysz na mnie codziennie.
Nie było pytania. Było stwierdzenie. Szymon spuścił wzrok. Czuł, że twarz mu płonie.
– Przepraszam – wymamrotał.
Krystyna podeszła bliżej. Jej piersi musnęły jego nagą klatkę. Pachniała olejkiem do opalania, potem i czymś słodkim.
– Nie przepraszaj. Podoba mi się to. Od dawna. Po rozwodzie… mało kto patrzy na mnie tak, jak ty. A ty patrzysz, jakbyś chciał mnie pożreć.
Podniosła jego dłoń i położyła sobie na lewej piersi. Sutek był twardy. Skóra ciepła.
– Dotknij – szepnęła. – Nie bój się.
Szymon ścisnął ostrożnie. Piersi była ciężka, miękka, ciepła. Palec musnął sutek i Krystyna cicho westchnęła.
– Chodź – powiedziała. – Na leżak.
Położyła go na plecach. Sama stanęła nad nim okrakiem. Jej cipka była tuż nad jego twarzą – ogolona, tylko wąski pasek włosów, wargi pełne, błyszczące. Rozsunęła je palcami.
– Liż mnie – poleciła spokojnie. – Powoli. Zaczynaj od góry.
Szymon wysunął język. Smak był intensywny – słony, słodkawy, ciepły. Liżał płasko, niepewnie. Krystyna westchnęła i zaczęła delikatnie poruszać biodrami.
– Dobrze… właśnie tak… teraz niżej… okrężnymi ruchami…
Po minucie włożyła dwa palce do swojej cipki i rozsunęła wargi szerzej.
– Wsuń język do środka.
Zrobił to. Była gorąca, miękka, wilgotna. Jej sok spływał mu po brodzie. Po kilku minutach jej oddech przyspieszył.
– Palec… środkowy… powoli…
Wsunął palec. Ciasno. Bardzo ciasno. Ściany zaciskały się wokół niego przy każdym ruchu.
– Teraz liż łechtaczkę… szybko… nie przestawaj…
Jej biodra zaczęły drżeć. Po chwili całe ciało jej się napięło. Cipka zacisnęła się mocno na jego palcu, a z gardła wydobył się długi, stłumiony jęk. Doszła – nie głośno, nie teatralnie, ale realnie: drżąc, zaciskając uda wokół jego głowy, zalewając mu brodę ciepłymi sokami.
– O kurwa… – wyszeptała, zsuwając się w dół. – Dobry chłopiec.
Uklękła między jego nogami i ściągnęła mu dresy. Kutas wyskoczył – twardy, żyłkowany, z różową, napiętą główką. Krystyna wzięła go do ręki, oceniła wzrokiem.
– Piękny – powiedziała szczerze. – I duży jak na osiemnaście lat.
Pochyliła się i wzięła go do ust. Powoli. Najpierw liżąc żołądź, potem wsuwając głębiej. Szymon jęknął głośno. Nigdy nie czuł czegoś takiego. Jej usta były gorące, mokre, język pracował wokół niego z wprawą. Po niecałej minucie poczuł, że dochodzi.
– Pani Krystyno… ja… zaraz…
– W ustach – szepnęła, nie przerywając. – Chcę czuć.
Doszedł gwałtownie, tryskając gęstymi, gorącymi strumieniami prosto w jej gardło. Krystyna przełknęła wszystko, nie puszczając go, aż ostatnie drgawki ustały. Potem powoli puściła, zlizała resztki z żołędzi i uśmiechnęła się.
– Smaczny. I… szybko. To normalne za pierwszym razem.
Szymon zaczerwienił się na uszy.
– Przepraszam…
– Nie przepraszaj. – Pogłaskała go po udzie. – To nawet miłe. Oznacza, że naprawdę mnie chcesz. Daj mi minutę, a znowu stanie.
Położyła się obok niego na leżaku. Leżeli chwilę w ciszy, oddychając. Ona głaskała go po klatce, on patrzył na jej ciało – na miękkie fałdki na brzuchu, na lekką siateczkę żyłek na piersiach, na ślady po opalaniu. Wszystko to wydawało mu się… boskie.
Po chwili poczuł, że kutas znowu twardnieje. Krystyna zauważyła i uśmiechnęła się.
– Widzisz? Młodość.
Wyjęła z szufladki stolika prezerwatywę, rozdarła opakowanie i nałożyła mu sprawnie. Potem położyła się na plecach, nogi szeroko.
– Wejdź we mnie – szepnęła. – Powoli. I nie spiesz się.
Szymon ukląkł między jej udami. Drżącymi rękami przyłożył główkę do wejścia. Była mokra, gorąca. Wsunął się centymetr po centymetrze. Ciasno. Bardzo ciasno. Krystyna westchnęła z rozkoszy.
– Cały… wejdź cały…
Wszedł do końca. Przez chwilę leżeli tak – on w niej, ona otoczona nim. Potem zaczęła poruszać biodrami. Szymon zrozumiał i zaczął się ruszać. Na początku niezdarnie, potem coraz pewniej. Jej cipka zaciskała się wokół niego przy każdym pchnięciu – mokro, ciepło, z charakterystycznym, wilgotnym dźwiękiem.
Po minucie poczuł, że znowu dochodzi.
– Pani Krystyno… znowu… nie mogę…
– W środku – szepnęła, owijając nogi wokół jego bioder. – Chcę czuć, jak wypełniasz mnie.
Doszedł głęboko w niej – długimi, gorącymi strumieniami. Krystyna jęknęła cicho i zacisnęła się na nim, dochodząc po raz drugi – tym razem wolniej, głębiej, z długim, drżącym westchnieniem.
Leżeli złączeni, zlani potem. Szymon miał łzy w oczach – z emocji, z ulgi, z tego, jak bardzo to było prawdziwe.
Krystyna pogłaskała go po włosach.
– Dobrze ci było?
– Tak… ale… szybko znowu.
– To normalne. Przyjdzie z czasem. – Uśmiechnęła się. – Chodźmy do środka. Wezmę cię pod prysznic, a potem… zobaczymy.
Weszli do jej domu. Łazienka była jasna, z dużym prysznicem. Pod strumieniem wody Krystyna uklękła i znowu wzięła go do ust – tym razem powoli, bez pośpiechu. Kiedy znowu stanął, położyła się na brzuchu na ławce prysznicowej i uniosła biodra.
– Wejdź we mnie od tyłu – szepnęła. – Ale powoli.
Szymon wszedł w nią znowu. Tym razem trwał dłużej – może cztery, pięć minut. Trzymał ją za biodra, patrzył, jak woda spływa po jej plecach, po krągłościach tyłka. Krystyna dochodziła trzeci raz – cicho, drżąc, zaciskając się na nim tak mocno, że prawie go wycisnęła. On doszedł w niej po raz drugi, głęboko, długo.
Wyszli spod prysznica, otarli się i wrócili do sypialni. Położyli się na łóżku. Leżeli nago, spleceni. Rozmawiali.
– Po rozwodzie bałam się, że już nikt mnie nie zechce – przyznała Krystyna, głaszcząc go po klatce. – A ty patrzysz na mnie tak, jakbyś naprawdę mnie pragnął. To… podnieca mnie bardziej niż myślisz.
Szymon pocałował jej pierś.
– Jesteś… najpiękniejsza, jaką widziałem.
– Kłamiesz, ale miło.
– Nie kłamię.
Milczeli chwilę.
– Jutro o tej samej porze? – zapytała cicho.
– Chcę – odpowiedział bez wahania.
– To dobrze. Ale… powoli. Bez pośpiechu. Chcę cię uczyć.
Następnego dnia, we wtorek, Krystyna zostawiła furtkę otwartą. Szymon przyszedł o piętnastej czterdzieści. Tym razem weszli od razu do sypialni. Druga sesja trwała prawie dwie godziny.
Krystyna położyła go na plecach i usiadła na nim – cowgirl. Poruszała się powoli, kręcąc biodrami, a on łapał jej ciężkie piersi, ściskał, ssał sutki. Dochodziła dwa razy – raz cicho, raz głośniej, zaciskając się na nim tak mocno, że ledwo wytrzymał. On doszedł w niej dopiero za trzecim razem – po prawie dwudziestu minutach – i był to najdłuższy, najgłębszy orgazm w jego życiu.
Po seksie leżeli długo, rozmawiając. Opowiedziała mu o rozwodzie, o tym, jak mąż odszedł do młodszej. On przyznał, że nigdy nie miał dziewczyny, że bał się, że będzie beznadziejny.
– Jesteś młody – powiedziała, całując go w czoło. – Masz czas. A ja mam doświadczenie. Nauczę cię wszystkiego.
W środę spotkali się znowu. Tym razem na trawie w ogrodzie, późnym popołudniem. Ona na czworaka, on od tyłu – doggy style. Trzymał ją za biodra, rżnął mocno, ale nie brutalnie. Słyszał mokre dźwięki, jej jęki, własne oddechy. Krystyna doszła dwa razy – raz palcami masując łechtaczkę, raz tylko od jego pchnięć. On doszedł w niej głęboko, a potem długo leżeli spleceni, on nadal w niej, miękkim kutasem.
W czwartek poszli dalej. Krystyna nauczyła go pozycji na boku – „łyżeczki” – gdzie mógł ją pieścić z przodu, masując łechtaczkę, podczas gdy wchodził w nią powoli. Doszła aż trzy razy, drżąc w jego ramionach. On doszedł dopiero na końcu – świadomie wstrzymując się, ucząc się kontroli.
W piątek, po raz piąty, poszli na całość. Dwie godziny intensywnego seksu: oral (ona ssała go długo, on liżał ją do dwóch orgazmów), potem misjonarska z jej nogami na jego ramionach (głęboko, mocno), potem ona na górze, kręcąc biodrami, aż doszła głośno, zaciskając się na nim, a on doszedł w niej po raz trzeci tego dnia.
– Jesteś… niesamowita – szepnął Szymon.
Krystyna zaśmiała się cicho.
– To ty jesteś niesamowity. Młody, chętny, uczysz się błyskawicznie. A ja… czuję się znowu pożądana. Jakbym miała dwadzieścia lat.




